Michał Dębicki: Terahandear : opowieść huryjska z mesejskiego na albiński przez Galaela von Eichenhearta przełożona, zebrana i przedmową opatrzona. UNIVERSITAS GRAPHENBURGIENSIS. Graphenburg : Składnica Uniwersytecka, rok wtóry 91. cyklu






Przedmowa

Oddany w ręce Godnych Czytelników wolumin jest efektem niemal dwóch cykli żmudnej pracy przekładowej i redakcyjnej. Stanowi translację unikatowego na światową skalę manuskryptu przywiezionego przed siedmiu laty z ziem mesejskich przez cenionego podróżnika i odkrywcę, Vitrayela de Roques. Rękopis, zachowany w stanie dobrym, nie licząc znacznych zacieków, najpewniej spowodowanych tropikalnym klimatem, składa się z dwóch kodeksów, mających 134 i 123 karty pergaminowe niepaginowane przybliżonego formatu ¼, sporządzonych ze skóry bawołu oraz iakka, łączonych gdzieniegdzie rzemieniem. Zarówno rewers, jak i awers kart drobno zapisano pół-ideograficznym pismem mesejskim. Treść pozwala przypuszczać, że brakuje kilku kart początkowych, poza tym manuskrypt jest kompletny. Nie posiada ani karty tytułowej, ani kolofonu, a jedynie wyróżniony kaligraficznie (i prawdopodobnie dodany później) nagłówek „Terahandear”, który uznać należy za tytuł dzieła.

Treść pokazuje, że w istocie miejscem akcji utworu w dużej mierze jest dawny Terahandear, choć już w schyłkowym okresie imperialnym – to jest od roku wtórego 17. cyklu po zakończeniu wojny z Chaosem aż do rozpadu imperium w 23. cyklu. Przeprowadzone badania pergaminu pozwalają datować rękopis na około 30. – 35. cykl, zatem ledwo jedną – dwie dekady po opisywanych w fabule wydarzeniach. Nazwy miast, fortec i rzek, jakie nieraz możemy odnaleźć w tekście, wyraźnie świadczą o ówczesnych, jakże rozległych, granicach Terahandearu, które sięgały wówczas od ziem centauryjskich na Sterburcie aż po Płaskowyż Amfioński i Wielki Uskok na Bakburcie (obecnie terytorium barbarzyńskie), obejmowały też część Krionii i całą Orkię przypis  Wiek postmagnibelliczny. Kalendarium i źródła z 50 cykli od zarania historii najnowszej. Praca zbiorowa pod red. Tino’y Lostorico. Wydanie 3, rozszerzone i uzupełnione. Thurimheim, Officina Ulzuviriana, rok pierwszy 86 cyklu, s. 339-384..

Fakt tak wczesnego istnienia wysoko rozwiniętej kultury naukowej u MesejówMeseje(przyr.) rasa drobnych, ciemnoskórych ludzi zamieszkujących centralne lasy deszczowe. nie jest może – po radykalnych pracach tegoż samego Vitrayela de Roques – już niczym nowym i nie zaskakuje tak jak przed kilku laty przypis  Vitrayel de Roques: Speculum kultur pierwotnych z ksiąg i wypraw do krain centralnych zebrane. Thurimheim, nakładem Biblioteki Uniwersyteckiej, rok pierwszy 83 cyklu.. Zajmuje jednak to, jak głębokim zainteresowaniem darzyły te ludy tak niewiele, zdawałoby się, znaczące hurie. Co ciekawe, samo słowo „huria”, jakie przyjęło się w naszym współczesnym języku, pochodzi właśnie z mesejskiego. Jak na ironię znaczy tam tyle, co „wolny”.

Tekst mesejski najprawdopodobniej stanowi wierny zapis opowieści – legendy, baśni bądź klechdy – gawędy przekazywanej w oralnej formie przez przedstawiciela hurii i to niewątpliwie w huryjskim narzeczu. Spisany został przez anonimowego mesejskiego skrybę, którego bliższej tożsamości nie udało się ustalić – w rękopisie nie pozostawił nawet swego imienia. Musiał to jednak być dawny podróżnik lub etnograf znający dobrze huryjskie tony i ryty. Iście kazarowy charakter pisma oraz nagminne korzystanie z własnego systemu abrewiatur (stąd też trudności w przekładzie) pozwala sądzić, iż usłyszany przekaz huryjski na bieżąco zapisywał na kartach pergaminu – i to od razu we własnym, mesejskim języku przypis  Hurie nie wykształciły jak dotąd pisma, toteż zapis opowieści w języku oryginału w żadnym razie nie byłby możliwy.. Dopiero później na tak powstałe tłumaczenie nanosił drobniejszym i staranniejszym pismem liczne korektury oraz własne marginalia i glosy. W glosach takich zwykle objaśnia osobliwe zachowania lub tłumaczy słowa, którym ze względu na różnice kultur przypis  W tym kontekście mowa oczywiście o kulturze sensu largo. W sensie stricte hurie, podobnie jak quidanieQuidanie(przyr.) półdziki gatunek żyjący stadnie w koronach drzew Wysokich Lasów. Odławiany na potrzeby niewolnictwa. czy gudokiGudoki(przyr.) półdziki gatunek dużych wiewiórek żyjący w koronach Wysokich Lasów w symbiozie z quidanami., kultury – zdaniem wielu badaczy – nie posiadają w ogóle. Zob. np. T. Rufficius Chimero: Krótki wstęp do kulturoznawstwa. Wydanie 21, poprawione. Pesce, Oficyna Rosaryjska, rok wtóry 87 cyklu, s. 23-27. nie sposób było dopasować wiernych odpowiedników mesejskich, właściwie oddających sens huryjskiego oryginału. Posługuje się wtedy możliwie najbliższymi, z grubsza jedynie przybliżonymi wyrażeniami mesejskimi, właściwą semantykę objaśniając właśnie w glosach. Glosy te przytaczam w tym wydaniu w całości, ujmuję jako przypisy tłumacza (przyp. tłum.) i zaznaczam je pismem pochylonym, podobnie zresztą jak i same wyrażenia, do których się odnoszą. Wiernych odpowiedników tychże huryjskich słów nie sposób bowiem odnaleźć również w naszym, albińskim języku, toteż dla podkreślenia swoistej egzotyki zarówno mesejskich, jak i huryjskich zwyczajów zdecydowałem się na pozostawienie w zapisie fonetycznym tychże przybliżonych wyrażeń mesejskich. Podobną zasadę przyjąłem dla huryjskich imion, chociaż teoretycznie możliwym byłoby tłumaczyć je opisowo.

W pozostałe przypisy, składane już pismem prostym, winkludowałem wszelkie promulgacje i translacje fraz lokalnego argotu czynione wedle potrzeb przez samego huryjskiego gawędziarza. W manuskrypcie zapisywane były w jednym ciągu wraz z tekstem głównym, zostały jedynie wyróżnione graficznie pionową linią falistą na marginesie. Z tego powodu przypisy te nie zawsze umieszczone są przy słowie, którego dotyczą, a w miejscu tekstu, gdzie oryginalnie znajdowało się wtrącenie.

Dla oddania szczególnej specyfiki takiego języka niniejsze tłumaczenie posiłkuje się żargonem graphenburgskiej Berasterii przypis  Arrathal e Hubbo: Mały słownik języka skazańców. W: tegoż: Gród wewnątrz grodu. Graphenburg, rok pierwszy 68 cyklu, s. 410-448., choć zabieg ten ma jedynie cel estetyczny.

Wszystkie wyrażenia – zarówno te pochodzące z gwary więziennej, jak także te z języka mesejskiego – starałem się zebrać w przystępnym słowniczku na końcu niniejszego woluminu. Dla porządku ująłem w nim również szereg gatunków egzotycznych zwierząt i roślin, które pojawiają się w tekście, pomijając te najbardziej oczywiste.

Ze względu na zastosowane inicjały, finaliki oraz inne drobne iluminacje zdecydowałem się pozostawić obecny podział tekstu na dwie części – zgodnie z dwoma kodeksami, w których go zapisano – choć w zasadzie tworzą one spójną i ciągłą całość.

Wypada mi zwrócić uwagę, że tekst opowieści nie rozstrzyga jednoznacznie, kto w zasadzie jest jej pierwotnym narratorem, bardzo wątpliwa jest realność miejsca akcji, jak również samej fabuły – wiele w niej ewidentnie fikcyjnych zdarzeń, ale także niedomówień i względnych niekonsekwencji. W pewnym stopniu powodem tego może być wielokrotna translacja – część wypowiedzi tłumaczona była aż trzykrotnie: z albińskiego na huryjski przez huryjskiego gawędziarza; z huryjskiego – pośpiesznie na mesejski przez mesejskiego skrybę; zaś z mesejskiego – za sprawą niniejszego wydania – z powrotem na albiński... Niemniej jednak wierzę, że mimo wszelkich niedoskonałości tekst ten stanowić będzie cenne źródło badawcze dla pracowników i studentów Naszego Uniwersytetu, jak również wszystkich zainteresowanych.

Galael von Eichenheart






Część pierwsza




Smakowało jej. Zapewne. Pałaszowała wysypane okruchy, jakbym mógł się rozmyślić i nabrać na nie ochoty. Aż jej się wąsy trzęsły... Zastanawiałem się wtedy, jak wielką siłą musi być głód, skoro pomimo wszystko była w stanie podejść aż tak blisko. Jakby nie jadła od tygodnia. Gnana instynktami przezwyciężała własny lęk przede mną. Tego dnia nie miałem zbyt dużo chleba – acz w sam raz na początek. Choć pewnie gdybym miał ser – choćby odrobinę – ujrzałaby we mnie boga.

A tak – uniosła swą niewielką główkę, zamarła na krótką chwilę, rzucając mi przelotne acz wnikliwe spojrzenie tymi czarnymi oczyma, i gwałtownym susem odskoczyła pod ścianę. Stanęła na moment, jakby badając moją reakcję, po czym czmychnęła w szczelinę między ścianą a zardzewiałą kratą, przez którą odprowadzane były nieczystości. Tam przedziera się przez niskie, ciemne korytarze, zbudowane między kamieniami, składającymi się na te grube mury. Zna drogę. Z lewej mija wyjście do bocznego korytarza, lawiruje wśród gruzu i przeżartej zaprawy w ciasnych tunelach. Skręca w prawo, aby dostać się w pobliże sąsiedniej celi, w której kratki ściekowe mają łagodniejsze zejście. Starając się przyzwyczaić do zapachu, gna po śliskim gruncie uregulowanego spływu. Zatrzymuje się, gdy z prawej dołącza odpływ z górnego poziomu. Tam skręca. Z trudem gramoli się przez ciasne oka żeliwnej kraty, ale zastyga w bezruchu. Kroki. Metal o kamień. Zbrojni! Co najmniej dwóch. Teraz albo nigdy! Napręża się z całych sił i wreszcie wyskakuje z potrzasku, turlając się jeszcze chwilę po kamiennej posadzce. Chowa się w cieniu wielkiej skrzyni z solidnymi okuciami. Główne wrota otwierają się gwałtownie, wpuszczając do holu snop dziennego światła, rozświetlającego pływające w powietrzu złote drobiny kurzu. Energicznie wchodzi para strażników, zakutych w stal, dźwięczących rynsztunkiem. Dudniące echo metalicznych kroków rozlega się po sali. W wypolerowanych nagolenicach odbija się soczysta zieleń traw i drzew. Gdy tamci odchodzą, ostrożnie wychyla się zza skrzyni i jakby zauroczona zapachem wiosny, podchodzi do otwartych wrót. Na tylnych łapkach staje w lśniącym świetle, zdumiona blaskiem wschodzącego słońca i cudowną perspektywą wolności. Z otwartym pyszczkiem rusza pędem przed siebie po brukowanej drodze, by po chwili zboczyć z niej, utonąć w gęstej trawie i zebrać na siebie pogodne krople rosy.

Szczęk! Coś zgrzytnęło. Zardzewiały trzask jakiegoś mechanizmu.

To pewnie główna krata przy schodach – ta, którą ledwo widać, jak się dobrze wychylić przez pręty dzielące celę od korytarza. Zawiasy niechętnie zaskrzypiały i zamilkły. Brzmią posępne bębny. Bom-bom; powolny rytm, leniwie tętniący pod skórą. Do korytarza wlała się błękitna łuna pochodni. Kto to może być o tej porze? Zawiasy jęknęły ponownie, a krata zatrzasnęła się z głuchym hukiem. Poderwałem się gwałtownie, aby doskoczyć w sam róg celi i skryć się tuż pod ścianą – tam mnie było najmniej widać. Łuna skręciła jednak na rozwidleniu w przeciwległy korytarz. Oddalała się. Bębny cichły. A może były to kroki? Ciche, acz słyszalne – jakby coś się skradało, ostrożnie podchodząc swą ofiarę. Skupione i bezwzględne. Płytki oddech, czujne spojrzenie, naprężone mięśnie gotowe do skoku i serce, bijące coraz prędzej i mocniej w gorączkowym rytmie. To krwiożercza bestia, która majestatycznie i niespiesznie zerka do kolejnych cel, wtykając swoją szkaradną paszczękę między kraty. Pociąga nosem. Wącha za czymkolwiek, co nada się na pożarcie. A przecież wszędzie jest pusto. Bębny. Wracają! Bom-bom. Teraz do wtóru z gwarem zachrypłych dzwonów. Don-don. Nie! To łańcuch, jaki ta demoniczna poczwara wlecze za sobą po ziemi! Rozedrgany cień, jaki rzuca na ściany korytarza w błękitnym świetle pochodni, ukazuje jej upiorne rogi i kark pokryty grubym, rozwichrzonym futrem. Niezgrabnie i jakby utykając podchodzi coraz bliżej, wabiona zapewne moim własnym zapachem. Jest ledwo za ścianą. Przystaje na rozwidleniu. Słychać jak dyszy. Jak łańcuch o kamienie posadzki dzwoni. Błękit pochodni błyska po śliskich cegłach ścian. Nagle znów rusza. Dudnią bębny. Bom-bom; czarna, włochata bestia wychyla się zza ściany. Stukając kopytami, robi kilka chaotycznych kroków i nagle znów się zatrzymuje. Tuż przed moją celą! Obraca się gwałtownie. Ze ślepi rubinowe światło błyska. Z furią i rykiem żelazne pręty chwyta w swe szpony, by wygiąć je jakby były z miękkiej gliny. Z przeraźliwym zgrzytem jeden po drugim ulegają sile demona. Wreszcie przedziera się przez otwór, a ten wzrok przeszywający wbija we mnie jak w worek z piachem. Bezlitosny lęk paraliżuje mnie w miejscu, gdy bestia, dzwoniąc łańcuchem, doskakuje mi do twarzy. Bom-bom. Upiorny uśmiech, ciężki, ohydnie ciepły oddech, monstrualne zęby, spomiędzy których wypływają hektolitry lepkiej śliny i spływają mi na łachmany. Monstrum przygląda mi się uważnie i ni z tego, ni z owego zaczyna coś żuć.

- To ty jesteś ten mały – odezwał się nagle niskim głosem, nie wiadomo, czy chcąc zapytać, czy też oznajmić.

Kolejna porcja śliny padła na posadzkę, gdy na chwilę przestał żuć i splunął na podłogę. Nie spuszczał ze mnie wzroku. Zresztą ja z niego – również. Zastygł jakby pomiędzy pogardą a zaciekawieniem. Jego potężne barki przykrywała znoszona peleryna, pokryta na karku sporą ilością grubego, mocno rozwichrzonego futra. Głowę częściowo zakrywał otwarty hełm strażniczy – choć bardzo nietypowy dla tamtych stron: z parą zakrzywionych ku górze rogów – o, takich, przytwierdzonych tuż nad uszami przypis  Tu nastąpił zapewne gest, pokazujący rozmiar i kształt rogów. W wielu jeszcze miejscach widać ślady pierwotnego przekazu oralnego niemożliwego do przełożenia na słowa – przyp. GE.. Przy najdrobniejszym ruchu kakofonią metalicznych dźwięków dzwoniły dziesiątki kluczy, zamocowanych do solidnej obręczy, przytroczonej z kolei do pasa. Jego nieco zgarbiona sylwetka obrysowana była jaskrawobłękitnym światłem pochodni, jaką trzymał w jednej ręce. Drugą opierał się o kratę... Tak! Opierał się o kratę! A wszystkie pręty były całe...

- Zatem nic nie mów – uśmiechnął się lekko, chcąc jakby nawiązać ze mną jakiś kontakt. – Zwykle lepiej milczeć niż mówić byle co.

Tak to wtedy powiedział. No cóż. Milczałem zatem – być może z lęku przed demonem, jakiego wciąż widziała w tym człowieku moja wyobraźnia, a jakiemu stanowczo zaprzeczały oczy. To był jakiś nowy, nigdy wcześniej się nie pojawił przed celą. Odniosłem wrażenie, że przybył prosto z frontu, ledwo uchodząc z życiem z jednej z tych wielkich bitew Terahandearu z Królestwem Umarłych. Utykał na prawą nogę, zresztą trudno się dziwić, skoro w połowie była zrobiona z drewna. Pomyślałem sobie wtedy, że to pewnie sprawka Kruczej ArmiiKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie.. Tratowała wszystkich, co odważyli się stanąć na jej drodze. A on wtedy rzekł:

- To pamiątka po niezakrzepłej jeszcze przeszłości... – Jakby pochwycił w locie mój wzrok i jego śladem trafił do myśli. – Jestem Turam An’Akkarath, syn Turama At’Timmerach, zwanego Żelazną Bramą. Mój ród pochodzi z Fenris, dumnego i pięknego miasta zagarniętego w wielkiej wojnie przez Chaos, ale przed pięciu laty wyzwolonego spod Kruczej ArmiiKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie. przez Terahandear. No, pewnie nigdy o nim nie słyszałeś, to daleko na Bakburcie, niemal na samym froncie. Ale zapewne jesteś na tyle bystry, by zorientować się już, iż od dziś jestem tu dozorcą, klucznikiem.

Nie mógł być prawdziwym dozorcą – a przynajmniej wówczas tak mi się zdawało. Prawdziwy dozorca nie przedstawiał się w taki sposób, nie obnażał się tak śmiało ze swą życzliwością, a już na pewno nie próbował zaprzyjaźnić się z kimś o tyle niższym hierarchią od samego siebie – tym bardziej, gdy nic na tym nie mógł zyskać.

Zdało mi się wtedy, że stał przede mną nie strażnik, broniący dostępu do wolności, a czcigodny rycerz lub wręcz świetlisty anioł skryty pod płytami zbroi, niosący mi wybawienie, jedynie dla zabawy udający tego, za kogo się podawał.

Szedł być może w jednym z tych gigantycznych korowodów, co niczym wielki wąż o łuskach z metalu wije się wśród dzikich krain. Ramię przy ramieniu, tarcza przy tarczy, oręż przy orężu. Zrośnięte w całość już nie w węża, a jakby w kolczastego smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający., co ogniem zieje, gdy trzeba. Miliony stóp wybijają dudniący rytm: bom-bom; jakby serce wielkiego gada – pulsując tak mocno – sprawiało, że ziemia się trzęsie... ze strachu. Nie wie jeszcze, że w dziobowe wzgórze wrósł gęsty las włóczni, toporów i mieczy, co strachu nie zna. Bo czyż śmierć może się czegoś lękać?

To zasadzka! Nagle las podrywa się. Rusza przed siebie. Jak lawina! Po zboczu – co sił! SmokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. staje ze zgrzytem. Najeża łuski, lecz drży. Ten, co budził grozę, teraz obawia się śmierci, która pożera dolinę po horyzont jakby zaraza trawiąca narody! Krucza ArmiaKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie.! Mknie z upiornym wrzaskiem na żelaznego gada. Jak sztormowa fala wbija się z impetem w jego twarde łuski, by rozbić się o nie w iskry i pianę. Po niej jeszcze jedna i następna. Któraś z nich wreszcie rozszarpuje skórę z metalu, targa wnętrzności na strzępy. Tarcze, pazury, miecze i łuski fruwają jak drzazgi. Przed chwilą majestatyczny jeszcze smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. teraz traci swe skrzydła, a ogień w nim gaśnie. Rozdarty, bez barw miota się i wije, by zbiec przed zagładą, ale upada bez tchu. Czarna fala zarazy rozlewa się po brzegu i zachłannie zagarnia wszystko w bezkresną otchłań.

rozdział

Nie było go już. Towarzyszyła mi jedynie wierna do bólu ciemność.

Tyle lat minęło, a tamten dzień pamiętam jakby to było wczoraj. Czas upływał nieco szybciej niż zwykle – o ile w ogóle można mówić, że jakkolwiek płynie, gdy nic się nie dzieje. Nie mogłem go przecież odmierzać za pomocą słońca, skoro żaden z jego promieni nie docierał tak głęboko pod ziemię. Poza tym tego słońca to nigdy w życiu nie widziałem na oczy – jedynie mi o nim opowiadali. W zasadzie nie do końca im dowierzałem w jego istnienie. W ogóle cały ten zewnętrzny świat, o którym mi tyle opowiadali, brzmiał jak jakaś zmyślona bajka. Możecie sobie to w ogóle wyobrazić? Rośliny, zwierzęta, góry, rzeki, niebo, księżyce, gwiazdy – wszystko to było wtedy równie nieprawdopodobne, co smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający. i jednorożce. Świat kończył się wraz z murami Młyna. I tyle. Dni pulsowały według rytmicznego porządku zmian warty, obchodów straży, wydawania posiłków, koszy z gruzem, co w szybie windy na końcu przeciwległego korytarza z łoskotem kursowały w górę i w dół. Doba dzieliła się na dwie części, które w zasadzie trudno byłoby nazwać dniem i nocą, bo obie wypełnione były równie gęstą ciemnością, rzadko tylko przeganianą pochodniami. W pierwszej z nich, nazywanej umownie dniem, skazany byłem na samotność – względnie cichą, zimną i próżną, choć napełnioną przecież lękiem. Lękiem o to, czy nadejdzie noc. A wówczas ta miała właśnie nadejść...

Pierwszy zawsze był ledwo słyszalny z celi odgłos gongu, obwieszczający koniec szychty. Po jakichś dziesięciu minutach z niższych korytarzy zaczynało dochodzić rytmiczne szuranie kajdan, w jakie wszyscy prócz mnie byli zakuci. W tym samym czasie z góry słychać było kroki schodzącego na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. klucznika, zwykle z obstawą. Miał za zadanie otworzyć dolną bramę. Następne były głosy – przytłumione i ledwo słyszalne. Wstrzymywałem oddech, by wyłapać choć pojedyncze słowa, strzępy skrytej rozmowy. Czasem, gdy czekali, aż klucznik otworzy dolną bramę, rozprawiali o czymś tajnym, nie wiedząc, że słyszę. Tak też było tamtego dnia. Na wpół szepczące, posępne głosy omawiały sprawę czyjejś nagłej śmierci. Któryś z naszych zginął z ludzkiej ręki! Zaszlachtowany jak zwierzę! Nagły, ostry i grzmiący rozkaz strażnika nakazał milczenie.

Względną ciszę, wypełnioną głównie kwileniem setek nadrdzewiałych ogniw, przerwał po chwili Sharia, mówiąc, by w celi nie wspominać o tym zajściu. Sharia był naszym raisemRais(hur.) wódz. przypis  Rais to ktoś w rodzaju wodza – przewodnika i dowódcy w jednym, sprawującego najwyższą władzę nad stadem i ustanawiającego prawa. Każde stado musi mieć raisa. Zdarza się, że funkcję tę pełni koalicja dwóch lub trzech braci. Ważne decyzje podejmują wtedy wspólnie, mają wspólne prawa do hurianek, wspólnie też bronią swego terytorium, kolejno stając do ewentualnych pojedynków. – przyp. tłum. – zawsze wiedział, co robić; stawał w naszej obronie. Szanowaliśmy go za to. Rzecz jasna byli i tacy, którzy nie zawsze się z nim zgadzali. Ale nawet oni dobrze wiedzieli, że wszelkie sprawy ze strażnikami lepiej pozostawić w jego rękach. Miał tę niezwykłą zdolność właściwego dobierania słów ludzkiego języka i robienia z nich dobrego użytku – zupełnie jak rzemieślnik, który precyzyjnie dobiera narzędzia do zamierzonego kształtu swego dzieła.

Gdy przeszli przez bramę i zbliżali się do rozwidlenia, światło strażniczych pochodni rozlewało się zimną, niebieską łuną na korytarzu, rysując na kamiennych ścianach wielkie sylwetki o rozszalałych kształtach. Lubiłem obserwować ten chaotyczny taniec cieni. Przyciśnięty do krat, wystawiając głowę, wypatrywałem aż dojdą do rozwidlenia i skręcą w nasz korytarz. A gdy dochodzili, uciekałem pod ścianę, by nie zauważył mnie dozorca. Kiedyś mnie jeden zdzielił za to, że pałętałem mu się pod nogami, gdy otwierał kratę. Nie brakowało tam takich parszywych typów...

W jednym momencie ta pusta, zimna i cicha cela napełniała się dziewiętnastoma huriami i huriankami – tyle nas było w tamtych dniach. Ledwośmy się tam mieścili. Całe pomieszczenie stanowił prostokąt mający może trzy metry na cztery. Ściśnięci leżeliśmy jedni na drugich tak gęsto, że nie było widać posadzki, a przy każdym ruchu wycieraliśmy się o siebie, nieraz depcząc sobie po ogonach. Ze wszystkich strontron ograniczały nas stare, spękane ściany z kamienia i cegły, za wyjątkiem jednego z węższych boków. Tam, od posadzki po samo sklepienie, wstawiono żelazne, pionowe pręty grube jak palec i twarde jak głaz oraz kratę zamykaną na klucz. Po przeciwległej węższej ścianie ciurkiem sączyła się woda, jakiś podziemny strumień czy coś. Spływała do kratki ściekowej, co ją wmurowano w podłodze. Natomiast na obu dłuższych ścianach zawieszono na łańcuchach po dwie drewniane prycze. Gdy Sharia stanął czasem na jednej z nich, szorował grzywą o strop, tak było tam nisko. Oto cała moja cela. Całe moje życie...

Tamtego dnia, gdy nasi czekali już pod dolną bramą, z góry zszedł... nowy klucznik, tak charakterystycznie stukający tą swoją drewnianą nogą! Więc wcale mi się nie przyśnił! Gdy otwierał naszą kratę, rzucił mi nawet coś w rodzaju przyjacielskiego spojrzenia, choć zmieszanego z lękiem.

Inni strażnicy z jakiegoś powodu patrzeli na niego z wyższością, niechęcią, może wręcz wstrętem. Pomstowali, że tyle czasu zajmuje mu zejście z góry na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Gardzili nim, choć w ich hierarchii stał wyżej od większości z nich. W końcu nie każdemu daje się klucze Młyna pod opiekę przypis  Nietrudno się chyba domyślić, że mianem Młyna określaliśmy miejsce naszej niewolniczej pracy – ten nasz dom i grób, w którym niegdyś zostaliśmy uwięzieni. Przypomnę, że przypisy objaśniające gwarowe zwroty nie zawsze umieszczone są przy słowie, którego dotyczą, a w miejscu, gdzie oryginalnie zostały wypowiedziane przez huryjskiego gawędziarza – przyp. GE.. Strażnicy swoją pozycję zaznaczali za pomocą ubioru: wyżsi w hierarchii używali takich śmiesznych pióropuszy na hełmach, zdobień na swych zbrojach, a także grubych pasów z frędzlami. Dzięki nim mogliśmy poznać, jak do kogo było trzeba się zwracać.

Nikogo z naszych nie brakowało. Gdy wchodzili do celi, starałem się wyczytać w ich strudzonych twarzach, co się stało, ale unikali mego wzroku. Zmordowani pracą ponad siły, ledwo trzymający się na nogach, zadyszani, brudni i spragnieni. Jak co dzień. Gdy wszyscy byli już w środku, a zbrojni zatrzasnęli za nami zamki, jedynie Matka spojrzała na mnie znad miski z wodą i od razu odgadła, o co pytałem ją oczyma, jednak szybko odwróciła się w innym kierunku. Dopiero po dłuższej chwili wewnętrznej walki, jaką być może prowadziła sama z sobą, wyrzuciła wreszcie:

- Zabili Rembę Roha.

Gdy to rzekła, Sharia zawarczał dobitnie, gwałtownie zwracając się w jej stronę, wyszczerzywszy kły, nastroszywszy grzywę i naprężywszy ogon.

- Syna starego Eneii z celi obok – dokończyła już znacznie ciszej, lękliwie odwracając się w stronie Sharii.

Wypowiedziała to zatem wbrew woli naszego raisaRais(hur.) wódz.. Przecież polecił, by nikt w celi o tym nie mówił. Ich burzliwa, acz bezgłośna wymiana zdań trwała przez dłużącą się chwilę, w której serce waliło mi oszalałe ze strachu. Co mógłbym mu zrobić, gdyby wtedy się na nią rzucił? Ja, tak mały, wobec kłów i pazurów tej śmiercionośnej bestii? Tego smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający., majestatycznie demonstrującego skrzydła i ziejącego żarem? Już widziałem jak w ostatniej chwili podrywam się z ziemi i zagradzam mu do niej drogę, przez co rozrywa mnie na strzępy jak słomianą kukłę. Nic sobie nie robiąc z tej nędznej przeszkody, doskakuje z pazurami do Matki i zagryza... Jako raisRais(hur.) wódz. miał przecież prawo naprawdę mnie pożreć, acz z jakiś względów nigdy nawet mnie nie skarcił. Wręcz się zdarzało, że mył mnie całego albo pozwalał mi bawić się swoim ogonem... Traktował mnie jak własnego, a ja wyobrażałem sobie czasem, że rzeczywiście jest moim ojcem, choć oczywiście nim nie był. Nie mógł być. To w końcu bujnogrzywy arufianArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii., a mnie, czystej krwi tigrianaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii., zrodziła równie czystej krwi tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. przypis  Jeśliby kto z was nie wiedział, wyjaśnić wypada, że z łez Wielkiego-Baby, zraszających łono W‑Mleko-Obfitej-Mzazi, zrodziło się we właściwym czasie pięć huryjskich rodów. Prócz grzywiastych arufian i pręgowanych tigrian wymienić trzeba jeszcze samotniczych spellian oraz onkian, zamieszkujących dżunglę, i pardian, mieszkających tak w lasach, jak i wśród trawiastych sawann. Onkianie i pardianie z zasady podobni są do siebie acz różnią się rysunkiem cętek, nieznacznie też wielkością ciał. Od pozostałych rodów są niżsi i drobniejsi, toteż na wolności ich domostwa najczęściej bywają zawieszone wśród koron drzew. Arufianie, w największych skupiający się stadach, gustują w drewniano-skórzanych szałasach przylepianych do stepowych drzew. Więksi od arufian tigrianie zwykli się osiedlać w jaskiniach, które sami w skale drążą; spellianie zaś obierają jaskinie naturalne lub uprzednio wydrążone. Ci ostatni, stroniący od stadnego życia, acz najpotężniejsi spośród hurii, są jednak dość rzadcy i bardzo dzicy – do tego stopnia, że nieposłuszne huryjskie młode straszy się czasem spellianami – przyp. tłum..

Iskrzącą z napięcia ciszę przerwały krzyki dobiegające z korytarza – to kolejna burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. przypis  Burtą nazywaliśmy wszystkich więźniów z jednej celi.. Jak to zawsze bywało, ci zza ściany wracali z podziemi w drugiej turze, ale trudno byłoby liczyć na ich spokój po tym, co zaszło. Zadrżeliśmy wszyscy, słysząc chrzęst zbroi powalonego na ziemię strażnika i rozpaczliwy okrzyk dozorcy, wzywający posiłki. Mogliśmy tylko gdybać, kto porwał się na coś tak szalonego? Z niecierpliwości jeden z naszych wówczas rzucił się ze złością do krat, ale gdy chciał coś krzyknąć, dopadł go Sharia, ściskając silnie za ramię:

- Oszalałeś, hurio? – zawarczał przez zaciśnięte zęby. – Chcesz nas wszystkich zgubić? Im nie zdołasz tym pomóc, a nam szkodę przyniesiesz. To nie poruszenie, a jedynie wyraz rozpaczy bez planu i celu, dający chwilowe ujście emocjom. Poskrom więc własne, miast na nas tragedię zrzucać!

Poskutkowało. Bez słowa podtulił ogon i przysiadł gdzieś z boku, liżąc siniaki, jakie zrobił mu Sharia. A my w lęku i skupieniu nasłuchiwaliśmy, jak z trzaskiem wbiegli na poziom strażnicy z góry, jak maltretowali naszych, jak łamali na nich drewniane kije, by zdusić w zarodku to, co mogłoby przerodzić się w bunt. Skąd po całym dniu męczeńskiej pracy znaleźli na to siły? Wreszcie zamęt ucichł, a po kilku chwilach ruszyli, popędzani rozkazami i pałami strażników. Gdy poturbowani i zgarbieni przechodzili obok naszej celi, liczyłem ich starannie. Zawsze to robiłem. A tamtego dnia jednego brakowało, zaś innego jeszcze zabrano do karceru. Zatem i tak bym się domyślił. Zmarły Remba Roho jawił mi się wtedy jako szaleniec, drwiący z praw i porządków. W zasadzie zbyt mnie nie dziwiło, że ściągnął na siebie nieszczęście.

Oczywiście burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. z celi obok nie znałem tak dobrze jak własnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. przypis  Hurie nie znają pojęcia rodziny – takiego, które my znamy. Rodzą się w stadzie. Stado ich karmi i ochrania, jak i oni karmią i ochraniają stado. W nim doznają miłości i sami kochają. Bywa, że nie opuszczają go przez całe życie i w nim też starzeją się i umierają. Choć raisowie się zmieniają, stado trwa. To stado zwą właśnie mbarią – w naturalnych warunkach zwykle nie więcej niż dwudziestu na ogół spokrewnionych ze sobą osobników (za wyjątkiem arufian, którzy często skupiają się w liczniejszych jeszcze grupach). Czasem mbarią nazywają ród, znacznie rzadziej – cały swój gatunek – przyp. tłum. , ale przecież każdej nocy byli tuż za ścianą, na wyciągnięcie ręki. Od rozwidlenia szło się korytarzem szerokim może na jakieś trzy metry, a wysokim na dwa, jak i wszystko na tym poziomie. Pierwsza z lewej była nasza cela, a zaraz za nią – właśnie cela numer dwa. Dalej korytarz był już ślepy. Jeśliby teraz wrócić do rozwidlenia, to na lewo mielibyśmy szeroki korytarz z dwiema celami tortur po bokach i główną kratą, za którą były schody na wyższy poziom; na prawo – długi, prosty odcinek zakończony dolną bramą i schodami w dół; zaś idąc na wprost minęlibyśmy po lewej dwie huryjskie cele podobne do naszej – trójkę i czwórkę, potem korytarz skończyłby się zamykanym szybem windy. Prócz dziennego urobku transportowano nim również sagan z obiadem lub śniadaniem. Nocny kontakt z tymi dwiema celami po drugiej stronie rozwidlenia był bardzo ograniczony – można było używać jedynie przytłumionych pomruków; głośniejszy ryk mógłby ściągnąć z góry straże. Przez to tych dwóch burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. nie znałem prawie wcale. Niewiele mi o nich opowiadali, a ledwo kilkoro zdarzyło mi się widzieć na własne oczy – rozpoznawałem ich po głosie lub zapachu. Zawsze, gdy nasze dwie cele wróciły już z poziomu, nasłuchiwaliśmy z niecierpliwością, jak prowadzili tych z trzeciej, a następnie z czwartej, ostatniej. Bowiem gdy wszystkie hurie były już na swoich miejscach, nadchodziła wyczekiwana pora obiadu.

Trzaskowi bocznej kraty od szybu towarzyszyła rozprzestrzeniająca się woń surowego, hodowlanego mięsa, które na wolności wzbudzałoby największe obrzydzenie. My się o nie niemal zabijaliśmy. Stanowiło jakby zapłatę – bardzo nierówną zapłatę – za męczeńską pracę, do jakiej nasi byli zmuszani. Co ważne: cela, która odkuła najwięcej skały, otrzymywała premiową rakietę z szamunkiemRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody. przypis  To znaczy nagrodę z kilku dodatkowych ochłapów mięsa – czasem lepszej jakości albo po prostu świeższego. W dobre dni zdarzało się, że taka premia stanowiła dodatkowo nawet połowę standardowej porcji.. No i dla tych kilku kęsów mięsa wypruwali z siebie żyły. Nie mogli myśleć już trzeźwo o niczym innym jak tylko o napełnieniu swych żołądków. Po tylu latach stali się martwymi odbiciami samych siebie. Jakaś śmiertelna trucizna przeżarła ich wnętrza, pozostawiając puste, cielesne skorupy – niczym kości o wyssanym do cna szpiku...

- Wara od krat, koty! – huczał jeden z bukatówBukat(więz.) strażnik., pchając przed sobą wózek z mięsem przypis  Bukat to jedno z najczęstszych chyba określeń strażnika.. Czasem tłukł pałką o pręty dla podkreślenia swojej wyższości i dla odgonienia oślepionych głodem desperatów.

Któraś z figurFigura(więz.) więzień funkcyjny. przerzucała wtedy fasunek przez specjalne okienko w kracie przypis  Fasunek to inaczej jedzenie. Zaś figurami nazywaliśmy więźniów funkcyjnych – kilkoro hurii wykonujących takie prace, którymi strażnicy nie mieli zwyczaju brudzić sobie rąk – jak oprawianie zwierzyny czy rozładunek gruzu na górze. Figury były lepiej traktowane, dostawały lepsze racje i miały zdecydowanie lżejszą od nas robotę. Do tego bywały na powierzchni. Nie spali razem z nami – dla bezpieczeństwa zamykali ich bukaci w osobnej celi na wyższym poziomie. Zadzierali głowy i sztywno nosili przy nas ogony. Gardziliśmy tą pyszną burtą służalców jak tylko się dało, bo donosili strażnikom o wszystkim, co od nas usłyszeli. To było pewne. Właśnie przez to hurie w celach zaczęły niegdyś mówić między sobą szyfrem – by ci z góry za szybko się nie domyślili, o co chodzi.. Mięsa dostawaliśmy zwykle tylko tyle, ile taka figuraFigura(więz.) więzień funkcyjny. uznała za stosowne; a w dobry dzień – tyle, ile według strażniczych rachunków się należało za wykonaną pracę.

Swoją drogą nazwanie hurii kotem jest dość obraźliwe samo z siebie, a w tamtych czasach i miejscu, w którym nas trzymano, nabrało dość osobliwego znaczenia. Tak bardzo podkreślało to naszą zwierzęcość, której od wieków staraliśmy się wyzbyć... Zaślepieni głodem, zatapialiśmy zęby w ochłapie krwistego, surowego i hodowlanego mięsa, niczym się nie różniąc od swych dalekich krewnych. To miejsce obdzierało nas z ostatnich resztek szlachetności, jaką przecież się szczyci nasz gatunek.

Dopiero gdy strażnicy odeszli, było nam wolno w ogóle się zbliżyć do mięsa. Jak ktoś się na nie rzucił wcześniej, stwierdzali drwiąco, że widocznie tyle nam starczy, i odchodzili do kolejnej celi. Dlatego nieraz widziałem naszych, z jak wielkim trudem tłumili swe rozbudzone pierwotne instynkty, starając się wykazać należną cierpliwością.

Pierwszy jadł oczywiście Sharia, przynajmniej w tamtym czasie. Na jego znak dołączali kolejni hurie, a ci, gdy już pojedli, dopuszczali najstarszych hadhówHadhi(hur.) stary huria., po nich były hidayeHidaya(hur.) dorosła hurianka., hekaleHekala(hur.) stara hurianka., na końcu huryHur(hur.) młodociany huria. oraz hurysyHurysa(hur.) młodociana hurianka. przypis  Innymi słowy po raisie najważniejsi są kolejno: pozostali dorośli hurie, męska starszyzna (hadhowie), dorosłe hurianki (hidaye), żeńska starszyzna (hekale), młodzież (hury i hurysy), a na końcu młode (chekechee). Struktury hierarchii w huryjskich stadach są jednak znacznie bardziej skomplikowane i tylko w ogólnych zarysach zależą od wieku i płci. W dodatku podlegają ciągłym zmianom. Podejrzewam, że kwestię tę silnie tu uproszczono ze względów czysto retorycznych. Acz w istocie huryjska hierarchia zwyczajowo określana jest podczas dziennego podziału posiłku na zasadzie kolejnych ogniw łańcucha. Zawsze rozpoczyna rais: wskazuje i dopuszcza następnego – najbardziej w swym mniemaniu znaczącego pośród swego stada. Ten podchodzi, odbiera swoją porcję, wskazuje następnego z tych, co pozostali i czekają na swą kolej, i tak dalej. Zatem każdy – nawet sam rais – obiera tylko jedno, następne po sobie ogniwo łańcucha. Na co dzień zamiast wywoływać po imionach dawane są znaki, oznaczające na przykład brak zmian – przyp. tłum.. Mi zwykle nie zostawało już nic poza zapachem mięsa, pozostawionym na resztkach poprzegryzanych i przelizanych we wszystkie strony kości. Prawie codziennie była to więc uczta dla wyobraźni – wspaniała i obfita, choć niewiele miał z tego żołądek. Kwestia podziału mięsa zawsze była bardzo drażliwa. Sami sobie byliśmy najlepszymi sędziami. Jednocześnie najmniej sprawiedliwymi. Bo przecież największy przydział dostawali ci, co byli najwyżej w hierarchii, a nie ci, którzy najciężej pracowali. A i tak nie zawsze udawało się Sharii utrzymać należny ład. Czasem nie kończyło się na ryku i szczerzeniu kłów. Choć od zawsze było to zakazane przez strażników, dochodziło do walk, przypominających każdemu jego miejsce w hierarchii lub względnie ustawiających ją od nowa. Ostatecznie przecież to najważniejszy porządek rzeczy.

Tamtej nocy było u nas spokojniej niż zwykle. Za to w celi obok rozegrał się dramat. Ku naszemu zdziwieniu strażnicy podjechali z mięsem przed ich kratę, ale z okrucieństwem godnym swej natury przywiązali je łańcuchem do przeciwległej ściany korytarza i pozostawili tam na całą noc. Zbyt daleko, by sięgnąć je zza krat; zbyt blisko, by nie czuć jego zapachu. Paskudna to kara morzyć głodem i pożywieniem zarazem... Podobno kiedyś, na początku Młyna, raisowieRais(hur.) wódz. burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. w podobnych sytuacjach dzielili się własnym obiadem z sąsiednimi celami, ale tę niezwykłą szlachetność znałem jedynie z opowieści. W praktyce zawsze się okazywało, że wszelkim przejawom szlachetności dawno już poderżnięto gardła – stały się w Młynie niemal oznaką słabości... Tak, ten świat rządził się innymi prawami.

Pozostała część wieczoru zarezerwowana była na mycie – zwykle pobieżne i ociężałe – część aż zasypiała przy nim ze zmęczenia, niektórzy zaś dla rozładowania stresu i emocji lizali tak intensywnie swoją sierść, że aż ją sobie wydzierali do gołej skóry i ranili się do krwi. Permanentnie mieliśmy na językach tępy smak skalnego pyłu, piachu i starej zaprawy. Wieczór był również porą rozmów wewnątrz celi, jak i z burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. zza ściany; był porą ustalania udziału w dziennym urobku i podziału pracy na kolejny dzień; porą opowieści starych hadhówHadhi(hur.) stary huria. o wolności, a także porą nauki, jaką starały się młodszym przekazać hekaleHekala(hur.) stara hurianka. czy hidayeHidaya(hur.) dorosła hurianka..

Tamtej nocy nikt jednak niepotrzebnie się nie odzywał – zresztą jak zawsze, gdy działa się jakaś tragedia. Niełatwo było mi zasnąć – ze strachu i... trochę z ciekawości. Cela obok starała się przyciągnąć choćby kawałek odebranego obiadu za pomocą sznura zesztukowanego z derek. Bezskutecznie. Obawiałem się wtedy, że ściągną tym tylko straże z góry – nie rozumiałem jeszcze, czym jest prawdziwy głód, choć to niemal niedorzeczne jak na warunki, które mieliśmy w tym Młynie. Powietrze zza ściany aż wrzało od splątanych myśli, tłumionych jęków i szlochów, które raz po raz znajdowały ujście w szeptem prowadzonej wymianie zdań. Nadstawiałem ucha...

- Ależ skądże znowu? To bełkot! – huknął ktoś, ledwo się powstrzymując od wypowiedzenia tego na pełen głos.

- Tylko powtarzam, co mówił – tłumaczył spokojnym głosem Maarifa, taki hurHur(hur.) młodociany huria. z celi obok.

- Bo i cóż może mieć do powiedzenia pomyleniec i kwirusKwirus(więz.) wariat. przypis  Kwirus, czyli wariat.? Ten błazen musiał kiedyś tak skończyć. Tyle że to jeszcze nie powód, byśmy zaczęli wierzyć w to, co wygadywał!

- Ale zobaczcie... Korzystamy ze zmysłów: ze wzroku, aby dostrzec łunę pochodni; ze słuchu, by usłyszeć nadciągającego bukataBukat(więz.) strażnik., z węchu, by...

- ...by poczuć, że szprycują nas tu zgniłym ścierwem – podchwycił jakiś posępny szept – a dziś nawet nie byli łaskawi cisnąć go na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. przypis  Nie inaczej. Mięso szło wprost na tą zawaloną pyłem posadzkę; no i z tejże posadzki je zlizywaliśmy.!

- Może Remba miał zmysł – ciągnął niestrudzenie Maarifa – dzięki któremu słyszał, co te kolumny chcą nam powiedzieć!

- Brednie i jury! Gadasz jak Aria! – parsknął ktoś z głębi. – Nic tam w dole nie słychać dokoła! Toż to duchy tworem furiackiej spowiedzi, to wszak rozumowi bluźni!

- Daje do myślenia – odwarknął jeszcze jeden głos – że jak tylko jeden kwirusKwirus(więz.) wariat. padnie trupem, a innego zabiorą do karceru, to zaraz znajdzie się jakiś trzeci, co zajmie ich miejsce.

- Właśnie, co z Arią? – załkała któraś z hurysHurysa(hur.) młodociana hurianka., gdy ciszę po raz kolejny przedarła fala odległego jęku dochodząca z karceru. – Nawet nie wiemy, czy te psyPies(więz.) strażnik. puszczą go żywego!

- Mógł się szczur nie wybijać – odparł tubalny, zachrypły głos. – Przez niego czuję wszystkie kości w krempluKrempel(więz.) kręgosłup.! A śmietnikŚmietnik(więz.) żołądek. z głodu się mi skręca przypis  Chodziło mu o kości kręgosłupa. Natomiast śmietnikiem nazywaliśmy żołądek. Trzeba przyznać, że w tych warunkach to nawet całkiem trafne określenie.! – Zachrypły głos ciągnął dalej: – Kto wie, czy jutro dostaniemy cokolwiek na kafleKafle(więz.) zęby. przypis  Nie, nie. Nie chodzi o posadzkę. Kafle to inaczej zęby.? Te zakute pyski – mówił – nie znają litości, odstawiając taki kant z ubojemUbój(więz.) mięso. przypis  Czyli z mięsem.. Sam zdzieliłbym Arię po karku, gdybym był wiedział, że się na to targnie. Wezmę na pniakiPniaki(więz.) kły. to stroszone futro, jak tylko wróci... i o ile wróci przypis  A te pniaki to też kafle, tylko te nieco większe. To znaczy kły.! – To wszystko powiedział w akompaniamencie zgodnych pomruków tigriański raisRais(hur.) wódz. tamtej celi, noszący imię Radża. Tak to jakoś u tigrianTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. już jest, że w każdej, mniejszej czy większej społeczności musi się znaleźć ktoś o imieniu Radża. I w zasadzie nie wiadomo dlaczego.

Konspiracyjny szept zza ściany dał się słyszeć do samego rana. Koncentrowali się głównie na tym obiedzie, którego nie otrzymali, ale kilka razy wrócili jeszcze do Arii Neno Nabii, tak bowiem nazywał się ten pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., którego za wszczęcie buntu strażnicy torturowali w karcerze. Na co dzień uchodził za poetę i dziwaka, któremu czasem strzelało coś do głowy. Mówili też o Rembie Rohu, acz wówczas jego śmierć ciągle nie była dla mnie jasna. Z tego, co wtedy słyszałem, wynikało, że podczas odkuwania jednej z kolumn znalazł coś, co szczególnie przykuło jego uwagę. A gdy dozorca usiłował ponaglić Rembę do dalszej pracy nad chodnikiem, ten niespodziewanie rzucił się na dozorcę. Nie miał jednak szans z grubym, stalowym pancerzem, tym bardziej bez pazurów. Strażnicy regularnie je naszym przycinali obcęgami, nieraz aż do krwi. Byłem z tego zwolniony, ale nie zazdrościłem im takich atrakcji.

rozdział

Z nocy pełnej koszmarów budził nas zawsze werbel metalowej bądź drewnianej pałki, tłukącej się o żelazne pręty krat, i ochrypły okrzyk przeprowadzającego obchód dozorcy:

- Pobudka, kocie ścierwa!

To lub podobne szczeknięcie przez całe lata jeżyło nam skórę i przywoływało do porządku – tak jakby nas kto po karku łomem dźwięknął, a nie głosem. Nastawała po nim chwila ciszy, podczas której przeklinano pod nosem kolejny dzień i złorzeczono strażnikom. Jedni naciągali na siebie derki, by schwycić jeszcze resztki oddalającego się snu, którego zawsze było nam za mało, inni szeptali w skupieniu słowa łowieckiej modlitwy, będącej już tylko mechanicznym rytuałem z dawnych dni, choć – być może – wyrazem tlącej się jeszcze nadziei. Jednak, jak dla mnie, nadzieja zagasła w nich już znacznie wcześniej – wraz z ostatnimi promieniami słońca, jakie przed laty widziały ich oczy.

Podczas apelu, czyli drugiego przejścia straży, wszyscy musieli być już na nogach, inaczej na wyjście dostaliby od dozorcy po krempluKrempel(więz.) kręgosłup.. Albo gorzej jeszcze: cała cela byłaby ukarana brakiem śniadania – co kilka razy miało miejsce za mego życia. Pchani widmem głodu pilnowaliśmy się zatem nawzajem – podnosiliśmy wzajemnie zwiędłe kukły swych ciał, by przynajmniej stwarzały pozory żywych. Gdy pojawiali się strażnicy, starszy celi – a u nas był nim wówczas Sharia – miał za zadanie zdać relację – dzień w dzień niemal identyczną:

- Melduję sierżancie: stan liczebny dziewiętnaście, obecnych dziewiętnaście, zdolnych do pracy osiemnaście, wszyscy zdrowi.

Ten jeden niezdolny do pracy to rzecz jasna ja. Odpowiedzią strażnika na meldunek Sharii było zwykle drobne skinienie głowy i odmaszerowanie do celi obok. Tamtego dnia stało się jednak inaczej. Zamiast odejść, wpatrywał się w nas w skupieniu dłuższą chwilę, aż zaczęliśmy się poważnie niepokoić. Jakby znalazł się właśnie na polowaniu, a my jakbyśmy byli jego zwierzyną. Wyobraźnia w takich chwilach podsuwa jedynie obrazy braku śniadania i kar cielesnych, podsycając poczucie winy – pomimo tego, że to przecież nie my staliśmy za buntem z poprzedniego dnia. Ogarnęła nas trwoga.

Wreszcie wzniósł rękę i wskazał Vijani – młodą jeszcze i energiczną tigriankęTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.hurysęHurysa(hur.) młodociana hurianka. o łagodnie rozłożonych pręgach, grafitowo-błękitnych oczach, uroczo spłaszczonym nosie i niezwykle rzadkiej, acz przepięknej mleczno-siwej sierści – mocno już przyszarzałej i zaniedbanej w tamtych koszmarnych warunkach.

- Ty. Ty po obchodzie pójdziesz z nami – zakomunikował dozorca.

Było coś dziwnego w jego spojrzeniu. Może z tego właśnie powodu Sharia wystąpił wtedy z grupy na pół kroku i tak powiedział:

- Dokąd ją zabieracie, sierżancie? Weźcie mnie w zamian!

Uznałem to wtedy za niezaprzeczalny wzór bohaterstwa. Rozpierała mnie duma, że był on moim raisemRais(hur.) wódz....

- Nie twój zapchlony interes, Sharia! – odburknął dozorca, sięgając już po rękojeść miecza. – Odstąpże pókim dobry!

Jedyną natomiast odpowiedzią Vijani było przełknięcie śliny i nerwowy ruch ogonem. Tylko z tyłu było widać, jak wyciągnęła na moment palce, choć bez pazurów przecież – rozważając może, czy mimo krat nie rzucić się psuPies(więz.) strażnik. do gardła ze złości. Zdarzało się już wcześniej, że bukaciBukat(więz.) strażnik. brali z celi Vijani, ale jeszcze nigdy przed śniadaniem – jeśli już, to po obiedzie, na noc.

Gdy strażnicy odeszli za rozwidlenie, popatrzyliśmy chyłkiem po sobie pełni podejrzeń i obaw; a gdy znaleźli się w bezpiecznej odległości, skupiliśmy się nieco i prędko radziliśmy, co czynić. Jedni chcieli wykorzystać sytuację do sabotażu Młyna; inni, lękając się o życie Vijani, wyszukiwali jej improwizowane narzędzia, którymi mogłaby się bronić; inni jeszcze wypytywali zaciekle hurysęHurysa(hur.) młodociana hurianka. o to, jakich zbrodni się dopuściła i czemu ukrywała je przed resztą? Ostatecznie ustalono, że gdziekolwiek by jej nie zabierano, zbada okolicę, poszuka słabych punktów straży i rozejrzy się za potencjalnymi drogami ucieczki.

Jeszcze przed śniadaniem dozorca wrócił z dwiema papugamiPapuga(więz.) strażnik, konwojent. eskorty i klucznikiem pod nasze kraty przypis  Papugami przezywaliśmy strażników pełniących funkcję konwojentów lub ochroniarzy.. Klucznik, otwierając celę, rozejrzał się po jej wnętrzu. Dostrzegłszy mnie, zatrzymał na chwilę wzrok, a w kącikach jego ust można było dostrzec jakby cień zadowolenia. Pod bronią wywołali Vijani z celi, złapali w swe żelazne łapska i powlekli korytarzem na dół, podczas gdy my zza krat opłakiwaliśmy własną bezsilność.

Na śniadanie dostawaliśmy po kromce bomsuBoms(więz.) chleb. i płynną mięsną breję zwaną zupą przypis  Co to jest boms? To takie gąbczaste i przeważnie twarde pożywienie pozbawione smaku – wyrabiane przez ludzi chyba z kłosów zbóż, a nazywane przez nich chlebem. My czasem nazywaliśmy go brukowcem, bo skórę miał tak czarną i niejadalną, jakby ktoś z upodobaniem szorował nią posadzkę.. Zupę nazywaliśmy nieraz żurem, bo aż trudno było dociec, z czego ją gotowano. W teorii złożona była z wody i zwierzęcych resztek czy mniej smacznych wnętrzności. Mieliśmy na nią specjalne drewniane miski – każdy, ściskając swoją w rękach, ustawiał się w kolejce wewnątrz celi. Na samym początku tłoczyła się dumnie piątka tych, którzy poprzedniego dnia pracowali najwydajniej. Wybierani byli przez dozorców w ciągu dnia podczas pracy lub częściej wieczorem, na chwilę przed zdaniem kilofów i łopat. Otrzymywali takie specjalne żelazne tabliczki z wyrytym symbolem ryby, które nazywaliśmy blaszkami. Tym, co je mieli na śniadaniu, nabierano do misek z suterynySuteryna(więz.) dno kotła. przypis  To znaczy, że cała ta piątka dostawała fasunek z dna kotła.. Do ich posiłku dorzucano po rybie. Blaszkę z symbolem ryby wymieniali wtedy na prawdziwą – choć demony raczą wiedzieć, ile kilometrów te ryby podróżowały lądem i w jakich warunkach. Pozostali – ci mniej wydajni, więc bez ryby – musieli się zadowolić rzadszą wachąWacha(więz.) woda., a ustawiali się już według stałej hierarchii. Zatem także podczas śniadania trafiałem na koniec, ale przynajmniej otrzymywałem swoją w miarę równą porcję. Praktycznie była to moja jedyna strawa, wówczas mleka od dawna już nie ssałem.

Z tymi blaszkami było w celach sporo zamieszania. Bez ustanku krążyły między huriami, stanowiąc nieformalny środek płatniczy za te czy inne usługi – w końcu były nieraz wszystkim, co mieli na wymianę. A nieraz je sobie podkradali, wyrywali albo nawet darli o nie futra. RaisowieRais(hur.) wódz. w celach zwykle stawiali sobie za punkt honoru zorganizowanie sobie przez noc ryby na śniadanie. Zabierali blaszki niższym w hierarchii – perswazją, siłą, sposobem – acz sytuacje, by ktoś z ogona hierarchii dotrwał z blaszką aż do rana, nie zdarzały się znów tak rzadko.

W zasadzie to dość dziwne, że śniadanie zorganizowali strażnicy zupełnie inaczej niż obiad. Podejrzewaliśmy, że było to jak najbardziej celowe – wyróżnienie najlepiej pracujących miało już na początku dnia jasno pokazać wzorce, które powinniśmy naśladować. Miało zaszczepić w nas wolę walki, chęć rywalizacji – byśmy w pogoni za nieświeżą rybą zadeptali własnych braci. Najgorsze było jednak to, że ta strategia działała pomimo tego, iż byliśmy jej świadomi.

Tamtego dnia nie zdążyliśmy nawet oderwać ust od misek, gdy doszło naszych uszu niemiarowe sapanie łańcuchów i piskliwy zgrzyt dolnej kraty. Przywarliśmy w napięciu do prętów, ale ledwo było cokolwiek widać. Ci, którzy coś dostrzegli, byli zdania, że zza barczystych papugPapuga(więz.) strażnik, konwojent. wyłonił się na chwilę biały, pręgowany ogon. Vijani... Komuś wydało się nawet, że coś za sobą wlekła. Na pomysł, że mogło to być ciało Remby Roha, wpadła chyba Ugaidi – hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. onkiańskiej rasy, wzbudzająca respekt nawet wśród hadhówHadhi(hur.) stary huria. – porywcza i energiczna organizatorka buntów, ucieczek, głodówek i planów sabotażu Młyna. Niewątpliwie mogłaby nam przewodzić, gdyby nie oczywisty fakt, że była hurianką, a nie hurią.

W sumie to aż dziwne, że nikt nie wpadł na to wcześniej – w końcu ciało Remby pozostało przez noc na dole: nikt nie widział, by ktokolwiek je wynosił, a przecież kwestie zmarłych rozwiązywali dotychczas strażnicy. Tak czy siak jedyne pewne było to, że prowadzili Vijani na górę; reszta to domysły. Toteż niepewność co do dalszych losów tej wdzięcznej hurysyHurysa(hur.) młodociana hurianka. trzymała nas do późnego wieczora.

Zawsze krótko po śniadaniu rozpoczynano wyprowadzać kolejne burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. – w takiej samej kolejności, jak powracały pod koniec dnia. Zatem jako pierwsza opróżniana była zawsze nasza cela, następne szły hurie zza ściany. Jako ostatni szli ci z trójki i czwórki – czyli ci, z którymi mieliśmy taki lichy kontakt. Odchodząc w codziennym rytmie, zabierali ze sobą szum rozmów i lament kajdan, wyznaczając jednocześnie granicę między nocą a dniem. Ileż to razy gotów byłem zjeść własne futro, by wyruszyć z nimi...

To, czym zajmowali się w czasie całego dnia, podobne było do odkopywania starożytnej kopalni, z jakiegoś powodu zasypanej ziemią, gruzem i skałą. Praca była forsowna, długa, przymusowa i tym trudniejsza, że zupełnie bezsensowna. Nie wiedzieliśmy po jakiego demona rozgrzebujemy te ruiny; nawet niektórzy bukaciBukat(więz.) strażnik. nie widzieli w tym żadnego celu. Większość naszych kuła w skale – zupełnie jak tigrianieTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. podczas budowy swych domostw. Używali do tego kilofów albo żelazek i pyrlików – w zależności od twardości ścian. Pozostali łopatami ładowali urobek do koszy, które zanosili do szybu. Tam na długich linach wciągali go na samą górę, gdzie wyładowywali go funkcyjni pracujący na powierzchni. BukaciBukat(więz.) strażnik. doglądali, by nikt się nie obijał i praca szła równo.

Z samego wyglądu Młyn wcale nie przypominał kopalni – raczej jakąś wielką, wielopoziomową i podziemną świątynię o ogromnych halach wypełnionych tysiącami kolumn. Każda z takich kolumn była inna od pozostałych – jedne grubsze, inne wątlejsze; te pięknie zdobione, tamte niemal proste; niektóre tworzyły ciasno skupione grupy czy szeregi, ale nie brakowało też tych rozrzuconych chaotycznie, jak i zupełnie odosobnionych, co stroniły od gwaru. O kolumnach nieraz wam jeszcze opowiem...

Gdy tak odchodzili do tego podziemnego i tajemnego świata, nastawała cisza, jakby całe życie odpływało i nikło za winklem, nie mając zamiaru powracać. Nie była to cisza idealna – w szybie na końcu przeciwległego korytarza słychać było kosze z urobkiem, kursujące w górę i w dół, czasem udawało mi się pochwycić echo kilofa. Towarzyszył mi też szept sączącej się bez ustanku wody, tajemniczo wypływającej ze ściany naprzeciw kraty. Metr poniżej trafiała do kratki ściekowej. Ustawialiśmy na niej miski, by łapały wodę i nie trzeba było się przyklejać do ściany na dłuższy czas, gdy ktoś chciał się napić. Moim zadaniem za dnia było ustawiać je kolejno, by po powrocie z poziomu każdy mógł od razu ugasić pragnienie. W innych celach pili wodę zgodnie z hierarchią. Kiedyś ci z czwórki wymyślili, żeby ustawiać piramidę z misek w taki sposób, by same się za dnia napełniały. Podobno działało to wyśmienicie aż do czasu, gdy coś tam źle ustawili i zalali pół korytarza, toteż bukaciBukat(więz.) strażnik. kategorycznie zakazali takich praktyk. Tak... Pragnienie mogliśmy zaspokajać do woli. Przynajmniej tyle. Natomiast kratka ściekowa była jednocześnie gieremGier(więz.) toaleta., co niegdyś podobno budziło spore obrzydzenie przypis  Gierem nazywaliśmy toaletę w celi – bardzo prymitywną i bardzo publiczną, ale po tylu latach nikt już nie myślał się tym przejmować. Na samym początku istniało coś na kształt płóciennych parawanów, zmontowanych w dobrej wierze przez któregoś bukata. Zdjęto je wszystkie, gdy nakryto jedną celę na ukrywaniu za taką zasłoną zmyślnego podkopu..

W zasadzie, jeśli popatrzeć z pewnej perspektywy, samotne przesiadywanie całymi dniami w ciasnym i niemal zupełnie ciemnym lochu musi być niewyobrażalnie nudne. Perspektywa taka była mi jednak obca. Spędzałem wówczas czas, bawiąc się w poranny apel, w tyrkęTyrka(więz.) praca., w bunt, w karcer, w jamię przypis  Glosa nieczytelna, zalana, niemożliwa do odczytania – przyp. GE., w podział dotkówDotek(więz.) porcja. przypis  Tyrka to ogólnie praca, acz zwykle nasi określali tak jedynie drążenie nowych korytarzy na poziomie. No a dotek to porcja, część lub nawet pojedynczy kęs z obiadowego uboju, czyli w zasadzie była to zabawa w obiad.. Siedziałem tam w tej celi i malowałem wodą rewiry i terytoria na posadzce, sprowadzałem powodzie, z drewnianych misek budowałem wieże, forty, wodospady, machiny wojenne (choć najlepiej się nadawały na ziemianki i rycerskie hełmy). Drążyłem sekretny tunel prowadzący na zewnątrz albo stawałem się badaczem ukrytych poziomów, szukającym między płytami podłogi zapomnianych kolumn, ich kamiennych maszkaronów, zdobień i misternych ornamentów.

Kładłem się na ziemi i wsłuchiwałem się w najcichsze dźwięki albo obserwowałem życie plam, pęknięć i skaz na cegłach czy kamieniach ścian – znałem je wszystkie na pamięć, ale codziennie dostrzegałem w nich coś nowego. Wyobrażałem sobie, że kształty te były huriami z naszej celi, choć nie zawsze chciały mi one na to pozwolić. Jedne to grzywa Sharii albo czyjeś futro, inne to sylwetki strażników, zmieniających ciągle swoje uzbrojenie, inne jeszcze wolą być zawalonym filarem, gałęzią drzewa czy mknącym jeleniem. Ale najwięcej zawsze tych, które są tak chimeryczne, że ciągle zmieniają swój kształt, przez co trudno je uchwycić na dłużej. Wymykają się. Niespodziewanie wyrastają im nowe łapy i ogony, części ich ciał przeobrażają się w jakieś zupełnie inne stworzenia albo w całości są pożerane przez smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający., który w pobliżu właśnie przyszedł na świat. Nigdy tak do końca nie byłem pewien, jaki kształt powinny mieć te zwierzęta, bo przecież żadnego nie widziałem na własne oczy. Czasem mi o nich opowiadali – że mają po cztery nogi, tułów, głowę, rogi, futro albo rybie łuski na całym ciele, a ja wpatrywałem się w ściany celi i wyobrażałem sobie, że widzę na niej wszystkie te niezwykłe istoty. Niektóre z nich tak bardzo chciałem zamrozić w swej postaci, że obrysowywałem kontury ich ciał podebraną ukradkiem akwareląAkwarela(więz.) barwnik do tatuażu. przypis  Tak w Młynie mówiliśmy na barwnik do tatuażu – bo tradycji tej nie zaniedbywaliśmy nawet tam. Do dyspozycji mieliśmy jedynie czerń, za którą służył nam popiół z palonych ukradkiem kości z obiadu, co oczywiście było zakazane ze względu na zapach. No i na to, że robiliśmy to podczas pracy na poziomie w ogniu pochodni. Igły też robiliśmy z kości, a mówiliśmy na nie drzazgi. Trzeba tu nadmienić, że mianem tatuaży, czy raczej wzorów lub samar, określa się u hurii nieco co innego niż u nas. Je także wykonuje się specjalnym, najczęściej czarnym tuszem, acz nie umieszcza się go pod skórą, a w cebulkach włosów, a prócz tego farbuje się sam włos. Tworzy się w ten sposób całe wzory, które, współgrając z naturalnymi cętkami czy pręgami, pozostają w sierści przez pewien czas, potem blakną i schodzą zupełnie, jeśli procesu się nie powtórzy. Choć tradycyjne wzory są różne u różnych ras huryjskich, jako że każda z nich ma odmienne naturalne ubarwienie, to znaczna część znaków, jak i ogólne zasady ich stosowania pozostają uniwersalne. Poza samarami, które nie służą w zasadzie do niczego prócz ozdoby, hurie kreślą tatuaże odpowiednie do swej profesji lub pozycji. Najważniejszy jest unikalny wzór całego stada, którym tatuują się nawzajem wszyscy jego członkowie – umieszczając go, zgodnie z tradycją, na plecach. Hurie zazwyczaj nie zmieniają jego kształtu nawet po przejęciu władzy przez innego hurię. – przyp. tłum.. W każdym razie tak to obok paru pozostawionych niechcący odcisków dłoni powstał z prochów mój bawółBawół(przyr.) duże rogate zwierzę kopytne, zamieszkujące sawannę., gazelaGazela(przyr.) gatunek małych antylop. i kilka innych stworzeń. Nikt nie chciał mi powiedzieć, czy dobrze je narysowałem, ale w ten sposób nigdy się już nie poruszyły – zupełnie jakbym je upolował i zagryzł. Przestałem jednak rysować kolejne – te, którym odebrałem życie, przestawały się rozmnażać...

Któregoś dnia, gdy pogrążyłem się w podobnej zabawie, poczułem nagle łaskotanie, może i szczypanie. Poderwałem się jak oparzony i wtedy dostrzegłem Jej przestraszone oczy – parę małych szafirów, opalizujących w nikłym blasku odległej pochodni. Aż miałem wyrzuty sumienia, bo spłoszona umknęła aż do szczeliny koło gieruGier(więz.) toaleta..

W takiej chwili najlepiej byłoby przekonać ją o dobrych zamiarach, dzieląc się z nią posiłkiem, co zresztą znajdowało potwierdzenie w huryjskich prawach i obyczajach, które znałem rzecz jasna tylko z opowieści. Zacząłem gorączkowo obszukiwać łachmany, które miałem na sobie, ale nie znalazłem w nich dosłownie niczego do zjedzenia – żadnych zapasów na później. Rozejrzałem się po celi, ale nie dostrzegłem w niej ani okrucha – w końcu trudno się dziwić, skoro osiemnaście wiecznie głodnych hurii zrobiło już to samo przede mną.

Gdy powtórnie spojrzałem na szczelinę, Jej już nie było. Widocznie odwróciła się zrezygnowana, widząc, że nic dla niej nie mam, albo myśląc wręcz, że nie chce mieć z nią nic do czynienia. Albo nawet gorzej: że mamię ją bomsemBoms(więz.) chleb., aby schwycić i pożreć, gdy tylko nadarzy się ku temu sposobność... Zresztą tak pewnie by uczyniła zdecydowana większość albo wręcz wszystkie hurie z celi, mając w zasięgu skoku obiekt do zjedzenia – nawet jeśli tak niewielki.

Wówczas obiecałem sobie powstrzymywać swój żołądek i zostawiać choćby pół sajdkiSajdka(więz.) kromka. przypis  Oj... kromki. każdego dnia. Zresztą bomsBoms(więz.) chleb. i tak nie dawał huriom sił, był nam potrzebny jak psu odzienie – tak zawsze mawiał Haramisha. A Ona być może jeszcze kiedyś zawita do naszej celi, pomyślałem wtedy...

rozdział

Vijani wróciła dopiero w nocy – przywlekła ją para ciurmakówCiurmak(więz.) strażnik. w obstawie klucznika i rakarzaRakarz(więz.) lekarz. przypis  Ciurmak to inne określenie strażnika. Natomiast rakarzem albo łabajem nazywaliśmy lekarza – zawsze był najwyżej jeden, a do tego rzadko pojawiał się na naszą prośbę. Żaden z tych, którzy się przewinęli przez Młyn, nie czuł za wyraźnie swego powołania. Nadawali się raczej na urzędników albo też na kowali – w zależności od tego, którą ich cechę chcielibyśmy rozpatrywać.. Ten rakarzRakarz(więz.) lekarz. dał wtedy naszej tigrianceTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. dzień pragnojki od arbajtuPragnojka od arbajtu(więz.) zwolnienie z pracy. przypis  Czyli dzień zwolnienia od pracy. Dozorcy bardzo rzadko przyznawali komuś taką ulgę w nagrodę – częściej była następstwem jakiś wypadków na poziomie i wydawał ją właśnie rakarz.. Nic dziwnego: Vijani nie mogła stać o własnych siłach, miała niechlujnie opatrzoną nogę, spod zalanych krwią bandaży niemal widać było świeże rany, a jej piękne, białe futro było tak podarte i zabłocone, że w oparciu o sam wygląd ledwo można było ją rozpoznać. Czułem od niej wówczas ten niecodzienny zapach, który czasem tylko towarzyszył strażnikom, a oczy jej błyszczały w taki sposób, jakby przyszyła komuś niezłą brodęPrzyszyć komuś brodę(więz.) wykręcić komuś szwindel. przypis  To jest wykręciła dozorcy jakiś szwindel..

Gdy zbrojni odeszli, stłoczyliśmy się konspiracyjnie wokół niej, dopytując o szczegóły. Nim cokolwiek powiedziała, wytargała spod łachów pokaźne zawiniątko, położyła przed sobą i rozsupłała. Wtedy rzekła wreszcie:

- Byłam na zewnątrz! A to jest tego dowód. Nie wszystko stracone, ciągle jest tam pięknie i urodzajnie! Jest zwierzyna, drzewa, słońce...

- Dowód? – przerwał jej z rozczarowaniem bodaj Haramisha. – Sądzisz, że jak te psyPies(więz.) strażnik. byśmy ci nie uwierzyli, gdybyś...

Ich słowa przestały jednak mieć dla mnie wtedy znaczenie. To, co ujrzałem na rozwiniętym kawałku brudnej szmaty, było w zasadzie... nieco przyschniętym kawałkiem darni. A ja stałem tam, w gęstym lesie nóg, wpatrzony jak w cud natury. W życiu nie widziałem i nie czułem czegoś równie niesamowitego! Żywa manifestacja marzeń w zasięgu skoku... Niespodziewanie miałem przed sobą najprawdziwszy kawałek wolności – pochodzący ze świata, którego dotąd widziałem jedynie oczyma wyobraźni i szczerze wątpiłem w jego istnienie. Wpatrywałem się niczym w transie w tę mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. splątanych źdźbeł trawy; pomyślałem wtedy, że tak właśnie wygląda step – tylko jest pewnie trochę większy. Wysokie, sterczące jeżodrzewa bujają się na wietrze oblane złotym blaskiem słońca. Skryta w trawiastym cieniu młoda antylopaAntylopa(przyr.) iakk sawannowy. przeżuwa smakowite, podłużne gałęzie, rwąc je aż przy samej ziemi. Gdzieś obok – jej matka. Ona jeszcze nie wie... Obserwuje. Skupiona. Czeka. Na najmniejszy bodaj ruch... Jak posąg... Teraz! Dźwiga się, dębem staje, piach rwie spod kopyt, targa się bez miary – sus za susem. Skrzypce w pośpiechu pną w górę. Trzech łowców wyskakuje z traw jakby trzy równo wystrzelone pociski, mknące w szalonym, rytmicznym pościgu. Klingą ciał tną powietrze, wzrokiem chwytają ofiarę w zabójczym uścisku. Posłańcy Śmierci! Machiny mięśni, napędzane głodem lub sławą! Z każdym skokiem coraz bliżej. Kontrabas w furii, trąby do wtóru! Jedno z widm rzuca się i w locie łapą trąca swą ofiarę. Ta, wytrącona z równowagi, potyka się i upada, ryjąc ziemię z rozpędu. To koniec. To koniec... Gdy oprawca ponownie trąca ją łapą, antylopaAntylopa(przyr.) iakk sawannowy. obraca głowę i widzi w oddali obok drzewa jak inne widma zagryzają jej...

- Ty słuchasz w ogóle, co się do ciebie mówi? – zapytała, szturchając mnie w ramię, rozeźlona Ugaidi, ta onkiankaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych). od buntów i rewolt. – Nie pałętaj się tu pod nogami, pętaku! CzkajCzkać(więz.) uciekać. pod firankiFiranki(więz.) kraty. i lipujLipować(więz.) obserwować. przypis  W wolnym tłumaczeniu: „Uciekaj pod kraty i pilnuj, czy nie nadchodzi dozorca”.!

Pamiętam, że ktoś się wtedy za mną ujął, ale niepotrzebnie – w oka mgnieniu oprzytomniałem i posłusznie umknąłem pod kratę. Podpaść Ugaidi to jeden z gorszych pomysłów, na jakie można było wpaść w celi.

Ciągle mówili z Vijani. Dziwiłem się wtedy, że interesowali się niemal wyłącznie rozmieszczeniem pomieszczeń strażników, długością schodów i liczbą zamykanych na klucz bram, a zupełnie nie przejmowali się ani smakiem powietrza, ani soczystą zielenią drzew, ani nawet magicznie złotym blaskiem słońca.

- Psie gadanie! Swoje wiem! To niemożliwe! – wzburzył się hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha, pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). o wciąż ciemnej mimo wieku sierści i złowrogim usposobieniu: posępny pesymista i mruk o niejasnej nikomu przeszłości, zresztą były raisRais(hur.) wódz. naszej celi. Przewodził naszej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. od samego początku Młyna, a po latach, choć jeszcze przed moimi narodzinami, zrzekł się władzy na rzecz Sharii. BurtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. darzyła go szacunkiem, choć trudno powiedzieć, by ktokolwiek na poważnie liczył się jeszcze z jego zdaniem – Zmyśliła sobie to wszystko jak piesPies(więz.) strażnik.! – ciągnął dalej Haramisha – Pamiętam bardzo dobrze, że schodziliśmy zaledwie po dwóch ciągach schodów, nie po trzech.

- A juści – rzuciła Ugaidi albo któraś hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. z tyłu, nie pamiętam. – daleko dęba nie postawimyDęba stawiać(więz.) uciec., jak zaufamy pamięci co poniektórych przypis  Postawić dęba (albo prościej: wydębić) to inaczej uciec z Młyna.!

- Wybaczcie, Haramisho – podjął Sharia, starając się może rozładować iskrzące w celi napięcie – lecz i mnie się zdaje, że mądrzej zawierzyć będzie aktualnej obserwacji. Przeszło dwadzieścia lat minęło od chwili, w której nas tamtędy prowadzono. Trudno oczekiwać, byśmy dokładnie pamiętali wszystkie te koszmary. Jak dotąd przyjmowaliśmy, że obecnie jesteśmy na drugim poziomie, licząc od powierzchni, podczas gdy pracujemy na szóstym...

Wtedy nasz raisRais(hur.) wódz. podniósł z ziemi mały odłamek cegły, podszedł pod jedną ze ścian i w tej niemal zupełnej ciemności zaczął nanosić na nią schematyczny plan przekroju Młyna. W owym czasie na nowym, szóstym poziomie byliśmy od niedawna – może od kilkunastu dni. Sharia ciągnął dalej:

- Pierwsze schody widzimy nawet zza krat. Zakręcają i dochodzą na jedynkę, tę dość wysoką kondygnację, co ją przed laty murowaliśmy na rusztowaniach. To ta z tymi topornymi filarami o kanciastych kształtach. Znajdujące się tam drugie z kolei schody prowadzą na ostatni, najwyższy poziom, ten z kolumnami... jak to je określiła nasza młoda tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.? – Rzucił okiem na tę zmaltretowaną i ubłoconą hurysęHurysa(hur.) młodociana hurianka.. – „Kolumnami o fikuśnych kształtach i stropie zniszczonym jak zgryzione do cna żebra”? Chcąc jednak...

- Niedokończonym – wtrąciła Vijani, ściągając na siebie szereg chmurnych spojrzeń innych hurii z celi. – Strop jest niedokończony, a nie zniszczony: pełno jeszcze...

- Nie macie, widać, Shario, ni krztyny posłuchu w burcie – wciął się w rozmowę inny jeszcze głos – skoro wam drugorzędna hurysaHurysa(hur.) młodociana hurianka. w słowo wchodzi. – To był Janga, cichy i podstępny typ o ciemnej sierści i równie ciemnym charakterze. Rosły i potężny jak na pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., choć i tak nieco niższy od Sharii. Podobno też nieco młodszy. Niewiele mówiło się o nim w celi; wiedziałem jedynie tyle, że przed wpędzeniem do Młyna miał pod sobą niemałe terytorium. Wówczas w celi nie odgrywał takiego znaczenia jak w późniejszym czasie, acz nawet wtedy pozycję w hierarchii miał znaczną: był aż trzeci. Drugi był Haramisha, czwarta – Ugaidi.

Na jego bezczelną prowokację nasz raisRais(hur.) wódz. odpowiedział kłami, ogonem i dobitnym warknięciem. To zwykle wystarczało na uwagi Jangi. Po momencie dodał dobitnie, wciąż świdrując pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). wzrokiem:

- Strop zatem jest zniszczony jak zgryzione do cna żebra. Jednak by znaleźć się na powierzchni gruntu – ciągnął Sharia, zwracając się w stronę nakreślonego na ścianie planu – trzeba przejść na brzeg Młyna i pokonać jeszcze jedne, trzecie schody w górę, tym razem drewniane. Tam dopiero jest „na zewnątrz” – trawa, drzewa i słońce.

Nie trzeba mi było więcej...

rozdział

- Melduję sierżancie: stan liczebny dziewiętnaście, obecnych dziewiętnaście, zdolnych do pracy siedemnaście, jeden na zwolnieniu.

To zawsze znaczyło, że tego dnia nie będę sam. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, co dokładnie przydarzyło się Vijani, ale zapewne nie bez powodu otrzymała od rakarzaRakarz(więz.) lekarz. jeden wolny dzień. Z racji na jej stan zdrowia sama Ugaidi na tę noc odstąpiła hurysieHurysa(hur.) młodociana hurianka. swą kojęKoja(więz.) prycza. przypis  Kojami nazywaliśmy te prycze zawieszone na łańcuchach.. To niemały zaszczyt – szczególnie, że wszystkie cztery sztuki, jakie były w celi, przeznaczone były przecież dla najwyżej postawionych w hierarchii. Reszta kłębiła się w ścisku na zimnej, kamiennej posadzce, przykrytej gdzieniegdzie tylko starymi łachami – albo tuląc się do siebie nawzajem, albo za wszelką cenę starając się znaleźć skrawek prywatnej przestrzeni. To z kolei o tyle było trudne, że cela ledwo mieściła nas wszystkich w sobie.

- Chcesz wiedzieć, jak jest na górze? – zagadnęła wreszcie Vijani, gdy naszych wyprowadzono już na poziom, a ja wciąż przyciskałem do futra tą tak zlekceważoną przez innych kępę trawy, prawdziwy dowód istnienia zewnętrznego świata, co go łapczywie zagarnąłem, gdy tylko cela straciła nim zainteresowanie. – W końcu nigdy cię tam nie było, co?

Byłem na górze. Byłem prawie codziennie. Ale nigdy tak naprawdę. Kiwnąłem więc głową, na co Vijani wyraźnie się rozpromieniła – jakby zarażona moim wewnętrznym entuzjazmem. Odstawiła na bok miskę po zupie ze śniadania, ostrożnie podniosła się na koi i, nie zważając nawet na swe wciąż pozlepiane gliną futro, rozpoczęła tę magiczną opowieść:

- Gdy prowadzili mnie wtedy, nie miałam pojęcia, czego ode mnie chcą. Początkowo byłam pewna, że znów zaciągną mnie na górę do kabarynyKabaryna(więz.) karcer. przypis  Czyli do karceru. Najczęściej. Bukaci mieli bowiem w zanadrzu kilka innych strasznych pomieszczeń, które przez naszych zbiorczo nazywane były kabarynami.. Tam tak jak zwykle pewnie by mnie wykorzystali – mówiła dalej, wbijając wzrok w podłogę. – To nawet nie byłoby takie złe, przynajmniej bym się najadła. Od dawna potrafię się już kontrolować. A oni nie są tak straszni, jak ich hekaleHekala(hur.) stara hurianka. malują; niektórych to nawet lubię. Taki akt jamii to zupełnie inne doznanie niż z hurią. Ludzie mają tak niepoważnie gładkie umyUmy(hur.) męskie organy płciowe.... no, zupełnie jak u chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode., a do tego są tak groteskowo długie... tyle że ich intensywny zapach przyprawia o mdłości. Czasem mam wrażenie, że oni zupełnie nie dbają o higienę. Zresztą na jamii też się nie znają; niektórzy są tak niemrawi i bez życia, jakby to były drewniane kłody, co tak cię jedna za drugą przygniatają całym swym ciężarem, że nie możesz złapać tchu, nie mówiąc już tym bardziej o jakimkolwiek współdziałaniu. Udaję, że mi się to podoba i że sama chcę więcej, bo wtedy są przychylniejsi, ale tak naprawdę to zazwyczaj nie mam z tego żadnej frajdy – no, oprócz tej nadgniłej kiełbasy czy przesuszonego mięsa, którymi mnie wtedy częstują. Zawsze to coś, prawda?

- Ale wtedy – kontynuowała Vijani – gdy zamiast na górę skręciliśmy ku schodom na poziomy, w duchu zaczęłam szykować się na hakHak(więz.) kara śmierci., a serce chciało wyskoczyć mi przez krtykęKrtyka(więz.) gardło. przypis  Mianem haka określana była w Młynie kara śmierci, niekoniecznie przez powieszenie – łatwiej było ściąć skazańca mieczem niż organizować sznury i zapadnie. Rzadko jednak ją stosowano – mimo wszystko te psy widziały w nas raczej niewolników aniżeli więźniów, a nikt przy zdrowych zmysłach nie pozbywa się tak taniej siły roboczej. Jeśli już, to karano winnych, wrzucając ich do karceru – tak jak Arię. No a krtyka to przecież gardło.... – Zrobiła wtedy krótką pauzę, aby dodać nieco dramatyzmu. – Tak dociągnęli mnie na szósty, najniższy poziom. Skręciliśmy w korytarz, który drążyła przedwczoraj burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Radży. Zatrzymaliśmy się przed taką wielką kolumną o baśniowych ornamentach i przyporach, zapierających dech w piersiach. Zamarłam rozdygotana z przerażenia. U jej podstawy leżało ciało Remby Roha pogrążone w kałuży gęstej farbyFarba(więz.) krew. przypis  Chodziło jej o taką czerwoną farbę. Krwiście czerwoną....

- Jednakże – mówiła dalej – gdy zbrojni wetknęli mi w ręce jutowy pukielPukiel(więz.) worek. przypis  Pukiel to inaczej worek., a pod nogi rzucili kilka starych szmat, kamień spadł mi z serca. Doszło do mnie wreszcie, po co tam jestem. Rozkazali mi zająć się ciałem tego kwirusaKwirus(więz.) wariat.: zawlec je gdzieś na górę i zorganizować mu ten ich cały pochówek. Potem się okazało, że na tym się nie skończyło...

- Wiesz jak zginął? – przerwałem hurysieHurysa(hur.) młodociana hurianka.. – I dlaczego?

- Bladego pojęcia nie mam, dlaczego. Pewnikiem ześwirował, jak ganczają przypis  Czyli jak to mówią w celi między sobą.. Ale widziałam... głęboki ślad. Jakby ciachnięty jakimś ostrym narzędziem.

IgłąIgła(więz.) nóż. przypis  Igłą nazywaliśmy najczęściej zwyczajny nóż, acz czasem oznaczała rodzaj ostrego sztyletu przeznaczonego głównie do pchnięć.?

Vijani zadumała się i tak mi odrzekła:

- Nie, nie kosąKosa(więz.) nóż. przypis  Inne jeszcze określenie noża.. Ostrze aż przeszło na wylot jakoś tak koło kręgosłupa... Raczej oberwał takim krótkim mieczem, co go te psyPies(więz.) strażnik. noszą zwykle u pasa.

- A ta kolumna? – rzuciłem nieco zniecierpliwiony po chwili ciszy. – Opowiedz o kolumnie!

- Ha. Prawdziwie niezwykła i potężna... W ogóle na szóstce są same baśniowe, cudowne filary. Spodobałyby ci się. W tamtej było coś magicznego i tajemniczego zarazem. Zdobiona niezliczonymi sylwetkami stworzeń, których nawet w snach nie ma. W blasku pochodni sprawiały wrażenie jakby były żywe, a nie z kamienia wykute. Gnane jakimś wewnętrznym wichrem oplatały tę kolumnę pięknie rzeźbione roje duchów i upiorów, nimf wodnych, czartów brodatych, gadów skrzydlatych; stwory w locie przedzierzgnięte to w ptaka, to w hydrę; inne jeszcze zdawały się przybierać postać robaka albo jednocześnie być i lisem, i lwem. Aż słychać było rżenie niewidzialnych stenów...

Z wielkim trudem się powstrzymywałem, by nie odpłynąć w krainę wyobraźni, gdy opowiadała o tym wszystkim.

- Z jakąś nową werwą wzięłam się do tyrkiTyrka(więz.) praca. z tym ciałem – mówiła. – Udało mi się wreszcie wepchnąć je do puklaPukiel(więz.) worek., ale nie miałam pojęcia skąd wezmę siły, by zatachać je na samą górę. Chyba tylko myśl o ponownym wyjrzeniu na powierzchnię podtrzymała mnie na duchu. I... nie zawiodłam się. Jak widać. – Vijani wskazała głową na kępę trawy, którą wciąż ściskałem przy sobie jak największy skarb, potem przebiegła wzrokiem po celi, by zatrzymać się na startych śladach naszkicowanego przez Sharię przekroju Młyna. – Wspinasz się tak po tych wszystkich schodach, przedzierając się przez rzędy charczących twyrasówTwyrasy(więz.) kraty. i wsłuchując się przypis  Twyrasy to żelazne kraty czy bramy zamykane na klucz przez bukatów.... wsłuchując się w to upiorne tętnienie stalowych butów. A to wcale nie było najgorsze...

- To co było najgorsze? – zapytałem, gdy zamilkła na moment.

- Gdy idziesz dłużej tym ciemnym lasem rzeźbionych filarów, w rozedrganym świetle z przerażeniem obcinasz przypis  Czyli dostrzegasz. kolejne kształty demonów, budzących się raptownie do życia. Gnany setką ich śliskich spojrzeń, czując na swym karku chropateChropaty(więz.) brzydki. łapska tych pokracznych maszkaronów, z rozpaczą szukasz wokół jakiegokolwiek ratunku. A jedyne, co odnajdujesz, to te zimne, bukackie blachy, co idą razem z tobą. Jednak w obliczu tej hordy bestii wytarganych z komarunkuKomarunek (więź.) sen. przypis  Ze snu wytarganych, ze snu.... w obliczu tej hordy bestii strażnicy zdają się już nie być twoimi oprawcami, a wyłącznymi wręcz obrońcami przed ciemnością.

- Z demonami człapiącymi po twoich śladach – kontynuowała tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. – docierasz w końcu na najwyższy poziom, ten ponad którym już nic prawie nie ma. Z każdym stopniem czujesz coraz silniej woń traw, kwiatów, ziemi, zwierzyny. Zadzierasz w górę głowę i oślepia cię światło dnia, buchające z dziur i wyrw niedokończonego, ba, ledwo zaczętego stropu. Nie masz pojęcia, jakie to wszystko ogromne... To jakby kamienny las, rozpostarty we wszystkie strony, tyle że jego kolejne warstwy kiełkują z koron drzew, a nie z ziemi. Tu i tam sterczą najeżone maszty rusztowań, niektóre z filarów ledwo co wyrastają z posadzki, inne są wystrzelone w górę pod samo niebo. Co by Sharia nie gańczałGańczać(więz.) mówić., widać, że ciągle dobudowują kolejne poziomy. Mogliby nas bukaciBukat(więz.) strażnik. przy takiej budowie zatrudnić, zamiast pod pokłademPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., to łatwiej by nam było dęba postawićDęba stawiać(więz.) uciec....

- To kto buduje ten najwyższy poziom?

- Pewnie figuryFigura(więz.) więzień funkcyjny., bo któżby inny?

- Muszą mieć stamtąd piękny widok... – odparłem rozmarzony.

- Zapewne, tyle że ten najwyższy poziom zagłębiony jest jakieś dwa metry poniżej rzeczywistego gruntu. To jakby taka zapadnięta w ziemi kotlina porośnięta tym lasem kolumn. Tylko niektóre z nich wybijają się powyżej jej krawędzi. By dostać się na górę, trzeba skorzystać z drewnianych schodów, dolepionych do brzegowej ściany. To tam, na powierzchni (już poza kręgami Młyna) strażnicy kazali mi wykopać grób dla Remby. Potem następne, w sumie cztery czy pięć, by starczyło na zaś. Trzeba przyznać, że bezogoniBezogon(więz.) człowiek. mają bardzo dziwny zwyczaj zakopywania swoich zmarłych bliskich pod ziemią w głębokich dołach. Im się chyba zdaje, że oddają nam przysługę, że chowają naszych na swoją modłę przypis  Hurie nie grzebią swoich zmarłych w ziemi, ani nie palą ich na stosach. Zamiast tego smarują ciała zmarłych krwią i składają na specjalnie budowanych kilkumetrowych, drewnianych platformach, pozostawiając je na pastwę drapieżnych ptaków – przyp. tłum.... Pod koniec kopania ostatniego dołu nagle z hukiem, gruzem i błotem obsunął się na mnie z boku ten przeklęty blok skalny, tak mnie przygniatając, że strażnicy ledwo mnie spod niego wytargali. A uwijali się jakby rzeczywiście byli mymi obrońcami... To zabawne, ale poczułam się im potrzebna. Potem opatrzyli mnie jeszcze i nafutrowaliFutrować(więz.) jeść. uczciwą pajdą giczy z iakka no i przywlekli tutaj. A do tego sam bratanek MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik., Ordin A’Martern, zabronił pozostałym zabierać mnie w tym stanie do karceru, jak to mieli pierwotnie w planach przypis  Nietrudno chyba zgadnąć, że mianem Młynarza ochrzciliśmy naczelnika Młyna. Naprawdę nazywał się Ordin Ar’Vertei, ale między huriami nikt tak na niego nie mówił. Strażnicy między sobą nazywali go Starym..

- A zwierzyna? – zapytałem prawdziwie zawiedziony brakiem obiecanego wątku opowieści.

- A rzeczywiście... Widziałam w oddali... słoniaSłoń(przyr.) duże, gruboskórne zwierzę oddychające przez długą trąbę. Źródło cennej kości słoniowej.. Miał uszy jak wachlarze i o, takie kły, jak szable ogromne. Aż ziemia się trzęsła, gdy stąpał, o tak – ciągnęła tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii., dudniąc miską o brzeg koi: bam, bam, bam. – Były też... trzy sarny. Pasły się spokojnie na łące, by po chwili dać nura w gęsty las.

- Las? Powiedz, jak wyglądał, Vijani?

- Las jak las. Był... daleko. Choć może nie tak bardzo.

- Ale jak wygląda taki las?

- Wyobraź sobie... trawy, tak, trawy. Takie jak ta tutaj. Szeroki pas jasnej, soczystej zieleni na dole, zaraz nad nim wąska ciemnozielona smuga, rozświetlona nieco światłem słońca...

- Widziałaś słońce! Prawda, że malowało wszystko na złoto?

- No... tak trochę. Ale wczoraj mocno przyciętePrzycinać(więz.) zasłaniać. było chmurami przypis  Przycinać oznacza z kolei zasłaniać. Nie pytajcie, dlaczego..

- Chmury? – zagadnąłem zaczarowany. – Widziałaś też chmury!

- Całe tabuny chmur. Cały strop był nimi zawalony.

- Naprawdę wyglądają jak rozrzucony puch pod sufitem?

- Tak... jakby. Polubiłbyś je. Jak byłam jeszcze chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode. (mniej więcej tak dużą jak ty) lubiłam leżeć w trawie, wpatrywać się w chmury i odgadywać ich kształty...

- To tak jak z plamami na cegłach?

- Plamy na cegłach? – roześmiała się Vijani. – Nie... Chmury to chmury. I już.

Wtedy wskazałem jej na moją gazelęGazela(przyr.) gatunek małych antylop. i bawołuBawół(przyr.) duże rogate zwierzę kopytne, zamieszkujące sawannę., obrysowanych ziemią na ścianie.

- Aaa... Ja też kiedyś lubiłam rysować. – Nie zrozumiała. A wtedy nie potrafiłem jej tego lepiej wytłumaczyć. Nie dostrzegała ich. Widziała tylko plamy i rysy, a nie drzewa, bizony i hurie, jakie żyły bujnie na ścianach celi. Straciła zmysł ich postrzegania, bo dawno już przestała mu ufać. Wszelkie byty, jakie mimo woli tworzyła jej wyobraźnia, rozum w biegu uznawał za nieprawdziwe.

Proste. A jakże nieskuteczne...

Wszak zabijamy. Jesteśmy drapieżnikami, a i słusznie zwą nas też mordercami. A prócz drzew, zwierząt i huryjskich swych braci tępimy także smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.. Nie zdajemy sobie sprawy, że to, co zdaje się nam być martwe, po pewnym czasie ma zwyczaj powstawać z ziemi; to, co u progu dorosłości zwyciężone, bo włożone między bajki, okazuje się być jedynie dobrze ukryte. Powraca niespodziewane i ze zdwojoną siłą nawiedza w koszmarach czy wędrówce po pustych poziomach Młyna wśród nastroszonych ornamentami kolumn jak w wypadku Vijani. Jakby ten wewnętrzny smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. nagle okazywał się nie być smokiemSmok(przyr.) mityczny stwór latający. zgładzonym, a smokiemSmok(przyr.) mityczny stwór latający. zagłodzonym... Zwabiony lękiem i przerażeniem swego żywiciela w ułamku sekundy budzi się, by palić ogniem wszystko, co spotka na swej drodze...

Nadejdzie dzień, w którym przyjdzie wam zamordować samych siebie. Złożyć na stosie tych, którymi aktualnie jesteście. Przejrzycie wtedy na jedne z oczu, podczas gdy inne zamkniecie już na zawsze. Stracicie wzrok, a to, co będzie wam dane w zamian, za nic nie odda tego świata, który teraz jeszcze macie przed sobą. Wierzcie lub nie, ale w ceremonii UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. przypis  Ceremonia Uhai to inicjacyjny rytuał przejścia z dzieciństwa w okres młodzieńczy, do którego to podchodzą młode, gdy same uznają, że są już gotowe – na ogół po wystąpieniu pierwszej polucji bądź pierwszego krwawienia. Zasadniczo polega na samotnym przetrwaniu określonego czasu (najczęściej 20 godzin, czyli pełnej doby) w obrębie terytorium lub poza nim i pozostanie niepostrzeżonym przez inne hurie ze stada. Jego dokładny przebieg zależy od regionu i wewnętrznych tradycji. Bywa, że młode, które bierze w nim udział, pozostawiane jest w określonym miejscu z dala od rewiru i ma za zadanie odnaleźć drogę powrotną; bywa też, że dodatkowo musi po drodze zdobyć określone (wcześniej przygotowane) trofeum. Ceremonia kończy się rytualnym oznaczeniem zapachem raisa, nadaniem indywidualnego imienia oraz wytatuowaniem na plecach ustalonego wzoru stada przynależnego wszystkim jego członkom. Nieudana próba jest powtarzana co jakiś czas aż do skutku lub aż do śmierci – nierzadko bowiem pozostawione w dziczy młode zagryzane są przez lokalnych drapieżników – przyp. tłum. niemal każdy z nas popełnia to samobójstwo, mordując w sobie własnego, wewnętrznego chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode.. Ten, kto tego nie czyni, traci rozum i wariuje... albo zostaje poetą...

rozdział

- Ależ dajcie mu powietrza! – zirytował się Maarifa, ten z celi obok, gdy na trzecią lub na czwartą dopiero noc przyciągnięto z karceru Arię, tego szalonego pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., co rzucił się na bukataBukat(więz.) strażnik. w dzień śmierci Remby.

- Nawet mu cętki utrufliliUtruflić(więz.) ubrudzić – aż jęknęła któraś z hurysHurysa(hur.) młodociana hurianka. zza ściany przypis  Nie inaczej. Podobno miał tak zabrudzone farbą futro, że nie można było nawet wypatrzyć jego naturalnego ubarwienia..

- Połóżcież go na koi! – poruczył któryś. – Ale wara od mojej! – dodał pośpiesznie.

KikajKikać(więz.) uważać. jak mu ogon targasz, kajfusieKajfus(więz.) gorszy więzień.! – warknął jakże troskliwie Radża przypis  Kikaj, czyli patrz, uważaj. A kajfus to pogardliwe określenie hurii bądź hurianki, którymi wysługiwali się w celi wyżej stojący w hierarchii.. Pomyśleć, że ten rosły tigrianTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. ledwo przed kilkoma dniami pierwszy chciał hurowiHur(hur.) młodociany huria. sprawić wtłukiWtłuki(więz.) kara cielesna. przypis  To znaczy chciał się na nim wyżyć..

Pozostali tylko szeptali między sobą:

- To pastuchyPastuch(więz.) strażnik. chędożone... Tak boki naszemu oklepaćOklepać(więz.) pobić. przypis  Pastuch to inne jeszcze określenie strażnika. Codzienny język Młyna był wyjątkowo bogaty i dosadny pod tym kątem; zresztą ciągle rodził nowe zwroty, gdy stare się już wytarły. A oklepać to inaczej pobić.!

Inni odpowiadali coś w stylu:

- A jakże? Choćby tamto będzie się atandzićAtandzić(więz.) o ranie, która źle się goi. przez miesiąc przypis  Mowa o ranach, które długo się nie chciały goić..

Aż w końcu, niespodziewanie wszystko to uciął szorstko jakiś nieznany mi głos:

- Miejsce, hurie! Zróbcie mi miejsce!

Nie uwierzycie, ale te kilka słów w jednej chwili ucięło cały hurgotHurgot(więz.) hałas. przypis  To jest cały ten gwar., jaki panował nad żywymi zwłokami Arii. Jakby oni też słyszeli ten głos po raz pierwszy. Pytająco zwróciłem wzrok w stronę Matki, ale sama zdawała się być zaskoczona tym nowym zjawiskiem w burcie Radży. Patrząc tak po sobie, wraz z resztą celi uważniej jeszcze nadstawialiśmy uszu, wyczekując dalszych wydarzeń zza ściany. Później dopiero wytłumaczyli mi, że odezwała się tak Fadhili – młoda jeszcze pardiańska hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka., która od chwili wtrącenia nas do Młyna nie wyrzekła ani słowa. Aż po tamtą noc... Gdy tak przerwała to swoje wieloletnie milczenie, nikt prócz niej nie ważył się już uchylić ust. Dochodziło nas tylko niemiarowe sapanie poturbowanego huraHur(hur.) młodociany huria., tłamszonego przez cierpienie, z rzadka tylko urozmaicone tym nowym, niezwykłym głosem – miejscami miękkim i krągłym, acz w większości najeżonym ostrymi i stanowczymi syknięciami.

Jeśli wierzyć opowieściom starego hadhaHadhi(hur.) stary huria. Haramishy – a trzeba wiedzieć, że wśród naszych uchodził on za najzwyklejszego wodolejcęWodolejca(więz.) kłamca. przypis  Czyli innymi słowy jego opowieści rzadko miały coś wspólnego z rzeczywistością. – za młodu Fadhili wraz z zielarką z jej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. miała ratować od śmierci chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode. przed inwazją wielkiego smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający.. To jest Terahandearu. Według innej wersji opowiadanej przez niego historii Fadhili miała być prostą hurysąHurysa(hur.) młodociana hurianka., przyuczaną bodaj do wikliniarstwa. Gdy pracowała w warsztacie, na jej rodzinny rewir miałby najechać zbrojny oddział lewiatheran przypis  Świętych rycerzy, brzydzących się fizyczną przemocą., wymordować całą mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. pardiankiPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). i pozostawić po sobie zgliszcza. Fadhili miała im umknąć rzeką w jednym ze słomiakówSłomiak(więz.) kosz. własnej roboty przypis  Słomiakami nazywaliśmy w Młynie wszelkiej maści kosze. Zatem przeważnie te, które służyły na poziomie do wynoszenia odkutego gruzu czy ziemi.. Innego razu klektałKlektać(więz.) opowiadać. przypis  To jest opowiadał., jakoby jej mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado. – ta sama, która w poprzedniej wersji niby zajmowała się najniegodziwszą hodowlą przypis  Pozyskiwanie pożywienia poprzez hodowlę zwierząt uchodzi wśród hurii za niegodne lub wręcz haniebne, a w najlepszym razie przyczynia się do pogorszenia smaku potraw – przyp. tłum. – była tak naprawdę oddziałem wojska, działającego wraz z nią w ruchu oporu. Ceremonię MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość. przejść miała, zabijając albińskiego żołnierza i żywiąc się jego ciałem oraz krwią w rytuale DudiiDudia(hur.) rytuał przejęcia demona przez konsumpcję ciała. przypis  Mahiri to drugi (po ceremonii Uhai) i ostatni huryjski rytuał inicjacyjny na drodze ku dorosłości, udowadniający przydatność hurii bądź hurianki do życia w stadzie. Polega na samodzielnym upolowaniu dużego zwierza (choćby antylopy lub gazeli, acz im trudniejsza zdobycz, tym większy awans w hierarchii), przejściu rytuału Dudii (czyli skonsumowaniu surowego ciała i krwi ofiary w celu przejęcia jej demona) i podzieleniu się zdobyczą z resztą stada. Udana próba kończy się spółkowaniem z raisem bądź mrongo (hurianką-przewodniczką, niekoniecznie najwyższą w hierarchii). Dopiero po rytuale Mahiri huria bądź hurianka staje się pełnoprawnym członkiem stada i zyskuje właściwe przywileje, status społeczny i pozycję w hierarchii. Oba huryjskie rytuały inicjacyjne są skupione przede wszystkim na praktycznej (głównie łowieckiej) stronie przyszłego dorosłego życia, przez co właściwie w ogóle nie sprawdzają tych cnót ducha, które tak pięknie demonstrowane są w naszych ceremoniach przechodzenia w dorosłość. W dodatku oba są praktycznie takie same dla obu płci, a hurie przystępują do nich nie po osiągnięciu określonego wieku, jak to dzieje się u nas, a wtedy, gdy sami uznają, że są gotowi na próbę. – przyp. tłum.. Jak większość opowieści Haramishy również i ta miała tyle wariantów, ile razy była opowiadana... Z czasem zaczęły mi one przypominać moje plamy na cegłach – one również zmieniały kształty za każdym razem, gdy patrzało się na nie od nowa.

Tamtego dnia, już po śniadaniu i jakiś czas po zejściu naszych na poziom, usłyszałem ten charakterystyczny, regularny zgrzyt metalu o kamień, zwiastujący schodzącego po stopniach strażnika. Trach – jęknęła główna krata. Po chwili rozszalała się po ścianach zimnoniebieska łuna pochodni. Zdaje się, że napełniałem właśnie miski, toteż wcisnąłem się w kąt obok kratki ściekowej. Serce podeszło mi do krtykiKrtyka(więz.) gardło.. Aż słyszałem, jak lęk nim targał. BukaciBukat(więz.) strażnik. zwykle nie schodzili za dnia – pewnie dlatego pomyślałem, że to jakaś poczwara ucieka spod mocy którejś kamiennej kolumny; że to jakiś demon człapie paskudny. Krzywymi rogami zahacza o ściany, a zdrewniałym, kolczastym ogonem tłucze o schody jakby wlekł za sobą całą szpulę łańcucha. Właśnie wtedy uświadomiłem sobie, że to człapanie, jakie słyszałem, wcale nie było tak regularne, jak zdawało się na początku, a stukający nierówno ogon wydał mi się dziwnie znajomy. Sprawiało to wrażenie, jakby ktoś utykał... Aż niemal się uśmiechnąłem do tej wizji rogatej bestii z łańcuchem, gdy doszło do mnie, że zbliżał się na poziom nikt inny jak klucznik – ten sam kulawy strażnik z drewnianą nogą i w dziwnej zbroi, który ledwo kilka dni wcześniej podszedł pod firankiFiranki(więz.) kraty. i tak osobliwie oznajmił, kim jest, traktując mnie, tigriańskiego chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode., jak równego sobie, a nie jak więźnia czy niewolnika.

Kiedy tak kuśtykał obok kraty, już miałem odwzajemnić mu uśmiech, ale nawet nie obejrzał się w moją stronę. Poszedł dalej i zatrzymał się przy celi obok. Przyszedł po Arię? Chce go wyciągnąć i z powrotem wetknąć do karceru? Sam? Bez papugPapuga(więz.) strażnik, konwojent.? A może chce go uwolnić? Słyszę już w głowie jęknięcie klucza, przekręcanego w zamku, gdy klucznik wychylił się i zagadnął do mnie:

- Trzyma się jeszcze?

Nie odpowiedziałem.

- Ledwo widać, że dycha – spróbował raz jeszcze, wskazując niedbale celę obok. – Jak tam z nim? Pewnie coś słyszałeś, mały?

- Jest... nie... nieprzytomny – wydukałem po albińsku. – Ale to wy go ukaraliście! – Nie wiem czemu spośród mnóstwa myśli, kłębiących mi się w głowie, wyrzuciłem z siebie właśnie tę...

Westchnął, lewą ręką chwycił za któryś z prętów, spuścił na moment wzrok i dopiero po chwili odparł ten mój atak:

- Widzisz... Brzydzimy się karą! Karanie ciała jest jednak jedynym sposobem, by uzdrowić duszę. Ciało jest tylko pośrednikiem, narzędziem. Karzemy je, odbieramy mu wolność i nakazujemy pracę, by dotrzeć głębiej. A przynajmniej to mówi się tym, co przychodzą tu służyć. Jestem pewien, że gdybyśmy tylko mogli, nie zadawalibyśmy wam bólu i cierpienia. Bowiem ten, kto by karał dla bólu i cierpienia, sam stałby się godnym ukarania.

Nic wówczas nie zrozumiałem z tego, co powiedział.

– Może dlatego mam wrażenie – ciągnął dalej, gdy już z pewnym trudem, chwyciwszy się mocniej prętów, usiadł pod celą na ziemi i znacznie stłumił głos – wrażenie, że straż splamiła dobre imię swego domu. Ten święty zakon stał się siedliskiem oprawców, co czerpią przyjemność z dzierżenia władzy. Być może ta ziemia – a w palcach przesypywał wówczas pył, pokrywający posadzkę – być może ziemia, po której stąpamy, jest przeklęta? Cóż innego by tłumaczyło to, że ich serca z każdym dniem stają się twardsze, a umysły coraz to bardziej zaślepia mrok...? Nie tegom się spodziewał, zmierzając do waszej huryjskiej kopalni. – „Naszej huryjskiej kopalni”... tak nikt nie mówił na Młyn... A przynajmniej nikt ze strażników. BezogoniBezogon(więz.) człowiek. uznawali te podziemia, zresztą tak jak i krainę, w których się znajdowały, a nawet nasze rdzenne, zamorskie ziemie, za swoje własne. Te ostatnie mają w ich języku wręcz swoją nazwę: mówią na nie SwannahSwannah(przyr.) dzika kraina centralna porośnięta lasami deszczowymi i sawanną, zamieszkała m.in. przez hurie. Podobno już przed wiekami te jak i inne tereny były im zapisane w jakiejś ich świętej księdze, którą czcili i wypełniali co do joty.

Klucznik, przełknąwszy ślinę, snuł dalej swe przedziwne wyznanie:

- Gdybym tylko był na siłach, ruszyłbym na front, by jak wszyscy bronić dobrego imienia Terahandearu. Jednak z tej nogi nie byłoby tam wielkiego pożytku. Cóż więc innego miałem czynić? Wyruszyłem, licząc, że choć tu na coś się przydam... Wiesz, mały, jakaś część mnie wierzy, że tą samą podążyłby drogą mój ojciec, Turam At’Timmerach Żelazna Brama, gdyby stanął przed podobnym wyborem i... gdyby Krucza ArmiaKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie. nie odebrała mu życia. Gdy kiedyś wrócę do domu, to może któreś z drzew bądź któraś ze skał przemówi do mnie tchnięta jego duszą, to zapytam go wtedy o zdanie.

- To one... mówią? – zapytałem zafascynowany samym już tego wyobrażeniem. – Te drzewa i skały? – dorzuciłem zaraz.

- Ależ nie... – roześmiał się po chwili, jakbym go zbudził z zakurzonych wspomnień lub marzeń. – To tylko stare wierzenia; przesądy w zasadzie. Powiadają, że dusza prawego człowieka nie ginie, lecz po śmierci zadomawia się w jego ojczystych ziemiach. Z czasem wrasta w korę drzewa bądź w rzeźbę kamienia, by pozostać tam już po kres wieków. Bywa nawet, że silna dusza odciska w tej nowej formie swój dawny kształt, do którego przyzwyczaiła się za życia. I dlatego, jak powiadają, można czasem dostrzec w korze bądź w kamieniu rysy twarzy swych bliskich. Ci przemówią, jeśli tego zechcą; zaś ich bliscy usłyszą, jeśli będą potrafili jeszcze słuchać.

- A czy... dusze żywych też się mogą tak odcisnąć? – zagadnąłem z niepokojem, myśląc o Sharii i innych huriach, których sylwetki przecież niemal codziennie dostrzegałem w kamiennych ścianach celi.

- Ależ to tylko stare bajki! Nikt w nie już nie wierzy...

„To mogą się odcisnąć, czy nie?”, zapytałem oczyma zniecierpliwiony.

- No cóż. Jeśli już o tym mowa, nigdym o tym nie słyszał, by ktoś ujrzał duszę bliskiego, który by jeszcze żył. To musiałoby przecież znaczyć, że ten bliski tę swą duszę stracił. Słyszałem legendę o człowieku, którego zwali Złodziejem Dusz. W rękach swych posiadł tak niebywałą zdolność posługiwania się dłutem, że z drewna, jak i z kamienia rzeźbił nad wyraz wierne figury. Były one tak doskonałe, że po ich ukończeniu dusze z ciał, będących Złodziejowi wzorcem, traciły rachubę. Zauroczone przechodziły w kamień lub drewno, by zostać tam już na zawsze. Porzucone ciała z czasem przypominały już tylko martwe szkielety drzew, wypalonych piorunem od środka: bez tchnienia, bez serca i bez życia w sobie. Długo ścigano Złodzieja Dusz za jego zbrodnie. A gdy wreszcie go schwytano, odcięto mu dłonie, by nie mógł już rzeźbić. Niektórzy są jednak zdania, że ujęto jedynie jego miernego naśladownika, podczas gdy prawdziwy Złodziej Dusz nigdy nie został odnaleziony...

Te słowa przeraziły mnie wtedy na dobre – bardziej niż kolumnowe bestie i poczwary, dzwoniące łańcuchami. Chyba od wtedy zacząłem myśleć o Młynie jako o przeklętym miejscu, które ze wszystkich wysysa dusze i przechowuje je gdzie popadnie – choćby wykuwając ich oblicza w kamieniach ścian przypis  Akurat wykuwać to nie rzeźbić w kamieniu, ale tatuować....

Jakiś tydzień później ponownie się pojawił pod celą. Pamiętam to doskonale, gdyż ofiarował mi wtedy cały kawał dorodnej, suszonej kiełbasy. Dla kogoś, kto przez całe życie żywił się najrzadszą wachąWacha(więz.) woda. i zapachem nieświeżej wołowiny, było to jak odkrycie do czego służy własny ogon albo jak pierwsza zakazana wycieczka poza rewir mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Nigdy wcześniej nie doznałem czegoś równie wspaniałego – takie przysmaki nie zdarzały się przecież nawet w najlepszych rakietachRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody. przypis  No, o rakietach z szamunkiem mówię przecież – tych premiowych porcjach dla najlepszej celi.. Zaślepiony tym aksamitnym, wręcz krzyczącym smakiem, w oka mgnieniu wszamałemSzamać(więz.) łapczywie jeść. całość, nie myśląc nawet, że mógłbym się tym z kimś podzielić przypis  Wszamać, czyli zjeść tak łapczywie, jakby się nie miało nic na kaflach od tygodnia.. W każdym razie gdy tylko uświadomiłem sobie, że – zgodnie z tradycją – moją pierwszą w życiu zdobycz powinienem był rozdzielić na całą mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. albo wręcz ofiarować raisowiRais(hur.) wódz., to jest Sharii, zaczęło mnie zżerać poczucie winy.

Matka wywąchała od razu tę luksusową kiełbasę, gdy po powrocie burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. z poziomu witałem się z nią, garnąc się do jej zmęczonej sierści jak co dzień.

- Skąd to zrajbowałeśZrajbować(więz.) znaleźć, ukraść.? – zapytała przypis  To tak samo jakby spytała „Gdzie to znalazłeś?”, a z głodu patrzała na mnie, jakbym to ja był kawałem suszonego mięsa pierwszego gatunku, jakiego od lat nie miała w ustach.

Takie pytanie rzucone w celi nigdy nie pozostawało bez reakcji. Przyciąga hurie jak padlina – sępy. Gdy powiedziałem w końcu, od kogo to otrzymałem i ile tego było, Ugaidi tak się spieniłaPienić się(więz.) denerwować się., że dźwignęła mnie za skórę i tak przydusiła do ściany, że kłami niemal mi oczy wykolała przypis  Spieniła się, czyli się zdenerwowała. Mówiąc oględnie.... Wlepiła solidny kwitKwit(więz.) kara, nagana. przypis  To znaczy karę lub – jak w tym wypadku – tylko naganę., wyzwała od tępych futer, udzieliła kazania o huryjskich obyczajach, których w tej rzeczywistości i tak nikt już nie przestrzegał, i pod groźbą solidnych wtłukówWtłuki(więz.) kara cielesna. przykazała, bym kitrałKitrać(więz.) chować. przypis  Chował. gdzieś wszystko, co dostanę od klucznika i potem oddawał to celi – byle tak, aby nie dowiedziały się o tym inne hurie i... inni strażnicy. Nakazała też, bym jakimś sposobem wyciągnął od bukataBukat(więz.) strażnik. więcej takiego towaru. Pewnie warczałaby na mnie dłużej, gdyby nie było już słychać kolejnej burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., wracającej z poziomu.

Od tamtego dnia Turam schodził niemal codziennie na obchód. A w zasadzie pod pozorem obchodu przychodził pod celę. Jeśli tylko na poziomie byłem sam, zawsze miał coś dla mnie na ząb, choć doskonale wiedział, że prawie wszystko zostawiam dla pozostałych – na jego oczach chowałem to w misce z wodą, by nie roznosiło zapachu... Filantropia? Fanaberia? Odkupienie win? Przyjaźń? Długo sam nie wiedziałem. Acz zdaje się, że wszystko miało swój początek w chwili, w której z dziecięcą fascynacją zadałem mu jedno pytanie. Wabiony wyobraźnią, zapytałem, czy to prawda, że, walcząc o ten jego Terahandear, szedł w zbrojnym korowodzie, co okazał się smokiemSmok(przyr.) mityczny stwór latający. być kolczastym i jak wąż o łuskach z metalu wśród dzikich krain brodzić?...

rozdział

Zadziwił się wpierw i zamyślił; przygryzł wargę, a wzrok odwrócił, spoglądając gdzieś daleko poza celę.

- Dziwne pytanie... Ale szedłem. Zaiste – odrzekł wreszcie, niemal dziwiąc się własnym słowom. – Dawno temu.

- I wtedy straciliście nogę? – zapytałem.

Turam gwałtownie spojrzał w moją stronę, przyjrzał mi się dobrze już po raz któryś i bez przekonania począł kiwać głową.

- Wtedy... W walce o moją ojczyznę. Ale zawiodłem. Zawiodłem... Być może jest jeszcze nadzieja. – Ostatnie słowa wyszeptał, tak się we mnie wpatrując, jakby to we mnie nadzieję tę widział. A ja z czasem dostrzegłem nadzieję w nim.

Bowiem gdy niemal każdego dnia podchodził pod celę, zabierał mnie ze sobą poza Młyn – w zupełnie bliskie, jak i w całkiem odległe strony. Pokazywał mi bujne lasy pełne dzikich zwierząt, skaliste góry o ostrych grzbietach, łąki tak zielone i żywe, że aż słychać gwar rozmów prowadzonych przez trawy. Podziwiałem wodę – tę śpiącą w wielkich misach jezior; tę leniwą, co rozpycha się w korytarzach rzek na boki; jak również tę rozwścieczoną i głodną w rwących potokach, co z pasją więźnia drąży skały przez wieki. W gęstym krajobrazie czasem tylko chata pasterska błysnęła; a czasem dochodziliśmy do niewielkich osad poczciwych drwali, górników czy też rolników, co mają w swym zwyczaju kłuć motykami pola przypis  Oj, takie już mają tradycje. Bezogoni, kłując ziemię, ponaglają ją do wydania na świat roślin, które potem ścinają i sami zjadają lub dają do zjedzenia hodowanym przez siebie zwierzętom.. Czasem zdarzało się nawet, że przekraczaliśmy bramy wielkich miast – zamieszkanych przez ogromną liczbę ludzkich mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., ciasno skupionych w wielopiętrowych, kamiennych domach ustawionych gęsto obok siebie; a mimo wszystko działających niczym niezawodne machiny, wprawione w ruch ręką zmyślnego olbrzyma.

Pokazał mi niemal cały Terahandear. Zwiedziłem wszystkie jego prowincje, słuchałem o ich prawach, historii, zwyczajach, wierzeniach. Mógłbym o nim opowiadać tygodniami, choć tak naprawdę poznałem go dopiero z ust Turama. O „wielkim smokuSmok(przyr.) mityczny stwór latający.” mówili bowiem już wcześniej i nasi – jak choćby Haramisha w swych niespójnych wynurzeniach albo Dhahiri w ramach tego jej programu tajnej edukacji czy choćby Matka w zatartych emocjami wspomnieniach o inwazji. Trudno ich przecież winić za to, jak oceniali swego najeźdźcę. To jest naszego najeźdźcę. Oczy wciąż jeszcze mieli zalane krwią swych bliskich, a serca – zasypane gruzem codziennej pracy.

W celi nikt nie wierzył w takiego „wielkiego smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający.”, o jakim wówczas opowiadał mi Turam. Dla nich to było straszliwe monstrum, wchłaniające w otchłań swej paszczy całe kraje i wysysające życie z ich mieszkańców. Mi jawił się jako boskie stworzenie, które rozpostarło swe skrzydła nad tabunem dolin, a poskręcanym kręgosłupem rozerwało ziemię legionem górskich pasm. Drogi niczym tętnice. Zdradzają, że gdzieś tam pod łuskami murów szamota się olbrzymie serce, żywiąc inne organy, zbudowane na kształt miast. Krążą między nimi surowce i ich produkty. Ludzie to cząstki najmniejsze – tak maleńkie, że nie widać ich gołym okiem. A mimo tego każda ma swoją określoną funkcję i bez wyjątku każda jest „wielkiemu smokowiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.” potrzebna. Nie prowadzą między sobą handlu wymiennego, jak to czynią czasem między sobą huryjskie mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado., a najprościej w świecie przekazują produkty swojej pracy tym, którzy ich potrzebują. I tak zwierzyna upolowana przez łowców bądź ten ich chleb sporządzony przez piekarzy, trafia do pracujących pod ziemią górników. Górnicy wydobywaną spod ziemi rudę żelaza przekazują w ręce hutników. Ci z kolei przetapiają ją w takiej tigriańskiej ziemnej dymarce lub w jeszcze większym, gorącym piecu, by trafiła do kuźni. Tam kowale przeistaczają ją w broń lub zbroję, która trafia dalej w ręce wojowników, broniących granic imperium, bądź w narzędzia, które przekazywane są znowuż rybakom, łowcom czy piekarzom, by mogli zaopatrywać wszystkich pozostałych w pożywienie. Wszystko to tworzy jednolity, spójny organizm – w końcu wszyscy są cząstkami tego samego „wielkiego smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający.”, cząstkami jednej ogromnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.... Straszliwe monstrum i boskie stworzenie... Kto by pomyślał, że można być jednocześnie jednym i drugim?

Raz tylko wspomniał Turam o cząstkach wadliwych, niesprawnych, które pragną dóbr tylko dla siebie, które buntują się przed pracą lub co gorsza przed całym systemem. To nic innego jak choroba – tak mówił, choć bez przekonania. Bywa, że tacy wadliwi ludzie w imię Terahandearu są zabijani przez własnych braci; bywa, że są pozbawiani kończyn, a na czołach wypala się im odpowiednie piętno zdrajcy; w najlepszym wypadku trafiają na front lub banicję.

Był moim przewodnikiem. Przewodnikiem i stróżem zarazem. Choć w zasadzie jawił mi się jako malarz, co słowami jak pędzlem tworzył świat prawdziwszy i wyrazistszy od rzeczywistości. Gdy mówił o łąkach, kręciła mi w nosie woń polnych kwiatów; gdy zabierał na gołe stoki, złoty żar gorącego słońca palił mnie po rękach; gdy pod swą peleryną prowadził w burzę przez bagna, nogi mokre miałem z mułu, a sierść z każdym grzmotem jeżyła mi się na karku. Z lęku chwytałem się prętów krat, by nie porwały mnie przypadkiem te wyśnione wyobraźnią krainy, nie będąc już do końca pewnym, który z tych światów dzieje się naprawdę.

- Daleko jeszcze? – dopytuje się zmordowanym głosem Vijani, brodząc w wodzie po skoki. Jej umorusane od błota białe futro zalewają gęste strugi deszczu.

- Baczmy na drogę! Nietrudno stracić tu życie! – ostrzega Turam, tym mocniej jeszcze ściskając mnie za rękę. Jego przemoczona, zimna peleryna, pod częścią której brnę przez to bagno, majta mi się po oczach i wcale nie chroni od wody. Milczę jednak.

W ciemnym mroku, łamanym jedynie przez nikły błękit latarni, błyskają gałęzie drzew, zwinięte w węże albo w wężosmoki. Kłębią się przyczajone, zdobycz świdrując ślepiami. Czyhają skupione, by choćby zmokłą łuską prześlizgnąć się po ramieniu; by zdrewniałymi pazurami zaryć nastroszone futro; by wreszcie paszczami mięso rozszarpać, pożreć lub zatruć. Grom za gromem ryczy, a pioruny wśród huku rozrywają niebo, błyskając sylwetkami bestii, co podstępnie wślizgują się do umysłu przez otwarte szeroko oczy. W jednej z takich chwil ognistym światłem lśni jaskrawo skrzydlaty smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. w kłębek zwinięty!

Turam jak w ziemię wryty staje i tak mnie do siebie przyciąga, że mi niemal ramię wykręca. Tak za miecz szarpie, że ten aż stalą jęczy. SmokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. w mroku skryty przez nozdrza sapie; podmuchem nas w ziemię wtłacza, gdy skrzydła prostuje; gałęzie trzaskają, jak szyję wygina; zaraz piekielnym ogniem zionie! Już jego czarny kontur na czarnym niebie widać, gdy piorun kolejny błyska. I nagle smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. znika. Ostała się po nim tarcza o drzewo oparta z wytartym wizerunkiem jego skrzydlatym w kłębek zwiniętym.

- Na Święte Prawa! Toż to Krucza ArmiaKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie.! – trwoży się Turam, badając znalezisko w łunie latarni. – Musieli niedawno przekraczać te strony. Jak zdołali dojść tak daleko od frontu? Pozostaje mieć nadzieję, że te prastare moczary zabrały wszystkie ich plugawe kości pod ziemię.

Dysząc jeszcze ciężko przez smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający., staram się panować nad strachem, lecz prócz skłębionych w gałęziach węży wszędzie dostrzegam sterczące włócznie i miecze czatującej w mroku Kruczej ArmiiKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie.. Powoli tracę pewność, czy rytmiczny chlupot za nami to Vijani czy też żywy truposz pozostały z oddziału, depczący nam po śladach. Przerażony i do cna przemoczony ściskam ze wszystkich sił żelazną rękawicę Turama. Tak mocno, że aż metal pęka, a dłoń w uścisku kruszy się w proch! Kamienieję jak sparaliżowany, gdy orientuje się, że ściskam właśnie garść kości urwanej ludzkiej ręki! Z uszami po bokach spozieram w górę i...

- „Czego dusza pragnie?”, zagadnął tubalnym głosem, patrząc na mnie z wysoka. Lecz nie zdążyłem nawet się odezwać, a pokiwał głową i zaprosił do środka, za odpowiedź biorąc pewnie trzaskającą piorunami burzę i moją mokrą od deszczu pelerynę. Polecił mi usadowić się przy kominku, którego boki stanowiły dwa marmurowe, pięknie rzeźbione lwyLew(przyr.) duży kot sawannowy. Samce grzywiaste., stojące na tylnych łapach. „Mój syn je uwielbia”, rzekł, gdym się im przypatrywał. Podszedł do ognia. Jego zadbane futro zalśniło w magicznym, żółtozłotym blasku. Uchylił pokrywkę i swym długim nosem poniuchał warzącą się pod nią strawę. Stwierdzając, widać, że odpowiednio jest już przyprawiona, nalał jej z dwie chochle do miski, którą podał mi z szacunkiem swą włochatą ręką, po czym naszykował podobną porcję dla siebie.

To Turam to mówił. Siedział na posadzce korytarza oparty o kraty i wpatrzony w mrok opowiadał mi o swojej przeprawie przez bagna. Potrzebowałem sporej chwili, bym wrócił do rzeczywistości, od której po raz kolejny oderwała mnie moja własna wyobraźnia.

- Gdy usiadł wreszcie naprzeciw – ciągnął dalej Turam – zagadnął do mnie: „Pijcie. Spragnieni jesteście i głodni. Ciężka podróż za wami?”. Przemierzałem wówczas amfiońskie wybrzeże, będąc w połowie drogi z Bocci do starego miasta Caccia. Pomyślałem jednak głównie o tej burzowej przeprawie przez zalaną bagnami drogę na Sterburtę od Pesce, jaką przebyłem z miesiąc wcześniej. Nim w głowie skleciłem z tego jakieś zdanie, pociągnął łyk zupy i przyznał zamyślony: „Zaiste to niepokojące widzieć świeże ślady Kruczej ArmiiKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie. na moczarach Grande Flume. Od przeszło trzydziestu lat po ziemi tej nie stąpali nieumarli. Po zakończeniu wojny z Chaosem horda truposzy torowała sobie drogę na Sterburtę przez nasze, amfiońskie ziemie. Przedarła się przez fortyfikacje w Fragilitach i staranowała Resistenzę, zalewając całe połacie Płaskowyżu zniszczeniem i zepsuciem. Wielu z naszych poległo, by się przeciwstawić złu i odepchnąć je z powrotem na Bakburtę. A teraz, gdy Terahandear wiedziony przez tego Galathara Ar’Tirei po tylu latach przybywa nam z odsieczą i lokuje swe siły na Płaskowyżu przypis  Odsiecz Galathara Ar’Tirei to fakt historyczny – wyzwolenie bakburckiej Amfii (w tym Płaskowyżu Amfiońskiego) i odbicie Resistenzy miało miejsce w pierwszym roku 17 cyklu. – przyp. GE., ty masz czelność umykać w głąb Amfii? Nie tu twoje miejsce, człowiecze! Wrócisz na front wesprzeć swą ojczyznę, tę która ocaliła ci życie i nauczyła Praw! Odbierzesz tym diabelskim hordom to, co bezprawnie wzięły za własne! Znajdziesz sposób”. Tak urwał, a przysięgam, że nie odezwałem się dotąd ani pół słowem. Doznałem olśnienia. Doszło do mnie, że oszukiwałem sam siebie. Jedynie zdawało mi się, że szedłem do Cacci prosić o wsparcie, ale tak naprawdę uciekałem przed Kruczą ArmiąKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie., której lękałem się okrutnie. Tamtego dnia powziąłem decyzję, by zaciągnąć się do oddziałów Terahandearu i obronić ojczyznę przed złem.

- Nie miałem pojęcia – rozmyślał na głos Turam – skąd ten amfionAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. to wszystko wiedział, choć przecież niczego mu nie powiedziałem? Jak poznał, kim jestem? Jak odgadł trasę mej wędrówki i jak zobaczył tę tarczę Kruczej ArmiiKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie. na bagnach? Wreszcie pojąłem, że czytał w moich myślach! Już miałem się tym faktem oburzyć, gdy doszła mnie zadziwiająca prawda, acz nigdy nie byłem pewien, jaką dokładnie drogą trafiła mi do głowy. W ten przedziwny sposób łatwiej i celniej było mu słuchać swych gości aniżeli za pomocą uszu; łatwiej i celniej było mu także do nich mówić: bez użycia ust i języka. Dopiero wtedy zorientowałem się, że ten amfioński mistyk nie wypowiedział na głos jeszcze ani jednego słowa. Wszystkie, jakie usłyszałem, pojawiały się w moim umyśle zupełnie bez pośrednictwa zmysłów. Nigdy nie sądziłem, że milczenie może okazać się tak... pełne treści. Jedyne, co wypowiedziałem na głos podczas całej wizyty to bodaj „Dziękuję za gościnę”, gdy z rana żegnałem się z nim w drzwiach jego wieży. Odparł na to, również na głos: „Wiem przecież, wiem...”, jakbyśmy znali się od dekad...

rozdział

Jak to mówią, nie godzi się rannego zostawiać na pastwę innych. Wróćmy zatem do tamtego dnia, w którym miałem za ścianą Arię – tego, co się rzucił na strażnika, gdy zabili Rembę Roha. To było jeszcze przed tym, jak Turam przyniósł mi tę luksusową kiełbasę. Ten Aria, huria o krwi gorącej jak rozpalony tigriański piec do metalu, przybył z karceru w tak przerażającym stanie, że nikt nie myślał się na nim wyżywać za bukackie kary. Był tak poturbowany i pokaleczony, a sierść miał tak powydzieraną i pozlepianą własną farbąFarba(więz.) krew., że zdawało się, jakby ktoś wyrwał go z paszcz rozwścieczonej sfory psów. To, co tam działo się z nim naprawdę, nie było wcale lepsze. Gdy przywlekli go do celi, naprzemian to tracił, to zyskiwał przytomność – krztusił się krwią i z bólu jęczał w malignie mimo starań Fadhili, jego milczącej siostry. Hurie szybko straciły dla niego cierpliwość – uciszali go zarówno z burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Radży, jak i z naszej. Ktoś chciał go nawet zakneblować. To prawda, trudno było w takich warunkach porządnie się wyspać. Jakbyśmy darzyli litością tylko tych cierpiących, którzy nie wymagają od nas poświęceń. Dopiero po kilku dniach Aria na tyle doszedł do siebie, że odezwał się zza ściany:

- Przeklęte kolumny! Wszędzie ich pełno!

Nie miało to wiele sensu, ale zaciekawiło mnie na tyle, że porzuciłem zabawę w rzeźbienie gór z derek porzuconych w pośpiechu na posadzce i podszedłem ostrożnie pod firankiFiranki(więz.) kraty..

- Kolumny? – zapytałem nieśmiało.

- Jak króliki się mnożą! – zdawał się mnie nie słyszeć. – Diabelskie, zapatrzone w siebie, egoistyczne pomioty! Myślą, że prawo do tego mają! Myślą, że świat zbawiają, a zatruwają go jedynie maszkarami swymi! Ze trzewi swych jedynie diabły szkaradne wypluwają! Zaraza!

- To wszystko robią te kolumny? – rzuciłem powoli, nic nie rozumiejąc z tego, co mówił.

- Zaraz! Ktoś ty? Czego chcesz?

Źle. Nie poznał mnie.

- Jestem chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode. z celi obok – powiedziałem. – Tuż za ścianą.

- Brednie! Nikogo tam nie ma!

- Ale przecież do was mówię, Ario...

- Aria. No tak. Dobre imię. Może być. Pasuje do mnie...

- Ale przecież właśnie tak macie na imię!

- Cicho! Nie powinno cię tam być, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode..

- Ale... Ale przecież jestem tu od zawsze!

- No, może i tak... Prawda, był tam kiedyś jakiś chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode..

- To właśnie ja!

- Zapomniałem o tobie.

Nie wierzcie, jeśli nie chcecie, ale rozpromieniłem się tą rwaną wymianą zdań. Niektórzy wracali z karceru, nie wiedząc, gdzie i kim są. A mi zdawało się wówczas – być może nazbyt naiwnie – że jednak poznał mnie po głosie, czyli nie było aż tak źle. Choć to fakt, coś w nim jakby się odmieniło.

- Proszę, powiedzcie mi więcej o tych kolumnach, Ario – poprosiłem najgrzeczniej, jak tylko byłem w stanie.

- Przestańże mi rapcieRapcie(więz.) uszy. zapychać, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode. przypis  Rapcie to po prostu uszy. Czasem mówiło się też: słuchy. Słownik Młyna, jeśli nie liczyć określeń strażników, był szczególnie obfity w nazwy huryjskich części ciała. To zresztą zdaje się być typowe dla języków w ogóle, tylko może zamiast na dwadzieścia jeden sposobów nazywać bukatów, nazywa się tyle razy coś innego. Turam wspominał mi kiedyś o ludach z dalekiej rufy, które mają dwadzieścia jeden określeń na śnieg. Długo musiał tłumaczyć, na co komu nazywać go na dwadzieścia jeden różnych sposobów, no i czym w ogóle jest ten śnieg. I tak uwierzyć musiałem mu na słowo, aż w końcu pewnego dnia zmarznięty i mokry przyniósł go trochę z powierzchni specjalnie dla mnie. Prawdziwy śnieg! Żałuję, że nie mam tu go choć trochę, by wam pokazać, co to takiego. To coś w rodzaju białej, zimnej i mokrej gliny. Byłem nim niezwykle zafascynowany, choć on mną – chyba mniej, skoro oblał go zimny pot, skurczył się i zmalał tak bardzo, że aż uciekł mi przez palce.!

Po chwili Aria dodał jeszcze tylko:

- Dajże leżeć!

Cóż robić? Zamilkłem. Przelękniony i najeżony jak szczotka uciekłem w góry – to znaczy do rzeźbienia ich materiałowych szczytów i grzbietów, rzecznych koryt i zagłębień na jeziora. To taka zabawa była. Kiedyś nawet wpadłem na genialny pomysł, by tak tworzone rzeki i jeziora zalać prawdziwą wodą. Jednak jak hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha, wróciwszy z poziomu, odkrył dobrze nawodnioną górzystą krainę w swojej własnej koi, szybko oduczył mnie wpadania na genialne pomysły... Tamtego dnia bardziej nasłuchiwałem, czy coś jeszcze powie ten pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). zza ściany – uszami jak pająk siecią rozpostartą chwytałem wszelkie dźwięki i szmery z celi obok.

- Diabły szkaradne! – ryknął ni z tego, ni z owego Aria. – I co patrzałyPatrzały(więz.) oczy. wlepiasz, szara mordo przypis  Tak, tak, to znaczy oczy.? Złaźże stamtąd, do pioruna! Nie twoja kolibaKoliba(więz.) łóżko, hamak.przypis  Koliba to łóżko (chodzi najpewniej o huryjski hamak – przyp. tłum.), wygodne i z miękką pościelą – w odróżnieniu od koi w celach, które to ani wygodą, ani tym bardziej pościelą szczycić się nie mogły.! – a mówiąc to, dyszał ciężko jakby się z kimś zmagał. – CiurmakiCiurmak(więz.) strażnik. zakute! Oż, gdybyście mi krzyży nie stłukli, capnąłbym tylko, to rozdziargałbymRozdziargać(więz.) rozszarpać, rozkrajać. na drobne przypis  No... rozdziargać, rozszarpać – jedno i to samo. Czasem tylko znaczyło rozkrajać....

Najprościej w świecie zacząłem się zastanawiać, o kim mówi ten złamany karcerem pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych).. Aż po cichu zakradłem się pod kraty, by sprawdzić, czy przed celą obok w istocie nie stoją jacyś bukaciBukat(więz.) strażnik., którym by się odgrażał Aria. Nie stali! Czekając z zapartym tchem na to, co będzie dalej, wpatrywałem się w ściany. Wtedy to do mnie doszło. Te „diabły szkaradne”, te „szare mordy”, o których mówił, że wpatrują się w nas bez ustanku, to pożarte przez Młyn dusze bliskich, z rozpaczy wykuwające w szarym kamieniu swe oblicza. Ktoś wreszcie ujrzał to, co ja!

- Ario? – pytam zaczarowany. – To wy widzicie huryjskie twarze na ścianach? Albo sylwetki bukatówBukat(więz.) strażnik.?

- Przestańże mnie dręczyć, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode.! Nic tu nie widzę. Ciemno jest.

Aż mi sierść dęba staje, gdy tak warczy. Ale po cichu mówię:

- A może widzicie gdzieś na ścianie twarz Remby Roha?

- Tę kufęKufa(więz.) twarz. przypis  To znaczy twarz. widzę codziennie. Codziennie od dnia, kiedy mnie przez niego wrzucili do kabarynyKabaryna(więz.) karcer....

- Przez niego? Jak to?

- Ano tak właśnie.

- Ale przecież wy też napadliście na bukataBukat(więz.) strażnik., tak jak Remba.

- No tak... Ale nie zrobiłbym tego, gdyby nie te jego farmazony.

- Farmazony?

Wtedy Aria wzdycha tylko i mówi jakoś tak:

- Remba był zdania, że jest coś więcej ponad to, co przekazują nam oczy i uszy, choć wydaje nam się, że nic im nie umyka. Twierdził że dostrzegł jakiś wewnętrzny sens w tych kolumnach, że posłyszał w końcu to, co chcą od dawna nam powiedzieć.

- I co mu powiedziały?

- Nie mam bladego pojęcia. Nie jestem kwirusemKwirus(więz.) wariat.! Ale może w istocie coś tam było w tej kolumnie, co ją obaj czyściliśmy. Obu nam rozum odebrało, skorośmy się rzucili w amoku na tych bukatówBukat(więz.) strażnik.. Nie wiem, co to było? Jakaś trucizna? Narkotyk? Choroba? Zły demon? Pamiętam tylko, że coś sobie wtedy uświadomiłem, coś zrozumiałem, jakbym przejrzał nagle na oczy, jakbym nagle zobaczył to, co on. Ale co to było? Nie pamiętam.

Ocknąłem się. Zza ściany słychać było tylko jakieś delikatne skrobanie. Aria się nie odzywał. Całą tę rozmowę z nim przeprowadziłem nie otwierając ust – wewnątrz mojej głowy. Za bardzo się bałem tego buntowniczego huraHur(hur.) młodociany huria. – jak zresztą wielu innych. A mimo to przytuliłem się do firanekFiranki(więz.) kraty., zafascynowany już samą myślą, że mógłby spostrzec to samo, co i ja dostrzegałem. Dobrą chwilę walczyłem sam ze sobą, czy do niego nie zagadnąć. Umierałem z ciekawości, zastanawiając się, cóż takiego można było zobaczyć w plamach na cegłach w celi Arii. GazeleGazela(przyr.) gatunek małych antylop.? AntylopyAntylopa(przyr.) iakk sawannowy.? Rodzinny rewir sprzed inwazji? Albo po prostu inne hurie – wraz z Rembą, który gdzieś tam musiał być. A może mianem „diabłów szkaradnych” określał strażników? Albo demony? Bestie? SmokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.? Gdy wreszcie już się zdecydowałem o to zapytać, zdążyłem wypowiedzieć ledwo połowę jego imienia – tak prędko uciszył mnie, sycząc przez zęby:

- Ciii... Zawrzyj szamotSzamot(więz.) pysk. przypis  Czyli miałem zamilknąć. A szamot to tyle, co pysk.!

Może i trudno się dziwić. Leżał tam doszczętnie potłuczony, to nie miał ochoty na rozmowy. Jednakże czając się jeszcze chwilę pod kratą, pochwyciłem wśród ciężkich wdechów i wydechów Arii znowu jakieś rytmiczne skrobanie z celi obok. Jakby ten buntowniczy pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). rozpoczął właśnie drążenie tunelu, by wydębićWydębić(więz.) uciec. z Młyna, choć wcale przy tym się nie spieszył, a w ramach narzędzia używał własnych pazurów, a przynajmniej tego, co z nich zostało. Jego oddech – początkowo ciężki i nieregularny – z czasem stał się płytki i rytmiczny. Jakby niemal zamarł. Skądś wpadło mi do głowy, by to naśladować. Też zamarłem. Nie mam pojęcia na jak długo – jakby czas także wstrzymał oddech.

Z tego transu obudziło mnie nagle ogłuszające łubudu – jakby drążone ściany nie wytrzymały niesionego ciężaru i wszystkie naraz odrętwiałe upadły z gruchotem na posadzkę. To Aria! Donośnie bluzgnął najgorszymi wyrazami, a gdy już ochłonął, warknął tylko pod nosem, krztusząc się farbąFarba(więz.) krew.:

- Na psią mordę! Już bym cię, demonie, przybiłPrzybić(więz.) chwycić., gdyby mnie te ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. niemyte tak pałami w kabarynieKabaryna(więz.) karcer. nie częstowały przypis  Przybić to chwycić, złapać albo zapędzić w kozi róg.!

I wtedy się pojawiła. Tak jak za pierwszym razem – w dziurze przy kratce ściekowej. Z trudem łapała powietrze, a te maleńkie oczy były wyjątkowo rozbiegane i płochliwe – najmniejszy mój ruch jeżył jej sierść na grzbiecie. Oczarowany, nie spuszczając z niej wzroku, sięgnąłem po zostawioną ze śniadania połówkę sajdkiSajdka(więz.) kromka.. Wszak każdego ranka chowałem w łachmany trochę bomsuBoms(więz.) chleb., by zjeść go przed wieczorem lub mieć na taką właśnie okazję. Bardzo powoli – tak ostrożnie, jak tylko potrafiłem – przybliżałem się w jej stronę, ściskając przed sobą ten nędzny kawałek brukowcaBrukowiec(więz.) chleb., mającego zaświadczyć o moich dobrych zamiarach.

Gdy już położyć miałem go obok niej na ziemi, poderwała się nagle i wskoczyła w szczelinę przy kracie. Pewnie zrobiłem coś nie tak, pomyślałem w pierwszej chwili. Ale nie! To Aria ją spłoszył zza ściany, gdy zawarczał jakimś przekleństwem, próbując się chyba wdrapać z ziemi z powrotem na kojęKoja(więz.) prycza.. W nadziei pozostawiłem bomsBoms(więz.) chleb. przy kratce, jednak w końcu sam musiałem go sfutrowaćFutrować(więz.) jeść. przypis  No jak to co? Sfutrować to znaczy zjeść. Po prostu.. Połknąłem go na chwilę przed przyjściem naszych z poziomu. Tamtego dnia już się nie pojawiła.

Przydreptała dopiero nazajutrz. A i Aria był już rozmowniejszy. Na tyle, że sam z siebie zaczął opowiadać o rewirze, w jakim się wychował; o swojej pardiańskiej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. W pewnym momencie dość przypadkowo wyznał, że Fadhili – ta milcząca sanitariuszka, uciekająca rzeką w słomiakuSłomiak(więz.) kosz. – jest jego rodzoną siostrą! Nastała chwila ciszy. I właśnie w tym samym momencie moja mała bratnia dusza znów wychyliła pyszczek zza szczeliny obok gieruGier(więz.) toaleta..

- Siostrą? – spytałem, wpatrując się w jej maleńkie, świecące oczy i obszukując łachmany za bomsemBoms(więz.) chleb. ze śniadania.

- Ano siostrą, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode.! Nie wiedziałeś? RapcieRapcie(więz.) uszy. te same, zresztą niuchyNiuch(więz.) nos. i głazyGłazy(więz.) oczy. też, tak ganczają. Przypatrzże się dokładniej, to obetniesz przypis  Zgadza się. Chodziło o nosy i oczy..

- Rzeczywiście! – odmruknąłem z rozdziawioną buzią, przypatrując się dokładniej tym aksamitnym uszom, energicznym nozdrzom i połyskliwie czarnym oczom. – Najprawdziwsza Siostra! – dodałem jak zaczarowany. W końcu zrodził nas i wciąż żywił ten sam Młyn.

- To dobra istota – ciągnął rozmarzony pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). jakby nagle przestał być buntowniczym huremHur(hur.) młodociany huria.. – Bardzo pomocna. Jakby mojryMojra(więz.) strach. nie znała przypis  Mojra to ogólne dość określenie strachu, lęku, obawy, niepokoju czy też chelea (szczególnego rodzaju huryjskiego lęku połączonego z respektem i szacunkiem wobec wyższego w hierarchii hurii – przyp. tłum.).... Bez niej byłbym sam – wyznał. – Nie mam tu nikogo więcej ze starej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. A nawet gdy milczy, potrafi wyrazić więcej niż niejedni słowami...

Przytaknąłem cicho, obserwując jak łapczywie chrupie ofiarowaną Jej uczciwą połówkę sajdkiSajdka(więz.) kromka. – wszystko, co mówił wówczas Aria, tak niezwykle do Niej pasowało...

- Co tam futrujeszFutrować(więz.) jeść., chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode.? – zawarczał nagle zza ściany.

- Eee... BomsBoms(więz.) chleb.... ze śniadania.

- Ha! FartownikFartownik(więz.) szczęściarz. z ciebie przypis  Prawda?... A wcale się tak nie czułem..., fartownikFartownik(więz.) szczęściarz. z ciebie że tkwisz tu na górze, podczas gdy my tyramy pod pokłademPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. przypis  Dosłownie: pod podłogą, acz nasi określali tak dowolny poziom pod mieszkalnym.. Przez pół dnia bomsBoms(więz.) chleb. kitraćKitrać(więz.) chować. niewszamanySzamać(więz.) łapczywie jeść.!

- Naprawdę jesteście poetą? – zagadnąłem zaraz, starając się jakoś odciągnąć uwagę pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). od chrupiącego brukowcaBrukowiec(więz.) chleb..

- Ty też myślisz, że jestem poetą, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode.?

- Wszyscy tak mówią, a Haramisha nawet to, że jesteście poetą jak piesPies(więz.) strażnik.!

- Nie lubię poezji. Moją pasją jest piękno.

- A poezja to nie to samo co piękno?

- W żadnym razie! Poezja to nieporadna sztuka przekładania na słowa tego, o czym chce się powiedzieć. To katorga dla umysłu. Język to zbyt prymitywne narzędzie, by w pełni oddać myśl. No i właśnie dlatego poeci wymyślili poezję: chcieli przekazać to, co niewyrażalne za pomocą słów. Tyle że każdy może ją rozumieć po swojemu i ma do tego prawo. Wielu uważa, że to właśnie czyni ją piękną, we mnie budzi tylko wstręt. Bo skoro każdy może ją rozumieć po swojemu, to jak tu precyzyjnie przekazać myśl? Nie da się. A przecież do tego celu została stworzona. Ja szukam prawdziwego piękna.

- Czyli kolumn? Wczoraj mówiliście o kolumnach.

- Wspomniałem coś wczoraj o kolumnach?

- Mówiliście, że wszędzie ich pełno; że się mnożą jak króliki.

- A bo w istocie jest ich tam ogromna liczba. A wszystkie piękne. Nikt tego nie zauważa. Tak bukaciBukat(więz.) strażnik., jak i my widzimy już tylko kilofy, skały, gruz i transporty, a nikt nie dostrzega jak tam na dole jest pięknie... No, Remba Roho też to zauważał. Wszędzie dostrzegał piękno. Mówił, że piękne może być nawet to, co pospolite i naturalne, a nie tylko to, co rzadkie i wymagające wysiłku. Piękno nie jest bezwzględnie ustalone raz na zawsze. Jest umowne. A skoro tak, mówił, to dlaczego umawiać się na coś, co wymaga czasu, pracy i poświęceń, skoro za piękne możemy uznać nawet to, co jest tu i teraz, a nadmiar czasu przeznaczyć na sjestę? Nigdy nie udało mi się tej jego nauki w pełni wprowadzić w życie. Nie umiem sobie wmówić, że piękna jest warstwa pyłu na naszych futrach albo żyłki mięsa, jakie bukaciBukat(więz.) strażnik. rzucają nam na posadzkę, no albo równo załadowany kosz z urobkiem. To furiactwo. Ale kolumny to co innego. Te rzeczywiście są piękne. Są nawet tu, na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel., tylkośmy pozasłaniali je kiedyś ścianami i kratami, jeszcze cię na świecie nie było... Nie sposób odkopać wszystkich. Na początku to na polecenie MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik. oczyszczaliśmy każdą z osobna, pilnowaliśmy, by nie uszkodzić tych przymocowanych do nich kamiennych maszkaronów i ozdobników. W ogóle MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik. jest chyba jedynym wrażliwym bezogonemBezogon(więz.) człowiek.. Ma może jakiegoś czułego na piękno demona za skórą. Zdaje się widzieć w tych kolumnach sztukę i chce ją ocalić. Przynajmniej kiedyś chciał. Teraz to nikomu już na tym nie zależy; przebijamy się tylko tunelami na ślepo, szukając schodów. A jak już znajdziemy, rzucamy wszystkie korytarze i bujamy sięBujać się(więz.) iść. głębiej pod ziemię przypis  No... Bujać się – to iść, tylko tak trochę od niechcenia.. Niekiedy tyraliśmy przecież we wszystkie strony całe lata na jednym poziomie, odsłaniając olbrzymie połacie tych kolumn, a i tak tyle ich zostało zagrzebanych jeszcze pod gruzem... Na każdym poziomie jest jeszcze mnóstwo skał do wykucia i wyciągnięcia na powierzchnię. A nikt nie wie, ile takich poziomów jest jeszcze pod ziemią i czy ten Młyn ma jakąkolwiek klapęKlapa(więz.) koniec.. Tak jak i nikt nie wie, czego tak w zasadzie szukają te zakute mordy tam, na dole przypis  „Czy ma jakąkolwiek klapę” znaczy, czy ma w ogóle jakiś koniec. Wielu z naszych obawiało się, że Młyn ciągnie się pod ziemię w nieskończoność. To by znaczyło, że nigdy nie zostalibyśmy z niego uwolnieni. Inni byli zdania, że nie zwróciliby nam wolności nawet gdybyśmy wykopali z Młyna ostatnią grudę ziemi..

- Haramisha mówi, że na dole Młyna śpią poczwary i smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający. – wtrąciłem, nie odczekawszy nawet odpowiednio długiej chwili przez ten chrupiący bomsBoms(więz.) chleb. – które przychodzą, gdy tylko...

- Haramisha, Haramisha! Toż to zwykłe bajki i wymysły! Bzdury wam do rapciRapcie(więz.) uszy. wciska ten stary ogórOgór(więz.) stary więzień. przypis  Na powierzchni to podobno jakieś albińskie warzywo, ale w celi nazywano tak czasem stare hurie. Dość obraźliwie. Stąd stary ogór to podwójnie stary huria, co jednak w wypadku Haramishy było trochę przesadzone.! Że też w każdej burcie znajdą się zawsze jakieś kwirusyKwirus(więz.) wariat. – gorączkował się pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych).. – U was Haramisha, u nas Remba Roho. Ten to naprawdę wierzył w te swoje farmazony o tym, że kolumny ciągle próbują nam coś powiedzieć tam, na poziomie. Od dłuższego przecież już czasu ociągał się przy każdej kolumnie. Własną szkitąSzkita(więz.) ogon. piach zmiatał, co pozostał na tych maszkaronach. Własną szkitąSzkita(więz.) ogon.! Uwierzysz przypis  Szkita bądź miotła to inaczej ogon, ale tylko taki, z którym nie trzeba się liczyć (to znaczy należący do mniej istotnego hurii czy hurianki – przyp. tłum.). Ogona Sharii czy Ugaidi nikt nawet pod ich nieobecność nie odważyłby się tak nazwać. Odpowiednim określeniem, zwracającym uwagę na miejsce w hierarchii, zdaje się być raczej „marash” – przyp. tłum.? I własną sierścią je jeszcze polerował do czysta – oburzał się Aria. – W sumie to lubiłem patrzeć na jego pracę. Myślałem, że lepiej ode mnie dostrzega piękno tych podziemnych rzeźb. Ale dziś wiem, że to zwykły kwirusKwirus(więz.) wariat. był z tego Remby... Radża łoił go za takie ociąganie się, bo zmniejszał tym nasze szanse na rakietyRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody., ale typ był uparty jak piesPies(więz.) strażnik.. Same zaś psyPies(więz.) strażnik. widziały w tym chyba gorliwość i dokładność, bo był blatBlat(więz.) zgoda. przypis  Był blat, czyli była zgoda, nikt nie miał pretensji.. Początkowo. Tamtego dnia te ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. uzmysłowiły sobie wreszcie, że przez to wolniej tyramy do przodu i szturchnęły Rembę drewnianą pałką, nakazując mu wrócić do pozostałych. A ten frantFrant(więz.) głupiec. przypis  Głupiec, pomyleniec. ni z tego, ni z owego rzucił się na pastuchaPastuch(więz.) strażnik.... Istne samobójstwo.

- Nawet się nie pożegnałem! – wymsknęło mi się, gdy niedługo po sfutrowaniuFutrować(więz.) jeść. całego bomsuBoms(więz.) chleb., umknęła w szczelinę przy kratce.

- A co, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode.? Z kwirusemKwirus(więz.) wariat. chciałeś się przed hakiemHak(więz.) kara śmierci. żegnać? – zapytał zdziwiony pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). zza ściany. – Nie warto. Ten skarlały umysł nawet by cię nie zauważył.

A jednak Aria się mylił. Przynajmniej do takich doszedłem wtedy wniosków. Bowiem od tamtej chwili moja maleńka Siostra pojawiała się w celi każdego dnia. Najczęściej rano, niedługo po wyjściu burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. na poziom. Dużo rzadziej pod wieczór, a już nigdy podczas obchodu Turama. Jakby doskonale wiedziała, kto rozstawia pułapki w strażniczych spiżarniach i korytarzach na wyższych piętrach. Kiedyś nawet starałem się przekonać klucznika, by je pozbierał i schował, lecz był nieugięty. Ale przynajmniej zgodził się przynieść taką pułapkę i pokazać, jak działa. Zostawił mi w celi to zmyślne narzędzie, dzięki czemu mogłem Ją później nauczyć, jak omijać mechanizm i jak uruchamiać go z boku, aby podebrać fasunek. Chyba ze trzy razy przytrzasnąłem sobie przy tym palce. Właściwie byłem nieco zawiedziony tym, że nigdy nie przyniosła mi zdobytej w ten sposób porcji, a przecież wiedziałem, że udaje się Jej ta sztuka. Turam czasem schodził rozeźlony, skarżąc się, że znów ktoś wyżarł ser z pułapek, a nic się nie złapało. Zawsze się wtedy irytował, że wśród tylu hurii uchowały się jeszcze jakieś gryzonie – jakbyśmy mieli mieć coś z tym wspólnego. W każdym razie w życiu by nie pomyślał, że za serowym spiskiem stał ten mały chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode. z pierwszej celi, choć kilka razy omal się mu nie wygadałem. Tak oto Młyn nauczył mnie kłamać...

Mimo wszystko ciężko przeżywałem, gdy w jakiś dzień nie przychodziła w ogóle. Wyobraźnia podsuwała mi wtedy najczarniejsze scenariusze... Raz pojawiła się w nocy. Przy dziewiętnastu huriach! Gdy tylko ją usłyszałem, oderwałem się od Matki, by przemknąć pod gierGier(więz.) toaleta. i choćby we własnej sierści ukryć przed celą jej zapach. Śmiali się, że dorastam, skoro szukam swojego rewiru. A ja właściwie nigdy nie chciałem dorosnąć...

rozdział

- Stan liczebny dwadzieścia, obecnych dwadzieścia, zdolnych do pracy dziewiętnaście, jeden na zwolnieniu.

- Bzdury mi wciskacie, Radża – odchrząknął dozorca sprzed celi obok. – Zdolnych do pracy dwadzieścia! I dobrze ci radzę, by tamto leżące ścierwo wstało do śniadania, bo przestanę być miły!

Mówił rzecz jasna o Arii. Brali go na poziom dużo za wcześnie: w tamtych dniach o własnych siłach nawet się jeszcze nie trzymał na nogach. Gdy wracali wieczorem, niosło go dwóch innych hurii. Czuć było zapach farbyFarba(więz.) krew.. Ale strażnicy już mu nie odpuścili. Aż do końca swych dni w celi za ścianą nie dostał ani jednego dnia pragnojki od arbajtuPragnojka od arbajtu(więz.) zwolnienie z pracy..

Znów zatem zostałem sam. Choć w zasadzie to nasi tak mówili – ja samotny się przecież nie czułem. W końcu zawsze za dnia odwiedzał mnie Turam; a i na Siostrę, to maleńkie stworzenie, też mogłem liczyć. Któregoś dnia była nawet cała burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. hurii, drążąca wraz ze mną tunel w poszukiwaniu schodów na niższy poziom...

- Z bombyZ bomby(więz.) szybko., tępe futra przypis  Z bomby, czyli szybko.! – pieniPienić się(więz.) denerwować się. się Ugaidi, ta groźna onkiankaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., przed którą cała cela cheleoCheleo(hur.) lęk przed wyższym w hierarchii. przypis  Ot i właśnie. Cheleo to szczególny lęk i respekt wobec kogoś wyższego hierarchią – przyp. tłum. w ogonie nosi. – RakietyRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody. to my za nic nie wyrwiemy z taką smugąSmuga(więz.) nieudana praca. przypis  Smuga to zła, nieudana praca – zwykle o trudnym odcinku na poziomie.!

- Łatwo wam powiedzieć – mruczy pod nosem Vijani w gąszczu metalicznego stukotu.

- SzamotSzamot(więz.) pysk. ci się, hurysoHurysa(hur.) młodociana hurianka., nie domyka! – rzuca przez celę Ugaidi.

- Toż skała jakby kto ją żelaznymi zbrojeniami wiązał!

- Dobrze radzę, błotny kocie: zróbże z chlipadłaChlipadło(więz.) język. właściwszy użytek przypis  A czym można chlipać? No, językiem przecież. – tak drwi onkiankaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., porzucając na chwilę kilof i wskazując doszczętnie zabrudzoną sierść tigriankiTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii..

- O, widzisz, mały? – zaczyna swoje Dhahiri, niemal wtykając mi steryStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. do ucha przypis  Sterami nazywaliśmy nasze wibrysy (czyli huryjskie wąsy – przyp. tłum.).. – Wszystko siedzi w głowie! O języku prawi. To zacz ważne, by przykładny zeń użytek czynić. Wszak zarówno o słowa dbać swe trzeba, by przystojne i czcigodne składać, jak również o to, by i sierść przystojna i czcigodna była, by z dumą nosić ją i wzorem być. Popatrz to na tigriankęTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.: już tyle lat ma hurysaHurysa(hur.) młodociana hurianka., a nie wie! Wszystko siedzi w głowie!

Vijani, słysząc to, zaciska zęby, ale nic nie mówi; z większą jeszcze zaciętością odkuwa skałę. A Dhahiri aż do samej śmierci klektałaKlektać(więz.) opowiadać. takie rzeczy. Była bardzo przekonana co do „misji”, bo tak mówiła o tym swoim programie nauczania. No ale w końcu to ona opowiadała o huryjskich prawach, obyczajach, uczyła o huryjskich krainach, o wielkich huriach, o historii ras, o wojnie z Chaosem, o Prapoczątku... Kto wie, czy zostałoby w nas cokolwiek z hurii, gdyby nie Dhahiri? To cenny skarb tyle mieć wiedzy we własnej celi. Choć prócz tego wszystkiego miała w zwyczaju tłumaczyć zupełne oczywistości. I to po wielokroć, jakby największą jej to sprawiało przyjemność. Nie dało się jej nic powiedzieć; a trzeba wręcz było jej to wybaczyć – była już w końcu sędziwą arufiankąArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii., zresztą hekaląHekala(hur.) stara hurianka. z dawnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. Sharii. Zdaje się, że była siostrą jego matki... a może ojca? W każdym razie ciotką samego raisaRais(hur.) wódz., a ktoś taki ma nie byle jakie przywileje.

I tak przez dziewiętnaście dni niezmordowana orkiestra dziewiętnastu hurii wybija ten monotonny rytm dziewiętnastoma wysłużonymi kilofami. Strzelają iskry, co rusz sypie się piach i zaprawa, po celi tańczą wściekle odłamki cegieł.

Wtem ze ściany budzi się kłąb pyłu, wyrastają mu prężne barki, muskularne cielsko; w swe trzewia łyka coraz więcej powietrza, łapczywie zagarnia coraz więcej celi. Poderwałem się, jakby kto mnie igłąIgła(więz.) nóż. szturchnął; odskoczyłem pod kratę. Patrzałem przerażony na swe dzieło. Monstrum wciąż rośnie, ale po chwili blednie i znika zupełnie. Pozostawiło po sobie jedynie gorzko-kwaśny zapach starej zaprawy.

Patrzę po innych huriach, lecz zdają się zupełnie nie przejmować pyłową bestią. Te same kamienne spojrzenia jak co dzień. Niepewnie wracam do tyrkiTyrka(więz.) praca., ale gdy kolejny twór wyrasta spod cegieł, w skupieniu wstrzymuję oddech i jednym ruchem rozcinam go wpół pazurami. Błyskawicznie umyka z uścisku, ale trafiony wiruje w powietrzu z bólu i niknie wreszcie nieżywy. Tak uśmiercam każdą pyłową poczwarę – do dnia, w którym stwierdziłem, że przecież są one zupełnie nieszkodliwe. Od tamtej chwili pozwalałem im kłębić się wokół mnie zupełnie jakbym był ich raisemRais(hur.) wódz.. W końcu mam władzę nad ich losem! Jako pyłowy raisRais(hur.) wódz. dalej drążę ścianę. Rozkazuję swym monstrom budzić swych braci, śpiących między cegłami, ale okazuje się, że są tam zaklęte jakąś tajemną mocą i wcale nieskore do rozprostowania kości.

Mijają dni; a ja zdobywam kolejne poziomy – to znaczy: wydłubywałem ze ściany kolejne cegły. Musiałem z powrotem maskować je starannie przed przyjściem Turama bądź burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. – miałem przecież świadomość, że taki nieformalny tunel mógłby nie przypaść do gustu bukatomBukat(więz.) strażnik. bądź Sharii, a od Ugaidi na pewno dostałbym za niego wtłukiWtłuki(więz.) kara cielesna.. Na moje szczęście hurie po całym dniu pracy były zbyt zmęczone, by zauważać takie szczegóły. Do tego z każdym poziomem coraz to bardziej tracę wiarę w mych pyłowych podwładnych. Nie słuchają, uparte, rozkazów.

Jednak któregoś dnia zdarzyło się coś zupełnie niezwykłego. Jak zwykle dłubałem wtedy w ścianie moim kilofem, to znaczy starą, wyszczerbioną metalową łyżką, kiedyś wrzuconą do celi przez dozorcę, żartującego z huryjskiej kultury spożywania posiłków. Wydłubałem już prawie całą zaprawę wokół cegły – słowem widzę już schody! Trzeba to tylko odgruzować. W uszach radosne pomruki burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., w wyobraźni zatapiającej już kafleKafle(więz.) zęby. w specjalnej, premiowej rakiecie. Już tylko moment i kujemy następny poziom! Podważam więc z boku, koło balustrady. I wtedy z góry rozlega się istny huk! Raba-dam! Jakby jakiś piorun z trzaskiem rozerwał strop, sypiąc zaprawą prosto na mnie! Z góry oderwało się kilka luźnych cegieł, te pociągnęły z gruchotem następne – ledwo zdążyłem przed nimi umknąć na drugi koniec celi. Cała momentalnie wypełniła się gęstą, duszącą mgłą. Największa pyłowa bestia, jaką można było zbudzić. Prawdziwy gigant. Do cna przesłania wszystko i wcale nie zamierza znikać jak jego mniejsi bracia. Skulony i najeżony wtuliłem się w najdalszy kąt – między kratę a pierwszą kojęKoja(więz.) prycza. po prawej. Zepsułem celę! Pierwszy raz tak naprawdę... Tłumiąc kaszel, myślałem zatrwożony jedynie o tym, by ten zgiełk nie dosiągł uszu strażników! Ale koncentrowałem się na tym tak intensywnie, że rzeczywiście przywabiłem tym myśleniem te ich złowieszcze kroki. Regularne, dudniące metalem o stopnie. Już wtedy czułem, że los nie miał zamiaru mnie oszczędzać. Doskonale słyszałem przecież, że to nie Turam schodził na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel....

W wiszącej ciągle mgle przemknąłem po omacku w drugi róg celi, obok gieruGier(więz.) toaleta.. Rozbiegane światło pochodni łuną wpadało przez kraty. Lamentujące skrzypce – drżą nisko, przy ziemi. Pyłowy olbrzym leży pewnie już na korytarzu. Jak smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. rozpasły na skarbach. Ogonem pewnie o główną kratę zahacza! Widać go jak nic... Zbrojny już wie. Idzie prosto pod celę. Skrzypce nabierają tempa. Pochodnia błękitnymi kłami wgryza się w eteryczne cielsko smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający.. Za kratami majaczy ciemny, bezogoni kształt. Przystanął. Przytknął żar ognia do firankiFiranki(więz.) kraty. i tylko zaklął pod nosem, jak to bukaciBukat(więz.) strażnik. mają w zwyczaju. Odszedł zrezygnowany na górę, ale po kilku chwilach ponownie usłyszałem jego kroki. Towarzyszył im nieregularny drewniany stukot i metaliczne dźwięki, przypominające ciągnięte zwoje łańcucha. Szedł zatem i Turam. Nie miałem pojęcia, co mu powiem, gdy zapyta o to, czemu zepsułem celę? Toteż pewnie dlatego, gdy zagadnął: „żyjesz tam, mały?”, milczałem sparaliżowany.

Klucznik, gdy tylko otworzył bramę, wpadł do środka niczym taran przez sforsowane wrota. Może z przerażenia? Ale to dozorca odnalazł mnie w tej mgle schowanego przy gierzeGier(więz.) toaleta., wciśniętego niemal zupełnie pod kojęKoja(więz.) prycza.. Złapał żelaznym ściskiem za ramię, niemal mi go nie miażdżąc, i zawołał tryumfalnie:

- Żywe! – i zwróciwszy się już do mnie: – Toś sobie piwa nawarzył, sierściuchuSierściuch(więz.) huria. jeden! Wyżłopiesz je całe, cokolwiek żeś nie zmajstrował! – Nie miałem pojęcia, o co chodziło dozorcy. Chętnie bym skosztował jakiegoś alkoholu, ale przecież nie mieliśmy w celi koali. Wśród plam i pęknięć na ścianach nie pojawiał się ani jeden. Ale przecież nawet gdyby był, to na pewno podzieliłbym się jego moczem, no i, co ważniejsze, nie hodowałbym go przecież na piwo. Hurie nie pijają takich rzeczy. Lepsze przecież sharabuSharabu(hur.) huryjska nalewka na ziołach. bądź arakaAraka(hur.) huryjski likier., no albo chombaChomba(hur.) miska. przypis  Tu chodzi o rodzaj niewielkiego drewnianego naczynia – przyp. tłum. mocnego kileoKileo(hur.) huryjskie trupinium. dla furiatów żądnych wrażeń; jednakże nawet o miejscowy odpowiednik najsłabszej asaliiAsalia(hur.) huryjski miód pitny. przypis  To przeróżne gatunki koalego trunku, jakie od niepamiętnych czasów zwykły warzyć hurie. Warto skosztować choćby likieru zwanego araką lub pozyskiwanego ze specjalnych odmian ziół sharabu, choć niektóre hurie wpadają po nim w halucynogenne transy. Asalia łudząco przypomina importowany od leśnych elfów miód pitny, natomiast kileo nie pijcie, choćby wam darmo dawali! Tę przygotowywaną tylko na specjalne okazje odmianę alkoholu wytwarzają hurie ze zgniłego mięsa waranów lub drobniejszych jaszczurek. Nawet niewielkie ilości kileo mogą doprowadzić do obłędu lub nagłej śmierci... To ciekawe, że hurie – tak bardzo stroniące od wszelkiego rodzaju hodowli zwierząt – robią wyjątek dla koali, choć nie jadają ich mięsa, a wyłącznie pozyskują alkohol. Nie stosują klatek – trzodę trzymają na długich, nasączanych cierpkimi jagodami smyczach przytroczonych do hodowlanego drzewa. Pożywienie wsadowe podają w specjalnych karmnikach, a wynikowy mocz, pozyskiwany z indywidualnie odławianych osobników, zbierają do drewnianych mis i piją czasem nawet jeszcze ciepły. Słaba moc trunków wynika z braku rafinacji – zarówno zamierzone odwadnianie, jak i pojenie koali ich własnym moczem uznają za zbyteczne. – przyp. tłum. było w Młynie trudno. Dozorcy niechętnie godzili się na lichwęLichwa(więz.) wymiana, handel. przypis  Lichwą nazywaliśmy przemyt towarów i przedmiotów do Młyna lub na powierzchnię. O tyle było to trudne, że hurie w celach niewiele mogły zaoferować strażnikom na wymianę..

Dozorca. No właśnie. Złapał mnie wtedy tą żelazną rękawicą niczym obcęgami i, prawie łamiąc mi kości, wywlekł przestraszonego z celi. Na nic zdał się opór. Zresztą nie miał przecież sensu. Z drugiej strony nieczęsto nadarzała mi się okazja, by wyjść choćby na chwilę z celi. Tkwiłem w niej przecież 20 godzin na dobę, 10 dni w tygodniu i 8 miesięcy tak pierwszego, jak i wtórego roku każdego cyklu. Ledwo kilka razy w ciągu całego życia udało mi się wydostać za firankiFiranki(więz.) kraty.. Rozejrzałem się. Gęsta chmura pyłu rozlała się aż do rewiru Radży, a z drugiej strony leniwie kłębiła się nawet za rozwidleniem. Nie było widać, ale może nawet doszła do trzeciej i czwartej celi! Najlepsza pyłowa bestia z mojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.! Druga po raisieRais(hur.) wódz.! Byłem z tego taki dumny... I właśnie wtedy mój oprawca, żywo mną gestykulując, zakrzyknął do Turama, zapewne badającego w celi moje wykopy:

- Wrzucę to do karceru!

To był szok. Aż mi dech odjęło. W najczarniejszych myślach nie zakładałem takiej możliwości. Słowo „karcer” zadziałało jak jakiś tajemny klucz. Klucz do samych piekieł... Wypuściło mi wprost do głowy hordy najpoczwarniejszych demonów i bestii. Opowieści o kabarynachKabaryna(więz.) karcer., o mękach, narzędziach tortur, nocne krzyki zza ścian, okaleczone i nieprzytomne hurie, poturbowane, skatowane, nie pamiętające własnych imion, nie poznające własnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.... Wszystko to w jednej chwili zlało mi się w jeden przeraźliwy koszmar, który właśnie się spełniał.

Dozorca zamknął mnie w jednym z tych małych i zupełnie ciemnych pomieszczeń zaraz za główną kratą, z łoskotem zatrzaskując za sobą ciężkie, dębowe drzwi. Na górze, wysoko nad głową miały okratowany, niewielki lufcik o prętach tak ciasnych, że ledwo przełożyłbym rękę, gdybym mógł tam w ogóle sięgnąć. Drewno zdradzało stare ślady pazurów; czuć w nim też było zakrzepłą huryjską krew. Aż mnie odepchnęło. Po omacku natknąłem się na wielki stół z litego kamienia, co stał na środku karceru. Wystarczyło przybliżyć nos do blatu, aby usłyszeć, jak odrażająco tragiczne opowiada historie – gdzie pasami ofiarę ściągają, gdzie jej krew spływa, gdzie robi pod siebie. Po chwili już zewsząd dobiegały do mnie podobne lamenty. Stół, posadzka, ściany, drzwi – wszystko atakowało mnie zapachami cierpiących na wiele sposobów hurii! Wśród dominującego, świeżego śladu Arii krzyczały mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. innych, które były tu przed nim. Sharia! Nawet on... Myśli plątały mi się od natłoku tych przerażonych zapachów. Gdzie bym nie spoczął, tam atakował mnie swąd palonej sierści, oderwanych fragmentów mięsa albo wszechobecnej farbyFarba(więz.) krew.. Traciłem rozum. Chyba zacząłem wydzierać się z przerażenia. A może to tylko echo wrzasków hurii, obdzieranych tam ze skóry?

Wtem drzwi otwierają się z hukiem. Wpada do środka któryś z bukatówBukat(więz.) strażnik.. W mgnieniu oka umykam w kąt za futryną. Strażnik rozgląda się pośpiesznie, z trudem łapie powietrze. To chyba Ordin – bratanek samego MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik.. Podparty o kamienny stół na środku karceru przeklina wszelkie hurie Młyna i wysyła je do wszystkich diabłów. Płaszcz w strzępach. Kolczuga porozrywana. Na stalowych płytach zbroi ślady pazurów. Wszędzie świeża farbaFarba(więz.) krew.. Huryjska farbaFarba(więz.) krew..

- No powyrzynam te futrzaste bydlaki – odgraża się przez zęby Ordin, ściskając kamienny blat – chociażby miało mi to życie całe zabrać!

Nagle odwraca się w moim kierunku. Wstrzymuję oddech i szybko odwracam wzrok, by nie wypatrzył mnie w ciemności. Kątem oka widzę, że zwrócony jest jednak na otwarte drzwi. Zresztą to stamtąd dochodzi ten hałas. Kroki ze stali – ale nierówne. Sześciu, może nawet siedmiu zbrojnych. Sapią i jęczą ze zmęczenia. Dzwonią rozbiegane łańcuchy. Z czymś się tam zmagają... Niosą tu któregoś z naszych! Gdy papugiPapuga(więz.) strażnik, konwojent. docierają wreszcie pod drzwi, uderza mnie ten zapach. Doskonale go przecież znam... Jakim cudem?! Dlaczego właśnie on?!

- Rzucić go tutaj – nakazuje Ordin, wskazując pozostałym kamienny stół.

Ciasny tabun zasapanych bukatówBukat(więz.) strażnik. wkracza do lochu, z trudem wlekąc po ziemi potężne ciało nieprzytomnego hurii. Niechże to nie będzie on! Panicznie wyszukuje w ruchliwym gąszczu nóg tej jego wspaniałej grzywy, ale w zamian trafiam na... cętki. To nie Sharia! To Aria! Co on tu znowu robi? Dwójka ciurmakówCiurmak(więz.) strażnik., która wniosła go do karceru, nonszalancko wrzuca pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). na stół i przytwierdza skórzanymi pasami do blatu. Solidnie rozcięte ramię – cały kawał futra zafarbowany. Któryś ze zbrojnych bierze wiadro pełne wody i jednym chlustem wyrywa huraHur(hur.) młodociany huria. ze snu. Ten podrywa się gwałtownie i próbuje ujść strażnikom, ale grube rzemienie okazują się być silniejsze.

- Ja ci dam, bydlaku, rewolty wzbudzać! – warczy groźnie Ordin, targając pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). za mokre futro. – Popamiętasz sobie tę zbrodnię do końca twych zapchlonych dni! Obiecuje ci to sam Ordin A’Martern!

- Zabieraj łapy, śliski kundlu! – odgraża się Aria, plując strażnikowi w twarz.

Jednym gwałtownym ruchem Ordin, w ramach odpowiedzi, roztrzaskuje drewnianą pałę strażniczą na głowie huraHur(hur.) młodociany huria.. Ta bezwładnie odskakuje z hukiem aż się kafleKafle(więz.) zęby. z krwią kruszą. Pazury same się wyciągają, gdy to widzę. Oddech w krtyceKrtyka(więz.) gardło. staje. Ordin odsuwa się od kamiennego blatu, sapie ze złości jak rozwścieczony byk.

- Zająć mi się tym ścierwem! – rozkazuje pozostałym.

Gdy bukaciBukat(więz.) strażnik., niczym sfora wściekłych zwierząt, z zapalczywością okładają Arię kijami i żelaznymi prętami, Ordin, przypatrując się temu z boku, ściąga z głowy hełm. Gdy wyciera go ze śliny pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., dostrzega nagle moje wielkie, świecące w błękicie pochodni oczy, skryte wraz z resztą mego ciała w kącie za drzwiami. Rozsierdzona bestia rusza w moją stronę, paraliżując mnie doszczętnie wąskimi, rozognionymi ślepiami. Dopada w swe szpony i potrząsa, sycząc przez zęby:

- Mam cię, mały! Twoje oczy poniżę! Twoje oczy poniżę!

Gdy otrzeźwiałem wreszcie i uzmysłowiłem sobie, że wcale nie mówił „twoje oczy poniżę”, ale „to ja, oprzytomnijże”, oraz że potrząsa mną wcale nie Ordin, ale Turam, rzuciłem mu się na szyję. Jeszcze przez dłuższą chwilę zjeżony drżałem ze strachu, choć oprawca dawno już się przeistoczył w obrońcę przed ciemnością, jakby to powiedziała Vijani. Z pewnością się nie spodziewał, że mu nagle przylgnę do kirysu. Właściwie to wtedy po raz pierwszy czułem tak blisko bicie jego serca – pomimo stalowego pancerza, którego ściskałem ze wszystkich sił. Byłem bezpieczny.

Turam może chciał powiedzieć co innego, ale wyszeptał tylko:

- Wyciągnę cię stąd. No, nie bój się już.

Po dłuższej chwili dodał:

- Nie ma w tym twojej winy. Te spróchniałe mury ledwo się trzymają ze starości... A oni nic nie wiedzą o tunelu. – Aż zamarłem wtedy. – I nie muszą wiedzieć... – dodał z lekkim uśmiechem, akcentując to wyciągniętą zza pasa, nadjedzoną, metalową łyżką. Zgadza się, ujrzałem w niej mój własny kilof...

Wiedział zatem. Pewnie od dawna. Choć nigdy mi nie wyjawił, która z moich pyłowych bestii podstępnie mnie zdradziła.

rozdział

Sam MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik. zainteresował się moim dziełem... Jeszcze tego samego dnia zszedł na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. w asyście trzech bukatówBukat(więz.) strażnik. i klucznika. Wciśnięty w ciasny kąt za drzwiami karceru słyszałem każdy, nawet najdrobniejszy ich ruch. Jęknął mechanizm zamka, zakwiliły zniechęcone twyrasyTwyrasy(więz.) kraty., grupa zbrojnych wtargnęła nieproszona na jakże niewielki rewir Sharii. Słuchałem, jak rozgarniają leżący na posadzce gruz; słyszałem nawet, jak Turam wydziera ze ściany kolejną cegłę. Zwrócił się wtedy bodaj do MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik.:

- Nadzorca raczy spojrzeć, te mury sypią się ze starości! Nie tylko przecież w tej celi zaprawę czas wyjadł; trzymać to się czego nie ma. Jakby te cegły wielkie wojny pamiętały jeszcze!

- A juści, Tuflu! – odszczeknął klucznikowi jakiś zwapniały bukatBukat(więz.) strażnik.. – Nie taka stara w końcu ta buda, by się sypać miała. A ruszeńRuszenie(więz.) bitwa. toż nijak pamiętać nie może, wszak już po bojach żeśmy ją lepili przypis  Ruszeniami zwali bukaci swe zbrojne wyprawy, jakie prowadzili z Chaosem podczas trwania Wielkiej Wojny.!

- Aż by to! – rzucił znów kto inny. – Wszędzie pełno tych kłaków!

- A ta woda? – spróbował ponownie Turam. – Cała ściana wilgocią naszła. Czuć w górze jakąś wyrwę w kanałach, powodującą przeciek.

- Czuć to ja czuje co innego – rzucił ten poprzedni – i szczerze się dziwie, jak te szczotkiSzczotka(więz.) huria. wytrzymują w takim smrodzie całe noce!

- To wy nie wiecie, młody? – odpowiedziało wapno. – Toż to ich perfuma! Tak znaczą swe królestwo! Szczają po wszystkim, co za swoje uznają. Taka natura, więc lepiej się z tym obądź. I zabieraj dupę z tej pryczy, bo przesiąkniesz!

Nieco zaniepokojony próbowałem wtedy wywąchać, co bukatomBukat(więz.) strażnik. tak śmierdziało w naszej celi, ale spod drzwi karceru nie wyczułem niczego nadzwyczajnego. Nie miałem pojęcia, kim są te bezczelne istoty, co przychodzą i obsikują nam kojeKoja(więz.) prycza.. No i dlaczego nigdy ich jeszcze nie widziałem? Dopiero po jakimś czasie Turam uświadomił mi, na kogo strażnicy mówią „szczotkiSzczotka(więz.) huria.”, no i czym jest ta „perfuma”, która tak strasznie im śmierdzi w naszych celach. Jakoś dotąd nie skojarzyłem, że gdy bukaciBukat(więz.) strażnik. podchodzili pod celę, narzekając, że coś im strasznie wonia, to mówili o nas, a nie o sobie. Zadziwiające jak odmiennie postrzega się świat, gdy się nie ma futra, sterówStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. i ogona... Uzmysłowienie sobie tego przypomina zderzenie w pełnym sprincie ze ścianą, którą przez całe życie uznawało się za podłogę przypis  Gruczoły zapachowe, zlokalizowane mniej więcej pod ogonami, wbrew temu, co mogłoby się zdawać, nie służą huriom jedynie do znaczenia terenu. Ślady zapachowe, zwane przez nich nukami bądź nukiami, pozostawiane na kamieniach bądź konarach drzew, mogą informować o niebezpieczeństwie, pożywieniu, nastroju, mogą zapraszać na wspólne łowy, wyzywać do walki, zachęcać do spółkowania lub przekazywać bardziej złożone treści. Stanowią też osobiste podpisy każdego członka stada. Prócz indywidualnego, osobistego zapachu istotne jest również rozmieszczenie śladu, jego kształt, otoczenie, wyżłobienia w korze, a także inne składniki nadające dodatkowych znaczeń – zazwyczaj jest to miąższ leśnych jagód i owoców lub roztarte wnętrzności upolowanych zwierząt. Bywa, że hurie wyruszają na odległe poszukiwania rzadkich gatunków, gdy pragną zakomunikować coś szczególnego, a i tak trwałość takiego przekazu jest bardzo ograniczona – szczególnie w porze deszczowej. Dla ludzkiego nosa ślady te w zasadniczej większości są zbyt subtelne i złożone, by można było je odróżnić i zrozumieć – przyp. tłum..

WachaWacha(więz.) woda. czy nie wachaWacha(więz.) woda. – podjęło znów temat wapno przypis  Wacha to była... No a zresztą, czy ja wam za każdym razem muszę wszystko tłumaczyć? Miałem was za bystre chekechee. Zróbcie doświadczenie i odczytujcie znaczenie słów z tego tam... kontekstu. – coś musiało cegły spłoszyć, że tak wszystko rypło.

- A ta kolumna? – zgadywał Turam. – Może osiada nierównomiernie i...

- E, Tufel, gdzieżby tam? Na szpagataSzpagat(więz.) strażnik od rachunków. toście się nie nadają. O co innego mi jeszcze knajaKnajać(więz.) iść. – rozprawiało wapno, chodząc po naszej celi. – Toż to jedyny harem, w którym cegłami sypło. A przeć całymi dniami dyma tu ten mały kociak. Nie mylę się? Gdzież w ogóle jest ten karypel?

- Melduję kapralu, że wrzuciłem to do karceru – tak powiedział dokładnie ten, co przytargał mnie jak kawał surowego mięsa do tej kabarynyKabaryna(więz.) karcer.. Aż mi się kark sierścią zjeżył.

- Sugerujecie kapralu, że to on mógłby za tym stać? – bronił mnie Turam. – Toż to przecież dzieciak! Nie skułby pazurami ot tak z dnia na dzień takiego płatu ściany!

A wapno na to:

- Widać, żeście są tu nowi, Tufel. Te szczotkiSzczotka(więz.) huria. są bardziej cwane niż się wam zdaje... Nie było was tu do hakowaniaHakować(więz.) ciężko pracować., gdy te poprzeczniaki zmajstrowały podkop za kajzremKajzer(więz.) toaleta.. A do takiego juchtu im karypel mikrzejszy, tym bardziej się nada...

- Dajcie już pokój! – odezwał się nagle milczący dotąd MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik.. – Mały w tym łap nie maczał. Ani tu śladu po pazurach przecież. – Odetchnąłem. – Ale wyrwę trzeba załatać. Zorganizujcie z góry czego tam trzeba, a jutro weźcie stąd ze dwóch, aby to zamurowali. Szczęście, że mury grube, to tylko wierzchnie cegły odpadły. Jak już skończą, to sprowadzicie ich do reszty na szóstce. A tego małego zostawicie tam, gdzie jest. Przynajmniej do obiadu. Jeszcze się pyłu nawdycha i kolejny nam padnie... Imponujące skrzydła swoją drogą... Może warto by je zachować?

Siedząc wtedy w kabarynieKabaryna(więz.) karcer., nie miałem bladego pojęcia, o cóż też może MłynarzowiMłynarz(więz.) naczelnik. chodzić. A rzeczywiście były imponujące. Imponujące choćby względem tego, co dotychczas wyobrażałem sobie pod pojęciem skrzydeł. Bo przecież, będąc cały czas pod ziemią, nigdy w życiu nie widziałem żadnych na oczy. Znałem je jedynie z tych cudownych opowieści Haramishy o ptakach, które to w jakiś znany tylko sobie sposób unoszą się w powietrzu za pomocą dwóch szmat, trzymanych w rozpostartych szeroko ramionach. Tak przynajmniej sprawę skrzydeł przedstawiała swego czasu Vijani, a nikt z burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. nie protestował, więc uznałem to za prawdę. Oczywiście wielokrotnie próbowałem za dnia wzlecieć w powietrze za pomocą znalezionych w celi łachman, derek czy czegokolwiek, co tylko wpadło mi w ręce. Za każdym razem okazywało się jednak, że palce ciągle pozostawały na posadzce, podczas gdy wyobraźnia dawno już skrobała o wilgotny sufit. Doszedłem w końcu do wniosku, że szmaty, które były w celi, zupełnie nie nadawały się do latania – wszak dawno same by już odfrunęły, gdyby tylko potrafiły.

Sam już nie wiem, jak długą wieczność przesiedziałem w tej kabarynieKabaryna(więz.) karcer.. W końcu jednak hałasy naszych z dołu, prześlizgujące się pod tymi ciężkimi, dębowymi drzwiami karceru, zdradziły niechybnie, że zbliżała się pora obiadu. A ja, nie zważając na słowa Turama, coraz bardziej lękałem się tego, jak burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. zareaguje na fakt, że doszczętnie zagruzowałem celę nieudanym – i co gorsza: nieuzgodnionym – podkopem. Sharia. Oczyma wyobraźni chwytałem, jak to monstrum burzowe, to stworzenie piekielne skrzydlate, jak ten smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. ognia pełen błyskawicami spojrzeń sypie i grzmi głęboko, i szpony ciemnemi porywa jak wicher, i iskrami kłów błyska, i drewna miski o kraty werbel ze złością trzaska, ale piorunem we mnie samego uderzyć się boi, choć raisemRais(hur.) wódz. mym się zowie. Lęku pełen, w sierść Matki między trzecią a czwartą ziwęZiwy(hur.) gruczoły mlekowe. przypis  Ziwy – mesejski odpowiednik oznaczający gruczoły mlekowe – przyp. GE. wtulony, myślę, żem smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający. jest potomkiem... nieskrzydlatym...

Masywne wrota karceru ze zgrzytem rozwarły się nagle wprost na mnie – jakbym spadł na nie spod sufitu. Skulony przytuliłem się do ściany w samym kącie za ościeżnicą. Do środka wpadł niczym taran ten sam zwyrodniały bukatBukat(więz.) strażnik., który mnie tam przytargał. Spostrzegłszy mnie zaraz w świetle pochodni, schwycił w żelaznym imadle rękawicy i zmiażdżył pod pachą, bym nawet nie pomyślał o ucieczce. Zły byłem wtedy na Turama, że nie reagował, jak mi żebra łamią i oddech kruszą, choć stał obok i widział to wszystko.

Tak wróciłem do celi. Wbity w matczyne futro – pozlepiane paskudnie i do cna umorusane pyłem i gruzem codziennej pracy – drżąc wciąż na całym ciele, unikałem jak ognia wzroku pozostałych. Pyłowa bestia opuściła już pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. – wszystko było już widać, toteż targany ciekawością ukradkiem obserwowałem swe dzieło – ogromny płat obnażonej z cegieł ściany i tą niesamowitą kolumnę. Aria mówił przecież, że kolumny są nawet na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel., tylko zasłonięte ścianami, jakie nasi budowali wiele lat przed moim narodzeniem. Oto jedna z takich kolumn odsłoniła przede mną swój ceglany płaszcz. Skórę miała spękaną, chropowatą, a ciało zwichrowane jakby fale wzburzone zaklęto w głaz. Tuż pod samym sufitem, z jej poszarpanej głowicy, wyrastały dwie kamienne sylwetki skrzydlatych stworzeń, złączonych ze sobą w uścisku śmiertelnej walki – w chaotycznym splocie pazurów i paszcz. Choć w skałę zaklęte, zdawały się bez ustanku zmagać ze sobą, gwałtownie targając na boki to łuski, to pióra. Aż krzyk skrzeczący i żar oddechu płomiennego na myśl się ciśnie. Aż niemal podrywa się jeden w ferworze, skrzydła prostuje ogromne, w przestworzach pod sufitem piór swych wolnych broni. W lot za nim bestia ognista, na oślep, kły szczerząc drapieżnie i chciwie... Jak zaczarowany chłonąłem wówczas łapczywie ten niesamowity spektakl. SmokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. usiłujący pożreć orła – tak owe istoty nazwała Dhahiri z naszej celi. Reszta z zaciekawieniem przyglądała się nowemu zjawisku, acz dużo bardziej zafascynowani byli możliwością rozorania ściany do końca – niejeden mówił w celi:

- Taki lotLot(więz.) okazja. przypis  Okazja. się przecież nie powtórzy, choćbyśmy tu sczeźli!

- Głupiś jak piesPies(więz.) strażnik.! – odburknął Haramisha. – Za młodyś, by pamiętać, jakie te ściany grube stawialiśmy! Z dziesięć razy takie co najmniej! Nocy i sił braknie, a psyPies(więz.) strażnik. i tak zwęszą z góry szufirSzufir(więz.) hałas. przypis  Czyli inaczej hałas..

HadhiHadhi(hur.) stary huria., cóż nam za fumyFumy(więz.) bzdury. klektacieKlektać(więz.) opowiadać. przypis  Fumy – ot, bzdury i wymysły, czyli to wszystko, z czego Haramisha najbardziej był znany.? Jakież tam one grube? – pytali. – Zresztą nawet jeśli, to i tak się sypią ze starości! O, proszę!

- Prawda to – dorzucił ktoś jeszcze. – Od jakiegoś już czasu mi tu w chlewieChlew(więz.) cela. skruszałą zaprawą zalatuje przypis  Tak nasi określali czasem celę – szczególnie, gdy taki w niej był bałagan jak wtedy..

- I pyłu jakby ostatnio więcej na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. – podchwycił kto inny.

Teges szagesTeges szages(więz.) naprawdę. przypis  No... Tak się mówiło.! – mruknął z aprobatą któryś z młodszych hurówHur(hur.) młodociany huria.. – Choć dziś to aż pasztetPasztet(więz.) piach. się po kaflachKafle(więz.) zęby. ryje przypis  Czyli piach między zęby wchodzi..

- Od dawna wszak powtarzam – wtrącił zirytowany hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha – że wachaWacha(więz.) woda. zaprawę futrujeFutrować(więz.) jeść. przypis  Wacha to inaczej woda, ale nieraz mówiło się tak na wyjątkowo rzadką zupę.. Zaś cegły luzem się bujają jak bezpańskie psy! – dorzucił, moszcząc się na koi. – Popamiętacie! Nie minie tydzień, a całe to skruszałe nieboNiebo(więz.) sufit. nam prosto na głowy rypnie przypis  Niebo to rzecz jasna sufit – strop celi lub poziomu.!

Ktoś tylko odburknął pod nosem:

- Za tydzień to dawno już dęba za Młynem stawiaćDęba stawiać(więz.) uciec. będziemy!

Czego należało się spodziewać, strop mimo wszystko nigdy nie zdecydował się spaść, a już od dawna nawet ja nie myślałem, by na poważnie przejmować się takimi uwagami Haramishy. Jego posępne obietnice rzadko się sprawdzały. Z drugiej strony obietnice ucieczki z Młyna jak dotąd nie sprawdzały się w ogóle.

Gdy jedli, rozmyślałem o tych wszystkich zaklętych w cegły i kamienie istotach, które miast spozierać z wysoka leżały porozrywane na posadzce. Przyszło mi wtedy do głowy, że zamiast nich na ścianie mogły przecież odsłonić się inne plamy, pęknięcia i skazy, których nigdy dotąd nie widziałem. Tak było w istocie. Rozejrzałem się, by na nie zapolować. Tam kościsty demon, co z ciemności się wyłania, gdzie indziej znów rogi jelenia lub kręte ogony jaszczurówJaszczur(przyr.) niegdyś gad strażniczy, obecnie dziki drapieżnik z grobowców i ruin. krzepną w nikłym blasku odległej pochodni. Wpatrzony w te chimeryczne żywotwory, dostrzegłem kątem oka, że sam Sharia przygląda mi się zaintrygowany, na wpół o firankiFiranki(więz.) kraty. oparty. Zaledwie przez moment wzrok skrzyżowaliśmy, a tak się przeląkłem, że pazurami w sierść Matki się wbiłem, aż z bólu syknęła. Po kilku chwilach przestraszony zerknąłem znów w jego stronę, ale gdy zobaczyłem wyraz jego twarzy, byłem już pewien, że wszystkiego się domyślał. Z dziwnym uśmiechem odwrócił głowę i przedarł się do swojej koi. A ja – na śmierć przestraszony – obawiałem się, kiedy to wiszące w powietrzu burzowe monstrum uderzy we mnie wichrem i piorunami...

Strach jedną myśl podsuwał tylko: By zniknął! By zginął, skoro wie! Rozszarpać na strzępy!

rozdział

- A cóż wam da, hurie, że lochLoch(więz.) dziura, pomieszczenie mieszkalne strażników. wywalimy na główny korytarz? – ni stąd, ni zowąd warknął ostro Haramisha przypis  Tu akurat chodziło Haramishy o zwykłą dziurę, choć lochami bądź jamami nazywaliśmy zwykle pomieszczenia mieszkalne bukatów na wyższych poziomach. Nieraz opowiadaliśmy o nich mniej lub bardziej pochlebne historie, choć, co jasne, nikt z naszych nie widział wówczas tych lochów na własne oczy.. – Psi urok! Cóż dalej, skoro twyrasówTwyrasy(więz.) kraty. ani górnych, ani dolnych sami nie skluczycieSkluczyć(więz.) otworzyć.. Chcecie firankiFiranki(więz.) kraty. wygiąć? To wpierw kobznijcieKobzać(więz.) rzucać. się na te tutaj w celi, jeśli łaska przypis  Niejeden już próbował, możecie wierzyć.!

W odpowiedzi na to, acz zupełnie nie zważając na ton prognoz hadhaHadhi(hur.) stary huria. Haramishy, wtrąciła się Ugaidi, do cna ssąc wyrwaną z obiadowego fasunku łopatkę iakka i wpatrując się w rozkruszoną ścianę celi:

- Starczy zadekowaćDekować(więz.) ukrywać. się burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. w głównym korytarzu na ranną zmianę ciurmakówCiurmak(więz.) strażnik. przypis  Zadekować się to solidnie się ukryć, choć na pokładzie nie bardzo było gdzie.. Jak tylko twyrasyTwyrasy(więz.) kraty. rozklucząRozkluczyć(więz.) otworzyć, zrozumieć. – ciągnęła onkiankaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych). – skoczymy zza winkla, przydusimy pokutnikaPokutnik(więz.) dozorca. przypis  Czyli dosłownie: napadniemy dozorcę., rozbroimy kluczmajstraKluczmajster(więz.) klucznik. i nim się góra zorientuje, wszystkie cele wypuścimy na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel.! LotLot(więz.) okazja. jak marzenie!

- A czym ty, hidayoHidaya(hur.) dorosła hurianka., cegły skruszysz? Własnych kafliKafle(więz.) zęby. ci nie szkoda?

A Ugaidi tylko odburknęła przez zęby:

- Zawsze się znajdzie jakiś ogórOgór(więz.) stary więzień., co we wszystko steryStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. wetknie, a palcem nie kiwnie, czekając na gotowe!

- Do dwudziestu jeden psówPies(więz.) strażnik. chędożonych! Już ja ci dam drwić sobie ze mnie! – Haramisha aż zerwał się podjudzony z koi i byłby może rzucił się na onkiankęOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., gdyby nie Janga, ten cichy i podstępny pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). o ciemnej sierści, który doskoczył go, złapał i rzucił prosto w uszy:

- Ciii, francieFrant(więz.) głupiec. jeden! Chcesz nam pastuchówPastuch(więz.) strażnik. na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. zwabić?

- A niechże by przyszli! – odgrażał się wciąż Haramisha. – Ja się psówPies(więz.) strażnik. bać nie będę! Nie jednegom już między pniakamiPniaki(więz.) kły. obracał!

Cela, przewróciwszy oczami, aż westchnęła, doskonale wiedząc, że Haramisha wpadł właśnie w trans plecenia swych niestworzonych farmazonów. I właśnie wtedy, gdy już ku temu otwierał usta, usłyszeliśmy:

StempStemp(więz.) uwaga!, psia sitwo przypis  Albo „zeks” – uwaga!! – Był to niski, tigriański pomruk dochodzący zza ściany, a należący do samego Radży, to jest raisaRais(hur.) wódz. celi obok. – Uciszta to trefneTrefne(więz.) oszukane. próchno i póki tronęTrona(więz.) noc. nosi, bierzta się do tyrkiTyrka(więz.) praca. przypis  Trona to ciemna noc. Innych w Młynie nie było.! Weźcie! – rzekł. – Ledwośmy kilka dni temu przytargali spod pokładuPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. ten kopsunekKopsunek(więz.) nielegalny towar. przypis  Czyli coś nielegalnego, za posiadanie czego można było zwiedzić kabarynę, jeśli nie było się dość ostrożnym przy strażnikach.. – A mówiąc to, stuknął Radża o posadzkę jakąś metalową rurą w drewno obitą, którą podawał nam przez firankiFiranki(więz.) kraty.. Ściana dzieląca nasze dwie cele miała ledwo ponad łokieć grubości, toteż obrót fantówFant(więz.) przedmiot. przypis  Oj tam, rzeczy przecież; przedmiotów. był na porządku dziennym. Chociaż akurat podarunki, czy w ogóle przejawy chęci do współpracy, należały raczej do rzadkości.

Gdy odebraliśmy ten niespodziewany dar od burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. zza ściany, wszyscy ścisnęli się ciasno wokół Sharii i Ugaidi, badających przydatność tej metalowej rury do drążenia otworów. Skwitowała fachowym okiem:

- Całkiem łowkiŁowki(więz.) zręczny. jak na melMel(więz.) łom. przypis  No, czyli zgrabny; albo zręczny, jeśliby mówić o kimś... A mel to inaczej łom albo w zasadzie cokolwiek metalowego na kształt łomu, co akurat wpadło w ręce, a co wykorzystywali nasi do podważania skał, gdy akurat brakło na poziomie bardziej cywilizowanych narzędzi.. Za mikry hakHak(więz.) kara śmierci. do podpulaniaPodpulać(więz.) podważać. – dodała – no ale za to udobnyUdobny(więz.) wygodny., drewniany przybitPrzybit(więz.) uchwyt. przypis  Takie to było – ze dwa, trzy łokcie długie. Tu ten hak do podważania, a z drugiej strony podłużny, wygodny uchwyt – cały ze zgrabnie polerowanego drewna. To zadziwiające, co czasem dało się znaleźć pod gruzem na poziomie..

Ostatnie słowo należało jednak do Sharii – myślał, badał metal, coś liczył w pamięci; spoglądał to na ścianę celi, to na własną burtęBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. aż w końcu mruknął:

- Szaleńczy to plan, Ugaidi. O ile w ogóle uda się wydrzeć z tego muru wystarczającą wyrwę, musimy działać tak dyskretnie, jak to tylko możliwe. Nie później jak jutro każą nam zamurować tę ścianę. Mamy zatem w najlepszym razie zaledwie jedną noc. I to niecałą. To mało. Będzie potem trzeba zostawić w celi kilku z nas przy kracie, by nie wzbudzać podejrzeń. Wszak mogliby stamtąd dostrzec tu pustkę, a i tak będziemy mieć szczęście, jeśli nas nie wywąchają... Bierzmy się do roboty! Czeka na nas poranna kąpiel w złotych promieniach słońca, dzika krew wśród drzew i miękki sen w ich koronach! – To ostatnie powiedział Sharia już z werwą, do wszystkich, acz na próżno próbowałem odnaleźć w jego oczach choćby cień tych iskier, jakie miewała Vijani, gdy to ona mówiła o wolności.

Burcie to wystarczyło, by gdzieś tam, głęboko w nich po raz kolejny nieśmiało zatliła się nadzieja. By gdzieś tam, na horyzoncie wyobraźni zamajaczyły bujne lasy i bezkresne stepy rodzinnego terytorium. By raz jeszcze bezczelnie zignorować zdrowy rozsądek i znów naiwnie uwierzyć, że ucieczka z Młyna jest możliwa. Podsyceni rozbudzonymi wspomnieniami rzucili się do napoczętej przeze mnie ściany – tylko przecież czekając na przyzwolenie swego raisaRais(hur.) wódz..

Tak rozpoczęła się jedna z najbardziej niesamowitych nocy, jakich dostarczyła mi cela. Pierw zdało mi się, że znowu śnię, ale w końcu doszło do mnie, że tym razem to rzeczywistość wzięła przykład z wyobraźni. Wszystko było tak niezwykle prawdziwe... Aż sam rzuciłem się na ścianę, by pazurami zaprawę jak mięso szarpać i kościste cegły kruszyć. Niedługo trwało nim odepchnęli mnie od tej tyrkiTyrka(więz.) praca., ale to nic. Stałem się częścią niezmordowanej orkiestry dziewiętnastu hurii, drążących najprawdziwszy tunel ku wolności! Choć niema była to orkiestra. Wśród szmerów starannie wysuwanych cegieł i kamieni, wśród tłumionych szeptów i pomruków strzelały iskry, pryskały odłamki, co rusz sypał się piach. Wyśniony niegdyś spektakl właśnie ziszczał się na moich oczach... Nasi, niczym w transie pogrążeni, niestrudzenie parli do przodu. Zaś nowy melMel(więz.) łom. w rękach Ugaidi bez większego oporu gryzł zaprawę strawioną już mocno przez czas. Kolejne pokolenia gorzko-kwaśnych pyłowych bestii. To rodzą się nagle, to, wirując, padają ze zmęczenia na posadzkę. A my – cegła za cegłą i kamień za kamieniem – zdobywamy kolejne poziomy, skradamy się pod osłoną nocy od jednych schodów do następnych – wciąż dalej i dalej. Smyki pną w górę, wspinają się, nabierają tempa – jakby po stopniach szły coraz szybciej, z pasją, zapałem, rytmicznie. Głowy dźwigamy ku wolności: wśród kolumn bujnego lasu blask słońca, bezmiar przestrzeni i chmur po horyzont...

Jedno, tylko jedno poszło nie tak...

Spod nowego melaMel(więz.) łom. coś nagle błysnęło jaskrawo i zaraz huknęło z tak wielką siłą, że aż nami poderwało, rapcieRapcie(więz.) uszy. z bólu rwały, głazyGłazy(więz.) oczy. w torfTorf(więz.) czerń. przypis  Ciii..., dech odjęło, a serce stanęło jak wryte. Strzeliło cegłami, pyłem, gruzem; wszędzie dym i swąd siarki. Wszyscyśmy z przerażenia zamarli w bezruchu – tak my, jak i inne burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. – a tępe, dudniące echo długo błądziło jeszcze po korytarzach. Przez dobrą chwilę nie widziałem zupełnie nic, a huk tak szumiał w uszach, że ledwo słyszałem, jak Ugaidi z upiorną fascynacją zaklęła pod nosem:

- Niech to psia zeszlojona ćmaĆma(więz.) prostytutka. drewniana przypis  Zaklęła Ugaidi niemalże po albińsku... Naigrywaliśmy się tak czasem z niektórych strażników, którzy ćmą lub larwą zastępowali co drugie słowo, by zwrócić na siebie uwagę. W zwykłych okolicznościach bukaci pogardliwie nazywali tak ludzkie prostytutki. O ile dobrze zrozumiałem Turama, to taki osobliwy ludzki zawód, polegający na zezwalaniu innym na akt jamii, w zamian za podarki czy przysługi. W gruncie rzeczy nie odbiega to przecież od zachowań większości hurii i hurianek, za wyjątkiem tego, że ludzkie prostytutki nie stronią od ludzi spoza swojej mbarii. W zasadzie trudno zgadnąć, dlaczego ludzie patrzą na takie praktyki krzywym okiem...! Toż to najprawdziwszy zajglerZajgler(więz.) mechanizm. do dmuchania piorunami! – krzyczała onkiankaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych). przypis  A „zajgler” mówiliśmy na wszystko co mechaniczne, skomplikowane czy powiedzmy... trudne do objęcia jakąś zgrabną myślą.. – Nie minie godzina a zburzymy tę wupęWupa(więz.) więzienie. przypis  Tak, to o Młynie.. Starczy tylko rozkluczyćRozkluczyć(więz.) otworzyć, zrozumieć., jak to trybiTrybić(więz.) działać.!

- Zejdźże na ziemię, Ugaidi! – warknął Sharia przez zęby, otrzepując futro z gruzu. – Zaraz będziemy mieć tu górę. Myślisz, że puszczą płazem taki huk? Zostawże ten przeklęty łom! Próba skończona!

- Nie frantujFrant(więz.) głupiec., Sharia! Gdzieś tu musi być jakiś knopałKnopał(więz.) guzik. przypis  Oj, guzik jakiś; przycisk....

- Nie czas na wygłupy, onkiankoOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych).! Weźże i gdzieś schowaj to żelastwo!

Brak reakcji. Nic dziwnego, że po chwili rzucił się na nią z rykiem, powalił na ziemię i siłą wyszarpał ten przedziwny przedmiot z rąk Ugaidi. A w nią wtedy jakby zły demon wstąpił – z kłami skoczyła Sharii do krtykiKrtyka(więz.) gardło., mimo braku pazurów w sierść się wbiła, grzywę targa i za melMel(więz.) łom. jak za mięso ostatnie ze wszystek sił ciągnie. ArufianArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii., zupełnie tym zaskoczony, padł na plecy wśród tłoku swej burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., powalony przez jakże drobniejszą od niego, acz do cna rozwścieczoną onkiankęOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych).. W ferworze zdzieliła go pięścią i ze dwa czy trzy razy ciachnęła na powrót odebranym melemMel(więz.) łom. nim się Sharia opamiętał. Lewą ręką zablokował jej kolejny zamach, całym ciałem obrócił się wraz z nią, przypierając ją do ramy koi aż drewno stęknęło. Przygnieciona przez grzywiastą bestię i przyduszona jej muskularnym ramieniem Ugaidi nie dawała jednak za wygraną. Garścią pełną pyłu i żwiru z posadzki sypnęła Sharii po oczach, a trzymanym wciąż melemMel(więz.) łom. wymierzyła jeszcze jedno pchnięcie. Na chwilę zamarłem, myśląc, że ponownie przywoła jaką błyskawicę, odbierając Sharii życie. Nic jednak nie błysnęło. A raisRais(hur.) wódz. miast ginąć, wpadł w zupełną furię. Już bez opamiętania pięściami i pniakamiPniaki(więz.) kły. ciął i szarpał ciało hidayiHidaya(hur.) dorosła hurianka., wciąż kurczowo trzymającej swą zdobycz. Mimo usilnych prób burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., by oderwać go od onkiankiOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., jeszcze długą chwilę tarmosił nią o pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. niczym gazelęGazela(przyr.) gatunek małych antylop. żwawą w szpony chwyconą, futro jej strzępił ze złością, skórę pruł do żywego, a krtykęKrtyka(więz.) gardło. kaflamiKafle(więz.) zęby. kruszył aż ktoś wreszcie krzyknął:

ZeksZeks(więz.) uwaga!! CiurmakiCiurmak(więz.) strażnik. ciągną!

Zaiste słychać już było w oddali to złowieszcze metaliczne poruszenie, zwiastujące niechybną lawinę zbiegających po schodach strażników.

Sharia, przerwawszy ten szaleńczy atak, gwałtownie wyrwał melMel(więz.) łom. z rąk na wpół żywej Ugaidi i odepchnął ją w mochęMocha(więz.) grupa., tłoczącą się pod ścianą przypis  Mocha, czyli ogólnie podgrupa naszych; wydzielona część z mbarii. Szczególnie zżytą ze sobą mochę zwaliśmy w Młynie ferajną.. Nasz raisRais(hur.) wódz., nie odwracając wzroku od hidayiHidaya(hur.) dorosła hurianka., sapiąc wciąż jeszcze i brocząc na twarzy z dwóch ciętych ran po meluMel(więz.) łom., warknął donośnie do celi obok:

- Radżo!

- Czego tam gardłujeszGardłować(więz.) krzyczeć.? – odparł po chwili niski głos zza ściany przypis  Gardłować to krzyczeć między celami..

- Weźcie to przeklęte żelastwo z powrotem, póki czas jeszcze!

- A jużci! PlombaPlomba(więz.) odmowa. i tyle przypis  Tak ogólnie rzecz biorąc to odmowa współpracy.!

- Wejdą nam na celę, to z życiem nie ujdziemy!

- Twój rewir, nie moje futra, arufianieArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii.!

- A niechże twoja psia obłudna jucha!

- A fe! – szepnęła, nie pojmując chyba wagi sytuacji, do mnie bądź do samej siebie Dhahiri, ta leciwa ciotka Sharii, co nas w celi uczyła martwych huryjskich obyczajów. – To brzydkie słowo! Zapamiętaj sobie: wszystko siedzi w głowie. Lepiej powiedzieć „krew”! – I wtedy jeszcze z sobie tylko właściwą troską pociągnęła nosem i zapytała: – Czy ktoś może jest ranny?

Siedzący obok Haramisha aż prychnął rozbawiony, spoglądając z powątpiewaniem to na Dhahiri, to na Ugaidi, makabrycznie przecież potłuczoną i solidnie zalaną własną farbąFarba(więz.) krew.. Żal serca ściskał, gdyśmy widzieli wszyscy ten jej rozharatany bok, zmasakrowaną twarz i powydzierane kłaki cętkowanej, dorodnej sierści. A i tak musieli ją trzymać, by się nie wyrwała – tak okrutnie się zawzięła.

- Mówiłem, że się nie uda, że ściany grube jak piesPies(więz.) strażnik., to wierzyć nie chcieli – skwitował posępnie Haramisha, jak to miał w zwyczaju.

A Sharia? Stojąc wśród sterty cegieł i gruzu, z przeklętym melemMel(więz.) łom. w ręku, pośpiesznie zbierał myśli, gdy natrafił wzrokiem na jeszcze jeden problem ze swą burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi..

- A ciebie kto szarpał? – zapytał z wyrzutem, wpatrując się w Gwayę, najmłodszego huraHur(hur.) młodociany huria. w naszej celi. Cichego, skrytego i nieśmiałego onkianaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych). jednocześnie najbardziej wzgardzanego przez resztę. Zupełne przeciwieństwo Ugaidi, choć oboje byli przecież tej samej rasy. Więcej onkianOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych). w celi nie mieliśmy. Gwaya leżał tam wtedy oparty o kojęKoja(więz.) prycza. naprzeciw rozoranej przez nas ściany, zaciskał zęby, dygocząc z bólu i przerażenia. Z jego boku wystawał sporej wielkości odłamek cegły, a krew strugą ciekła mu po sierści. Pewnie byśmy się rzucili mu na ratunek, gdyby nie te metalowe werble strażniczych butów, co dudniły coraz bliżej; gdyby nie sięgały już prawie głównej kraty...

Wszyscy w napięciu i oczekiwaniu wpatrywaliśmy się w Sharię. A on, rzuciwszy okiem po celi, podniósł grzywę bujną, iskrą w oku błysnął, melMel(więz.) łom. ścisnął krzepko i powiedział:

- Prędko! Przenieście go pod tamtą ścianę! A wy weźcie teraz szmaty! Choćby te, spod tej pryczy. Rwijcie je w pasy! Z życiem! Lōzi, weź je i opatruj nimi Gwayę!

- Ależ są pełne pyłu! – oburzyła się Lōzi.

- Róbże, co mówię, hurianko! Niech Vijani ci w tym pomoże! I niech nas bystre demony w swej opiece mają...

Zgniły zapach śmierci zachłannie zerkał nam właśnie do celi, gdy zamek głównej bramy zgrzytnął złowieszczo i złośliwie. Na gest Sharii wszyscy prócz Gwayi i Lōzi zwlekliśmy z ziemi swe zlęknione truchła, by murem stanąć przed kratami. Na główny korytarz wtoczyła się sfora zbrojnych, a błękit pochodni roztańczył się po ścianach. Sytuacja była prawdziwie beznadziejna. I to nie tylko dla młodego onkianaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych). z cegłą w brzuchu. Dla całej naszej burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.. Doskonale wiedzieliśmy, że za próbę podkopu i ucieczki należą się zbiorowe wtłukiWtłuki(więz.) kara cielesna., kabarynyKabaryna(więz.) karcer., zaostrzony rygor, brak jedzenia, a w najlepszym razie zredukowane racje. Strażnicy skręcili jednak w lewo, w kierunku trzeciej i czwartej celi, jakby specjalnie chcąc przedłużyć naszą agonię oczekiwania. Mieliśmy zatem jeszcze jedną, krótką chwilę. Wtedy ze zgrozą Sharia uprzytomnił sobie:

- Cegły! Rozrzućcie je prędko!

Nasi stali jednak w osłupieniu, nie wiedząc już zupełnie, czego od nich chciał i do czego tak w zasadzie dążył. Widząc to, sam rzucił się na pryzmę cegieł, jaką z największą ostrożnością układaliśmy przez pół nocy. Spłoszone gruchnęły tępo i rozbiegły się po posadzce. W ostatniej chwili, nim zgraja zakutych w metal strażników wychyliła się zza winkla, Sharia zdołał przedrzeć się przez mur swych hurii pod same twyrasyTwyrasy(więz.) kraty..

rozdział

- Ten huk to u was, bydlaki chędożone!? – zawarczał rozjuszony dozorca, wymachując pochodnią przy firankachFiranki(więz.) kraty.. A żeby jaki zwykły dozorca! Sam Ordin A’Martern, najwścieklejszy i najbardziej zapalczywy oprawca, jakiego kiedykolwiek zrodził Młyn! Wraz z nim pięciu, może sześciu zbrojnych. Drewnianą nogę Turama też było tam słychać.

- Melduję poruczniku – zaczął Sharia – stan liczebny dziewiętnaście, obecnych dziewiętnaście, zdolnych do pracy siedemnaście, jeden ranny, pilnie potrzebujący pomocy medyka. Melduję, że gdyśmy spali, coś niespodziewanie huknęło i posypał się nam na głowy gruz i cegły.

Tylko tyle. Krótko i rzeczowo. Tak było najlepiej. Nie mówić bez potrzeby. A Ordin spod rantu stalowego hełmu zaciekle lustrował naszych w świetle pochodni, aż wreszcie rzucił pełen złości i irytacji:

- Huknęło, tak? I cegły spadły, tak? To niby czemu, Sharia, na kufieKufa(więz.) twarz. świeże sznytySznyty(więz.) blizny. nosisz? Co? Cegłom nagle pazury wyrosły przypis  Sznyty to blizny przecież, cóż innego? Nielicho Ugaidi rzezała tym melem, aż z daleka było widać. Nie bez powodu nikt pod pióra jej nie wchodził. No, czyli pod pazury. A gdyby nam ich bukaci regularnie nie obcinali, to z twarzy Sharii zostałoby zaorane albińskie pole.!?

- Cela spanikowała, poruczniku – odpowiedział bez namysłu arufianArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii.. – Musiałem ich uspokoić, stąd to zadrapanie. Mamy ciężej rannego. Niechybnie zginie bez waszej pomocy. – Mówił to tak przekonująco i wiarygodnie, że się poważnie zacząłem zastanawiać, czy nie wymyśliłem sobie całej tej historii z melemMel(więz.) łom. i błyskawicami... Tym bardziej, że to przeklęte narzędzie zupełnie zniknęło mi z oczu.

- To gdzie to ścierwo? – zapytał w końcu Ordin.

Sharia głową skinął naszym, by się nieco rozstąpili. Ordin podszedł jeszcze bliżej krat, a między belkiBelka(więz.) pręt. przypis  No jasne, że nie. Chodziło o pręty krat. Żelazne. wetknął swą pochodnię, do bólu jaskrawiąc wszystko błękitem. Krótką chwilę przyglądał się tej rozpaczliwej sytuacji. Posadzka bezładnie zasypana tabunem spękanych cegieł; wszędzie pył i gruz. Wśród tego gruzu na wpół przytomny Gwaya. Leżał tam na osobistej pryczy Sharii, po części oparty o ścianę. Kurczowo się trzymał łańcuchów i drewnianej ramy. Dyszał płytko. Cały drżał. Brudna szmata, w jaką był zawinięty, naszła już farbąFarba(więz.) krew., a ta powoli sączyła się znów po sierści. Nad ciałem huraHur(hur.) młodociany huria. klęczała Lōzi. W skupieniu odprawiała swe czary, próbując zapewne zatamować krew. Aż złote iskry szły spod jej palców. Może i racja, że w zasadzie trudno to nazwać było magią, acz wśród naszych ta arufiańska hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. jako jedyna parała się tą sztuką. W chwili, gdy Ordin podszedł pod kraty, przerwała i spojrzała w jego stronę, aż oczami na niebiesko zabłysła. Zdawałoby się, że w takim blasku nawet ślepiec by dostrzegł ponad jej głową, ileśmy cegieł wyszarpali ścianie od obiadu. Ordin jednak wrócił wzrokiem do rannego huraHur(hur.) młodociany huria. i rzucił pozostałym:

- Przytargać mi tu medyka!

- Medyka? O tej porze? Skóry nam złoi! – zaskomlał któryś.

- Chcesz StaremuStary(więz.) naczelnik. ligaćLigać(więz.) donosić., żeś się do zgonu kolejnego przyczynił, bo dupy ci się po schodach nosić nie chciało przypis  Ligać w ustach dozorców oznaczać mogło wyznawać, zdradzać, kłamać, donosić, wydalać, rzygać, wydawać posiłki lub po prostu mówić. Do wyboru, do koloru.? – Ordin aż rękami wymachiwał zirytowany, wywijając pochodnią o włos od naszych futer. – Nie sprowadzisz tu tego próżnego capa, to tamto ścierwo padnie jeszcze tej nocy! Te tępe koty za nic się nie znają na opatrunkach, starczy oko przypalić przypis  To prawda. Nie dożyłby do śniadania. Wystarczyło rzucić okiem...! No, ruszać na górę, trepie! I znieść mi tu jakieś nosze!

CiurmakCiurmak(więz.) strażnik. rażony słowem swego zwierzchnika pomknął w główny korytarz. Ordin pozostał przed kratą naszej celi i w milczeniu kręcił głową, spoglądając spode łba to na Sharię, to na Gwayę, to na wciąż jeszcze rozjuszoną Ugaidi. A my, zaintrygowani i zlęknieni spoglądaliśmy na niego. Taka troska o hurie w żadnej mierze do niego nie pasowała; byliśmy wręcz pewni, że nie wzięła się znikąd, toteż spodziewaliśmy się najgorszego.

OdkluczyćOdkluczyć(więz.) otworzyć. mi ten chlewChlew(więz.) cela.! Ruchy, drewniana nogo! – szczeknął wzburzony, a reszta bukatówBukat(więz.) strażnik. jak na niemy rozkaz chwyciła za miecze.

„Zaraz nas wymordują”, pomyślałem. Gdy zakwiliły twyrasyTwyrasy(więz.) kraty., Ordin huknął na naszych:

- Wytargać mi przed celę tamte upaprane kudły!

Sharia skinął na dwójkę z burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. – na Lōzi, wciąż klęczącą przy rannym, i na stojącego obok Zinaę, zdolnego i zdeterminowanego pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., co wszystkich urzekał swą urodą. Posłusznie, choć nie bez obawy i niechęci, dźwignęli w dwójkę rozedrgane ciało Gwayi z koi i ostrożnie przenieśli je przed celę – pod same paszcze psówPies(więz.) strażnik.. Gdy wrócili i zatrzaśnięto za nimi bramę, acz jeszcze nim sprowadzono z góry rakarzaRakarz(więz.) lekarz., Ordin przyklęknął przy młodym ciele onkianaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych).. Studiując wytargane z przygodnych szmat bandaże, wzgardliwie kiwał głową i coś tam mruczał pod nosem.

Od rakarzaRakarz(więz.) lekarz., jeszcze zanim w asyście strażnika stoczył się na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., roztaczała się w powietrzu intensywna woń jakichś podłych koalich szczyn najniższej próby. Chwiał się nieco na nogach, acz idący z nim okuty w żelazo ciurmakCiurmak(więz.) strażnik. skutecznie utrzymywał go w pionie. Do roboty zabrał się z nieskrywaną niechęcią – przerażeni obserwowaliśmy, z jak wielką nonszalancją zdejmował z Gwayi bandaże. Wbitą w ciało cegłę oraz zalane krwią futro huraHur(hur.) młodociany huria. badał z dystansu, by nie poplamić rąk. Rozdrażniony krzywił się i coś niewyraźnie bełkotał przez zęby. W końcu, poganiany przez Ordina, wyartykułował swą pogardę:

- A weźcie ode mnie ten zapchlony dywanDywan(więz.) huria.! Nie będę tego zgniłego trupa łatał! Zresztą, jak szajatęSzajata(więz.) matka. kocham przypis  Miał na myśli swoją matkę., spadające odłamki takich sznytówSznyty(więz.) blizny. nie czynią. Jak byk widać, że ktoś złośliwie dźgnął w to mięso pękniętą cegłą aż ta wręcz bebechy poprzecinała.

Strażnicy chyłkiem zlustrowali naszych spod swych stalowych czapek, zaś Ordin wpadł w istny szał:

- Oż wy, wyleniałe gawniakiGawniak(więz.) więzień. niemyte! Zafajdani, kłamliwi popaprańcy! Więc miałem rację! Te wasze próżne kogucie pojedynki kolejny raz kaleczą mi inwentarz! Idziesz z nami, Sharia! Już ja ci pokażę, sierściuchuSierściuch(więz.) huria. niewyżyty, jak się mięso drapie! Brać go!

Sharia schylił tylko głowę, ogon opuścił, zęby zacisnął, ale nie miał w oczach strachu. Raczej ulgę, jeśli już. Może nie dał po sobie poznać przerażenia? Bez oporu pozwolił się pojmać ciurmakomCiurmak(więz.) strażnik. i wyprowadzić z celi. Gdy przez główną kratę prowadzili go na górę, przedarłem się między nogami naszych pod same pręty, zacisnąłem je ze wszystkich sił pazurami i łkając obserwowałem, jak mi raisaRais(hur.) wódz. prowadzą na stracenie. Być może celowo oddawał grzywę pod topór, by wzrok bukatówBukat(więz.) strażnik. odwieść od nieudanej próby ucieczki i własnej burcie oszczędzić rzezi... Chciałem krzyknąć, że to ja byłem temu wszystkiemu winny, że to ja rozkopałem ten przeklęty tunel, ale nic prócz rozdzierających goryczą spazmów nie przechodziło mi przez gardło. Patrzałem, jak z rozkazu Ordina na noszach brali również Gwayę – do którejś z kabarynKabaryna(więz.) karcer. na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel., aby daleko nie dźwigać. Może i był najniżej w hierarchii, ale mimo wszystko był przecież jednym z nas. W rękach takiego rakarzaRakarz(więz.) lekarz. nie miał szans, cela spisała go na straty. A ja z rozwartymi ustami stałem tam zupełnie bezsilny i zdruzgotany – jakby wszyscy, cała mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado., zginęli nagle, a ja sam pośród ich trucheł błąkam się we mgle i w rozpaczy. Jakby wszyscy zginęli z mojego powodu...

Czar prysł. Pozostał szmer dyszących hurii, pusta prycza, na której nikt nie ważył się położyć, i ta ogromna odłupana wyrwa, co poszarpanymi zębami ceglanymi spozierała na nas łakomie z wysoka. A w górze – smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. chwyta w szpony orła i pióra skrzydeł targa w drapieżnej paszczy, gardła już sięga. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek bał się tak bardzo o czyjeś życie, jak wtedy. Ze wszelkich sił odgonić chciałem wyobrażenia, że te zakute w metal bestie nożami mu sierść masakrują, kijami i prętami żelaznymi ciało kaleczą, w szlamie najohydniejszym topią, łańcuchami nogi i ręce rozciągają, skórę ogniem podpalają, linami krtykęKrtyka(więz.) gardło. duszą, obcęgami pazury ciągną, grzywę strzępią, steryStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. szarpią, umyUmy(hur.) męskie organy płciowe. kruszą, marashMarash(hur.) ogon. tną, klingę miecza w sercu topią...

Długo nie mogłem się pozbyć tych przerażających wizji... Tym bardziej, że ledwo tej samej nocy chciałem, by zniknął; chciałem by zginął, bo wiedział o moim podkopie! Gdy to sobie przypomniałem, myślałem, że zwariuję. Do samego rana drżałem jeszcze mimo starań Matki, która czule tuliła mnie i lizała, by jakoś uspokoić mą rozszalałą wyobraźnię.

- Czuję, że się boisz, maleńki – powiedziała.

Przytaknąłem. Własne nukiNuki(hur.) ślady zapachowe. zdradzały mnie na kilometr. Wtedy szepnęła mi do ucha coś, co do dziś pamiętam:

- Wiedz jedno: w życiu nie istnieje absolutnie nic, czego należałoby się obawiać.

- Oprócz ludzi, prawda? – zapytałem.

- Nie. Ludzi też nie należy się lękać. Nie są w stanie zrobić ci absolutnie niczego, czego trzeba by się bać.

To mi dało do myślenia na tyle, że już w ogóle nie potrafiłem zasnąć. Byli wśród nas tacy, którzy również nie mogli zmrużyć oka przez to wszystko, co się stało. Choć większość – nie dość, że zmordowana już przecież codzienną pracą na poziomie, to jeszcze wycieńczona do reszty nocną tyrkąTyrka(więz.) praca. na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. – padała gdzie bądź i byle jak, usiłując odzyskać choćby godzinę straconego snu.

Ranek nadszedł zdecydowanie za szybko. Funkcję starszego celi wzięła na siebie Ugaidi. Serce się krajało, gdyśmy słyszeli jak mówiła, że została nas tylko siedemnastka, a dwóch było na przetrzymaniu – to jest Sharia i Gwaya. Zawsze na chwilę wstrzymywaliśmy oddech, gdy starszy celi mówił to „na przetrzymaniu”. Tak mówiło się na tych, co poszli do kabarynyKabaryna(więz.) karcer. i jeszcze nie wrócili. Ale jeśli by nocą zmarli, to właśnie wtedy, podczas porannego apelu, poinformowaliby nas o tym bukaciBukat(więz.) strażnik.. Przynajmniej zwykle tak się działo. „Tamtego ścierwa to już do haremu nie rachujcie. Padło, błagając o litość” – tak by powiedzieli. Albo jakoś podobnie. Milczenie strażników pozwalało odetchnąć z ulgą i w strzępach nadziei trwać kolejny dzień.

Tamtego ranka dozorca – zgodnie z poleceniem MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik., jakie podsłuchałem spod drzwi karceru poprzedniego dnia – wyznaczył dwóch naszych, by zostali na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. i zamurowali wyłom:

- Siwy wypłosz i wyleniały czarny wystąpić mi z szeregu! – Ręką wskazał na Vijani i hadhaHadhi(hur.) stary huria. Haramishę. Tyle lat nas znali, a nie byli skłonni nauczyć się naszych imion. – Te dwa zostają dziś w celi.

- Panie kapralu, co pan? – zdziwił się któryś z bukatówBukat(więz.) strażnik.. – Znowu pan tego szarego kocura bierze?

- Młody, toż to nie kocur, a kocica!

- Kocica! – ledwo słyszalnie westchnęła po naszemu zbulwersowana Vijani. – Trzymajcie mnie!

- On czy ona, co za różnica? Te sierściuchySierściuch(więz.) huria. wszystkie wyglądają podobnie!

- Było iść, Młody, gdyśmy do mańkiMańka(więz.) karcer. zapraszali przypis  A to jeszcze inne określenie karceru.. Własnym kindybałemKindybał(więz.) męski organ płciowy. byś różnicę obciął! – gwałtowna rzeka grubiańskiego śmiechu wykipiała z metalowych puszek ich zbroi i przeszła echem po korytarzu; zaś w celę uderzyła gwałtowna fala irytacji. Przecież takie kwestie są bardziej niż oczywiste nawet z kilometra!

Może i racja, że dla rasy, która zdaje się zupełnie nie mieć węchu, różnice między hurianką a hurią są nazbyt subtelne – szczególnie, że młyńskie kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany. przypis  Tak się mówiło na łachmany, w które byliśmy wszyscy ubrani. zasłaniały nasze umyUmy(hur.) męskie organy płciowe. i ukiUki(hur.) żeńskie organy płciowe. przypis  Umy i uki to mesejskie odpowiedniki huryjskich słów na określenie męskich i żeńskich organów płciowych – przyp. GE., a w świetle pochodni rysy i barwy naszych twarzy może i w istocie zbyt słabo były widoczne. Być może bezogoniBezogon(więz.) człowiek. zza Wielkiej Wody nawet miedzy sobą miewają problemy z rozróżnianiem płci – tym bardziej, że zwykli niemal całe ciała skrywać pod kilkoma warstwami ubrań. To prawda, często się zdarza, że właśnie za pomocą ubioru manifestują swoją płeć. Aby jakoś się od siebie odróżniać, umówili się, że będą nosić różne typy ubrań. Ich hurianki noszą się zupełnie inaczej aniżeli hurie i w inne ozdoby się stroją, jeśli z zamożnych mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. pochodzą. Bywa też, że o płci świadczy stosowne uczesanie grzywy przypis  Nie mówiłem jeszcze o tym któregoś wieczora? Wszystkie ludzkie rasy – od albinów, przez erabów, barbarzyńców, jin-hanów ze Sterburty, ruberów z dziobowej Bakburty, enuitów z mroźnej Rufy skutej wiecznym lodem, aż po mesejów, z których jednego na własne oczy tu widzicie – wszyscy oni – czy to hurie, czy hurianki, czy nawet chekechee – wszyscy mają gęste grzywy, choć może nie aż tak bujne jak u arufian. Czeszą je na najróżniejsze sposoby, przycinają lub zupełnie golą w zależności od upodobania, obyczajów lub pełnionych funkcji.. To, jak zaznaczają swoją płeć, również zależy w dużej mierze od rasy i lokalnych zwyczajów. Co innego uchodzi za właściwe dla albinów, co innego dla erabówErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu.. Albini noszą spodnie, albinki – długie suknie lub spódnice, a w takiej Erabii długie suknie noszone są przez obie płcie. A na przykład mesejeMeseje(przyr.) rasa drobnych, ciemnoskórych ludzi zamieszkujących centralne lasy deszczowe., jak sami tu widzicie, ani spodni, ani sukni nie noszą wcale.

Poza tym wszystkim ludzkie hidayeHidaya(hur.) dorosła hurianka. oraz hekaleHekala(hur.) stara hurianka. w miejscu pierwszej (i zarazem jedynej) pary ziwZiwy(hur.) gruczoły mlekowe. mają coś w rodzaju odstających wymion. W zależności od wieku sterczą bądź zwisają luźno, sprawiając, że całość wygląda – trzeba przyznać – dość komicznie. A mimo to hurie bezogonówBezogon(więz.) człowiek. zdają się być nimi obsesyjnie zafascynowani – to jest ziwamiZiwy(hur.) gruczoły mlekowe.. Ich objętość wprost proporcjonalnie przekładają na urodę. Stosunkowo łatwo jest zobaczyć ich pękaty kształt nawet przez kilka warstw ubrań, co pewnie jest dla nich głównym wyróżnikiem płci, którego – jak widać – brakowało tym ograniczonym i ułomnym w zmysły strażnikom Młyna u naszych hurianek przypis  Hurianki wbrew wszelkim możliwym oczekiwaniom nie zostały przez naturę szczodrze obdarzone w ziwy. Klatki piersiowe nawet dorosłych hiday są pod tym kątem zupełnie płaskie, nabierają odrobinę krąglejszych kształtów jedynie w okresie karmienia młodych. Na co dzień w zasadzie nie różnią się od męskich torsów – tym bardziej, że obie płcie posiadają aż trzy pary ukrytych między sierścią ziw (choć, jak mówią, bywają wyjątki) – przyp. tłum..

rozdział

- Mówiłem, że trzeba byłoby dorzucić tamtego kota, co zdechł na szóstce miesiąc temu – skomlał któryś z bukatówBukat(więz.) strażnik.. – Od razu lepiej by wiązało.

- A gdzieżby tam – odparło to samo wapno, które poprzedniego dnia wraz z MłynarzemMłynarz(więz.) naczelnik. badało naszą celę. – Jeszcze by niestrawione kości luzem pływały. Z pół roku musiałoby się gryźć.

- Ale coś dorzucić trzeba, a tu widać góra znów poskąpiła, że się lepić nie chce.

- E, za wcześnie jeszcze. Dopiero na jesieni mieli dźwig murem na wcisk obstawiać, to zgryźć się jeszcze nie zdążyło. I tak dobrze, że choć tyle stało. A dorzuca się coś zawsze, inaczej się nie godzi. Mogę iść na zastawkęZastawka(więz.) zakład. przypis  To jest o zakład., że zdołowali jakiego padniętego iakka bądź wołu.

- To zobaczcie, kapralu, jaka oszczędność: miast zdechłego iakka zdołować zdechły dywanDywan(więz.) huria., a i grobu nie byłoby potrzeby kopać. A padlinę dać kotom na fasunek, i tak wszamią.

- O, jasne! – burknął po naszemu zbulwersowany Haramisha. – Jeszcze chwila i każecie nam samych siebie żywcem zjadać dla tej waszej psiej oszczędności!

Na to bukatBukat(więz.) strażnik. warknął tylko zza krat:

- Cegły kleić, nie pyskować, chmiejuChmiej(więz.) więzień. obeszczany! Z kijem na zachętę ożenię, jak się nie podoba!

Ludzie doskonale wiedzieli, że mamy własną mowę, acz nie rozumieli jej, dlatego pod groźbą batów zakazali nam jej używać. W ich obecności mogliśmy mówić albo po albińsku, albo wcale przypis  Hmm... Zachodzące słońce, chyląc się, złotem kłęby chmur oblewa. To znaczy: umierające słońce, brocząc ranione, chmur poszarpaną mozaikę złotą krwią plami. Zadowolone? Ten handlowy język ma dziwne i dość... kanciaste brzmienie. Acz jego znajomość potrafi się w świecie przydać – z bazarów trafił do urzędów i na dwory wszystkich niemal narodów i ras.. Ile to razy oberwało się komuś z naszych za westchnięcie bądź odchrząknięcie, bo bezmózgi ciurmakCiurmak(więz.) strażnik. wziął to za konspiracyjny szept. Taki mieli tępy słuch... Z drugiej strony dzięki temu nasi mogli, choć w dość ograniczonym zakresie, rozmawiać podczas pracy na poziomie. BukaciBukat(więz.) strażnik. nie odróżniali huryjskich słów od jęknięć przy zamachu kilofem.

Z tego powodu się w ogóle wzięły figuryFigura(więz.) więzień funkcyjny. przypis  Więźniowie funkcyjni. Też hurie. Wspomniałem chyba kiedyś o nich.. Na samym początku Młyna wyselekcjonowano z nas tych, co władali albińskim choćby w najmniejszym stopniu. To była ledwo garstka hurii. Mieli tłumaczyć naszym polecenia strażników oraz uczyć nas języka. Kilka dobrych cykli im to zajęło, a gdy wszyscy już zdołali pojąć te kanciaste dźwięki i byli w stanie je wyartykułować, dawno już nie trzymali figurFigura(więz.) więzień funkcyjny. razem z nami w celach. Od początku podejrzewaliśmy, że te psie sługi donoszą strażnikom o wszystkim, co mówimy między sobą, toteż któregoś dnia jedna z burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. poturbowała swoją figuręFigura(więz.) więzień funkcyjny.. Bez kabarynyKabaryna(więz.) karcer. się nie obyło, ale przynajmniej odseparowali ich od nas, by nie zdarzył się kolejny „wypadek”. Przydzielili im inne lokum i inne prace. Jednak i bez figurFigura(więz.) więzień funkcyjny. w celach mieliśmy uzasadnioną obawę, że któryś z bukatówBukat(więz.) strażnik. zna nasz język, choć nigdy się tym nie zdradził – zresztą nawet Turam nic o tym nie wiedział. A jeszcze bardziej obawialiśmy się tego, że uchoUcho(więz.) donosiciel. przypis  Czyli paskudnego donosiciela. mamy wśród nas samych – w którejś z cel. Podejrzewaliśmy kogoś od Radży, ale i własnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. nie można było ufać, chwilami każdy podejrzewał każdego. Musiał być przecież jakiś powód tego, że ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. przychodziły czasem w nocy i zabierały do karceru któregoś z naszych niby zupełnie bez przyczyny. Dziwnym trafem okazywało się zwykle, że ten ktoś kilka dni wcześniej podczas tyrkiTyrka(więz.) praca. wygłaszał huryjskimi słowy nieprzychylne sądy pod adresem MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik. albo zdradzał się z planami ucieczki, buntu lub jakiegoś perfidnego kantu. Po tylu latach doskonale nas wszystkich znali – po barwie sierści czy rysunku cętek, acz oczywiście nie po imionach, których nie byli w stanie nawet powtórzyć. My, pomimo ujednoliconych płytowych zbroi, jakie zawsze mieli na sobie, rozróżnialiśmy ich nawet lepiej – ale nie po twarzach, jakie było widać spod otwartych hełmów, a raczej po głosie i nukachNuki(hur.) ślady zapachowe. – tak intensywnych, jakby z upodobaniem smarowali swe ciała własnymi odchodami. Manifestowali swoją obecność na kilometry, choć zdawali się tym w ogóle nie przejmować. W zasadzie to ludzie zazwyczaj nie odróżniają nawet swoich własnych nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe. od nukówNuki(hur.) ślady zapachowe., wcale nie przesadzam! Nigdy nie mogłem zrozumieć, jak oni z takim podejściem w ogóle polują na zwierzynę? A może właśnie dlatego wolą ją hodować?

Zaprawa, jaką w drewnianym wiadrze po pomyjach przynieśli nam wtedy bukaciBukat(więz.) strażnik., też nie pachniała za dobrze. No i rzeczywiście wiązała słabo. To znaczy taka była opinia hadhaHadhi(hur.) stary huria. Haramishy, bo moim zdaniem nadawała się wyśmienicie – tyle że do zabawy. Lepka, odrobinę mokra, a plastyczna prawie tak jak miękka glina. Umorusałem w niej futro aż po łokcie nim ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. burknęły na mnie, bym do ciężkiej larwy przestał już pomagać i czkałCzkać(więz.) uciekać. na którąś kojęKoja(więz.) prycza., bo inaczej stracą cierpliwość. Spod ściany obserwowałem, jak dwójka naszych używa własnych misek – tych samych, z których pili wodę i breję ze śniadania – do nabierania zaprawy. Mozolnie próbowali dopasować do siebie potrzaskane cegły i kamienie. Z góry przynieśli nam może kilkanaście nowych – dalece za mało, by starczyło na całą wyrwę.

Dopiero po jakimś czasie udaje mi się uprosić Vijani, by niepostrzeżenie nałożyła mi trochę tej zaprawy do mojej miski. To niezwykłe, jak niewiele potrzeba, by z takiej szarej gliny stworzyć życie... Nim się orientujecie, spod palców rodzą się grudkowate grupy antylopAntylopa(przyr.) iakk sawannowy., przemierzających równiny w galopie. Aż drewniany grunt dudni i drży dręczony dziesiątkami kopyt. Zwierzyny bezlik aż po brzeżny horyzont: aż za krawędź lawiną się sypią stada zebrZebra(przyr.) zwierzę kopytne w paski. pasiastych, aż rodzina lemurówLemur(przyr.) stadne zwierzę z sawanny i lasów deszczowych, żyjące w koronach drzew., mknąc pędem przez trawy, rój ibisówIbis(przyr.) ptak brodzący. płoszy i do lotu żwawego zrywa, aż piór strzępy tańczą wśród piachu, aż popłoch i wrzawa z zapachem potu i krwi się miesza, aż żaglice w popłochu tłoczonych aretasówAretas(przyr.) duży roślinożerca o szerokim pysku i grzebieniowatym kręgosłupie. setką barw się mienią niczym neh nehyNeh neh(przyr.) egzotyczny drapieżnik kotowaty. Potrafi zmieniać kolor swojej sierści. przypis  Jak to nie wiecie, co to są neh nehy? Jeszcze dwa miesiące temu widziałem jednego dzień drogi na Sterburtę od waszego rewiru, jestem przekonany, że żyje ich tu więcej. Poproszę waszego raisa, to może by wam pozwolił pójść z łowcami na tropienie neh neha. Wyglądem przypominają małe pantery mgliste, ale gdy wyczują, że się je tropi, a tym bardziej goni (nawet dla zabawy), ich sierść w niezwykły sposób mieni się wszelkimi kolorami tęczy. To trzeba zobaczyć na własne oczy, nim się przestanie być chekecheą! Wówczas w Młynie też nie miałem pojęcia, jak wyglądają neh-nehy. Znałem je tylko z opowieści starszych, ale żadnego przecież nie widziałem. W mojej wyobraźni wyglądały jak hurie biegające na czterech. Zresztą wszystkie zwierzęta, jakie pojawiały się w mojej głowie – antylopy, zebry, lemury, aretasy, bawoły, słonie, żyrafy i wszystkie inne łącznie z tymi, które widziałem na ścianach celi – przypominały hurie, moją Siostrę , ryby ze śniadania albo kamiennego orła lub smoka z odsłoniętej kolumny. Żadnych innych kształtów nie znałem – w razie potrzeby modyfikowałem je, odejmując im ogony, dodając skrzydła, mnożąc liczbę nóg albo pokrywając ciała rybimi łuskami. Wyobraźnia nie bierze niczego z powietrza.. Za tym ogromem zrodzonych naprędce stworzeń – hurii garstka w szaleńczym pędzie. Ale nie, nie gonią wcale tej zwierzyny – wraz z nią w popłochu gnają co tchu! Wtem głowę podnoszę. Już wiem, gdzie lęk ma swe źródło: oto smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający. kamienny spoziera z wysokiej kolumny i szykuje się na łowy. Łuski do lotu prostuje, szyję pręży i w dół! Sztyletami skrzydeł powietrze tnie na drzazgi, pył spod traw wiruje wzburzony, trąby rykiem grają w ferworze. Okiem demona za ofiarą już łypie, szpony zachłannie ku grzywie wyciąga! Sharia! Mknij co tchu! Z przerażeniem widzę, jak w pędzie się zatrzymuje i w tył odwraca, tnąc pazurami źdźbła traw. Oko w oko, wprost przed smokiemSmok(przyr.) mityczny stwór latający. staje, skoki napręża, pazury do rozszarpania gotuje, niemal pniakiPniaki(więz.) kły. w łuskach już topi. Na próżno! Bestia olbrzymia szponami w pół go łapie, o ziemię bez skrupułów targa, całością cielska jak kłodą przygniata. Błyskawiczny zamach smoczej paszczy w jednym, gwałtownym kłapnięciu pozbawia Sharię...

belkiBelka(więz.) pręt. zadudniły echem. Taki grom huknął. Ocknąłem się szybko, słysząc jakieś wrzaski:

- To ten harem. HolujcieHolować(więz.) patrzeć. przypis  Patrzcie., co za szambo!

- Skoczyć po Tufla, poruczniku?

- A po cholerę mi ta drewniana noga? Z kilometra widać, że wapna szkoda na taką chałturę! Obiję pysk temu, kto przyklasnął taką porutęPoruta(więz.) fiasko. i odstawił te ścierwa na poziom przypis  Poruta to tak ogólnie o czymś nieudanym, jakimś niepowodzeniu.! Ile razy mam tłuc tym krzywym kindybałomKindybał(więz.) męski organ płciowy. przypis  W zasadzie chodziło o umy. Acz to zadziwiające, jak wieloma różnymi słowami potrafili je określać strażnicy, jak również to, jak wiele osób byli w stanie do um przyrównać... Co ciekawe, zawsze były to przyrównania niepochlebne., ile razy mam im tłuc – ciągnął, gniewnie machając rękami – że jak się daje tym sierściuchomSierściuch(więz.) huria. coś do zrobienia, to trzeba bez ustanku obcinać im ręce przypis  No, oczywiście: patrzeć, obserwować.!?

To był rzecz jasna Ordin. W towarzystwie dwóch innych strażników stał rozwścieczony za firankąFiranki(więz.) kraty. i wymachiwał przełożoną przez kraty jaskrawą pochodnią, ożywiając cały rój makabrycznych cieni bezwładnie biegających po błękitnych ścianach. Gdy nagle zwrócił swe stalowe oblicze w moją stronę, przerażony jeszcze bardziej wcisnąłem się w róg koi Haramishy, na której siedziałem pod warstwą starych derek. Wtedy coś cicho zapiszczało, a ja poczułem Ją pod sobą, wtuloną w moje futro. Widać, zlękniona szukała schronienia od rozeźlonego Ordina – zupełnie tak jak ja.

- A ty co ślipiesz, skokobrykuSkokobryk(więz.) dzieciak. jeden? – warknął. – Lepiej się ułybajUłybać(więz.) cieszyć., darmozjadzie, że masz przychylność StaregoStary(więz.) naczelnik., inaczej dawno już byś gryzł skały razem z resztą przypis  Ułybać się to znaczyło uśmiechać się albo cieszyć.!

Odwróciłem wzrok, by go nie prowokować; a on tylko splunął na naszą posadzkę, przeklinając coś tam pod nosem.

Gdy już zabrali sprzed celi swe metalowe cielska, ostrożnie wysunąłem się spod derek, uważając, by znowu przypadkiem Jej nie przygnieść. Nie czuć już było od Niej przerażenia. Dobrą chwilę siedzieliśmy, wspólnie chrupiąc z mojej ręki pokruszoną pajdę bomsuBoms(więz.) chleb.. Wcinała, aż Jej się wąsy trzęsły, a i tak widać było, że bardziej łaknęła towarzystwa aniżeli czegoś na ząb. Dawała mi się nawet gładzić po brzuchu. Razem podziwialiśmy ścianę naprzeciw, świecącą świeżą łatą z cegieł i mokrej zaprawy – ja wtulony w miękką kojęKoja(więz.) prycza. Haramishy, Ona – w miękkie futro na moim ramieniu.

rozdział

Miał tę iskrę w oczach już wtedy, gdy wchodził do celi. Janga. Ten masywny pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). o sierści ciemnej jak smoła, co nigdy bez potrzeby ust nie otwierał. A jeśli już się odezwał, to jakby jadowity wąż kąsał. Właśnie wtedy, nim nawet cela zza ściany zdążyła powrócić na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., zdarzyło się to wszystko. Wtedy to, gdy za naszą burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. zatrzaśnięto już twyrasyTwyrasy(więz.) kraty., przemówił tak:

- Hurie i hurianki! Od tej tronyTrona(więz.) noc. przypis  Nocy, było już. biorę tę mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. pod własny marashMarash(hur.) ogon.. Będę wam raisemRais(hur.) wódz.! PniakiPniaki(więz.) kły. któregoś świerzbią, by iść ze mną na smarySmar(więz.) bójka. przypis  Innymi słowy: „by wejść ze mną w szranki”.?

- Jak to? A Sharia? – spytała któraś hurianka, być może Lōzi.

- Sharia, Sharia... Czyście nie widzieli, jak go rwali? Żywy do nas nie wróci. Nawet jeśli psyPies(więz.) strażnik. przytargają tu jego ciało, duch będzie martwy! – Później zachodziłem w głowę, jak on wtedy mógł być tego pewnym?

- Mylisz się, Jango! Te blaszane ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. nigdy go nie złamią! – To był Zinaa, ten młody, ambitny i może nazbyt naiwny huria. Był pardianemPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., tak samo jak Janga. Wszyscy nieco zaskoczeni zwróciliśmy głowy w jego kierunku, a on mówił dalej: – Ten rewir należy do Sharii! A jeśli nie możesz znieść, by choćby przez moment nie mieścił w sobie raisaRais(hur.) wódz., ja wezmę tę mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. pod ogon i zwrócę prawowitemu władcy, gdy tylko powróci!

Janga, uśmiechnąwszy się przebiegle, przyjął rzucone wyzwanie, acz nie wyrzekł ani słowa. Jedynie Ugaidi syknęła przez zęby:

- Ależ z ciebie tępe futro, Zinao!

Kto wie? Może nie mieściło się jej w głowie, by ktoś o tyle w hierarchii niższy od niej samej mógłby stać się nagle raisemRais(hur.) wódz.? Choć to prawda, Zinaa nie nadawał się do tego, by rządzić innymi. Nie każdy się nadaje. Nie miał ani zaprawy w walce, ani pozycji w celi, ani roztropności przynależnej raisomRais(hur.) wódz.. BurtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. darzyła go jednak niezwykłą sympatią, na którą zresztą sobie zasłużył. Nieraz stawiał na swoim; jak widać, nie brak też mu było odwagi. Rozpaczliwie wierzyłem w jego zwycięstwo – zapewne dlatego, że Jangi, tego czarnego, upiornego i jadowitego węża, jakiego hodowaliśmy wśród własnych futer, lękałem się bardziej aniżeli najokrutniejszych bukatówBukat(więz.) strażnik. Młyna...

Ściśnięci na stojąco pod ścianami tudzież na kojachKoja(więz.) prycza., zostawiliśmy ledwo skrawek przestrzeni tym dwóm pardianomPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych).. Na co dzień ledwo się przecież w tej celi mieściliśmy, tak było ciasno. Niemal nic nie widziałem, gdy Matka przycisnęła mnie silnie do muru i zasłoniła własnym ciałem.

Janga gestem oddał pierwszeństwo w starciu swemu młodszemu rywalowi. Wstrzymałem oddech – to surmy tną złowieszczo; to bębny coraz gorliwsze, jakby batem rażone pędu nabierają i gnają, i tętnią niczym kopyt stadem przypis  Huryjskiej muzyce należałoby poświęcić cały osobny rozdział. Wytwarzają przeróżne instrumenty, niektóre zupełnie mi nieznane, a gra na nich często im towarzyszy w codziennym życiu. Zdaje się wiązać wewnętrznie stado i umacniać wzajemne relacje. Huryjska muzyka trzyma zazwyczaj szybkie, rytmiczne tempo i choć jest dość specyficzna, to całkiem interesująca dla ucha. Młodym, które przyuczają się do gry, zdarza się – tak jak dziś – zrobić niezły akompaniament do tej opowieści. Natomiast huryjski śpiew – czy jak kto woli: huryjski chór – jest znacznie trudniejszy w odbiorze. Ktoś, kto nie zna ich języka, usłyszy z początku przeciągłe mruczenie, które wraz z przypływem uczestników zmieni się płynnie w hałaśliwą wrzawę jęków, pohukiwań i ryków. Można się tego wręcz przestraszyć. Co ciekawe, muzyka i śpiew w ogóle nie łączą się u hurii z tańcem. Z zasady gardzą wszelką poważniejszą aktywnością fizyczną, jeśli tylko nie kończy się posiłkiem bądź przyjemnością – przyp. tłum.. Pośród podjudzających szeptów dwa skupione spojrzenia ostre jak brzytwy, mięśnie jak cięciwy napięte, ogony na sztorc, sierść zjeżona, wdechy płytkie, gwałtowne, krtykiKrtyka(więz.) gardło. rzężące jak krasnoludzkie maszyny, a serca – bom-bom-bom – jak stąpające po ziemi deinoteriaDeinoterium(przyr.) gatunek dużego słonia o krótkiej trąbie i długich ciosach dolnych, będących cennym źródłem kości słoniowej.. Moje własne niemal z piersi wyskoczyć mi chciało.

Stało się. Piękne i prężne ciało Zinai poderwało się w powietrze, tylko śmignęły dorodne cętki. W locie błysnęły ostre kły, a szczęki już na kark gotowe były w rozwarciu. Aż metal dźwięknął, gdy w tym pędzie wbił się huria kajdanami wprost na firankiFiranki(więz.) kraty.. Tam, gdzie mierzył, nie było już Jangi. Sprawiało to wrażenie, jakby czarny pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). w ostatniej chwili uchylił się w bok i przemknął piorunem za plecy swego rywala.

- Dziurszlaki przypis  Albo patrzały – czyli oczy. pyłem ci zaszły, zaperzony klajniakuKlajniak(więz.) niedorosły więzień. przypis  Tak mówiło się o kimś młodym, niedorosłym; nieraz i o mnie.! Jorgaj sięJorgaj się(więz.) orientuj się.! – wycedził wąż truciznę przez jadowe zęby przypis  Jorgaj, czyli orientuj się, czasem: rusz się albo zrozum, zauważ..

Rozjuszony Zinaa, warcząc głośno i kły szczerząc, obrócił się w stronę Jangi. A w naszą burtęBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. jakby demony wstąpiły. Podjudzali, krzyczeli; jamię, fantyFant(więz.) przedmiot., rybę ze śniadania stawiali to na jeden, to na drugi ogon. A z każdym kolejnym ciosem, skokiem czy zamachem Zinaa w coraz większą wpadał złość, w coraz większą irytację, coraz wyraźniej tracił pewność siebie. Wężowy jad już krążył w jego żyłach... Ani razu nawet nie drasnął celu. Z desperacją dążył do zwarcia, a Janga z tak wielką lekkością się uchylał i wymykał przed wszystkimi atakami, jakby w istocie wszedł w ciało smolistego węża o łuskach tak śliskich, że nie sposób było go złapać w pióraPióra(więz.) pazury.. Nikt nie mógł zgadnąć, skąd w nim taki duch mimo tylu lat młyńskiej tyrkiTyrka(więz.) praca., mimo kajdan na nogach i rękach, mimo nędznej, hodowlanej diety. Niewątpliwie przednio się bawił, lawirując między nogami, unikając bezpośredniego starcia i niewybrednym słowem drwiąc z młodego hurii. Jakby złośliwym, rozdwojonym językiem syczał i straszył przypis  Hurie są szczególnie podatne na wszelkie trucizny, toteż nawet mniejsze węże uznają za bardzo niebezpieczne i nakazuje się wobec nich szczególną ostrożność – przyp. tłum., doprowadzając nad przepaść obłędu. A gdy już zapędził nad sam brzeg urwiska, wystarczył jeden, dobrze wymierzony i zadany we właściwą porę cios. Ot, cały Janga. Trzonkiem zmaterializowanego niewiadomo skąd melaMel(więz.) łom. od piorunów zdzielił Zinaę po krempluKrempel(więz.) kręgosłup. – tak silnie i gwałtownie, że aż metal stęknął, a huria padł na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. zupełnie bez sił. Wtedy wąż czarny doskoczył mu do karku, sztyletami pazurów do krwi wbił się w gardło. Nie miałem pojęcia, skąd on miał tak ostre i długie pazury, skoro strażnicy obcinali je wszystkim huriom, nawet figuromFigura(więz.) więzień funkcyjny.? Cicho, ale nie na tyle, byśmy nie słyszeli, warknął pardianowiPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). do ucha:

- Występ skończony, karakanieKarakan(więz.) mały i niski więzień. przypis  Tam, w Młynie była to pogardliwa nazwa na wszystko, co małe, niskie czy nieistotne.! Sądziłeś, że to zabawa? – warczał Janga. – FrancieFrant(więz.) głupiec.! Gdyby nie kraty, wypędziłbym to twoje śliczne futro za wszystkie morza świata! A tak gnić będziesz przy moim boku, psując zapach mojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. przypis  Przed starciem z innym hurią o władzę rais może oddać swe stanowisko bez walki. W takim przypadku pozostaje w stadzie wśród swoich, tracąc tylko pozycję w hierarchii (często się zdarza, że w ten pokojowy sposób wiekowy rais przekazuje władzę – abdykuje na rzecz swojego następcy, samemu stając się wtedy hadhim). Gdy jednak hurie podejmą walkę, przegrany, o ile przeżyje, jest wypędzany ze stada. Hurie (jak i hurianki) mogą opuścić swoje rodzinne ziemie nie tylko wskutek walki o dominację – bywa, że pragną przygód, wolności, życia na własną rękę, mają zatargi z raisem bądź planują dołączyć do innego stada czy wręcz założyć własne. Każdy członek huryjskiej społeczności ma prawo z niej odejść, kiedy tylko tego zapragnie, acz to zazwyczaj bardzo poważna decyzja, od której czasem nie ma już odwrotu. Od chwili złożenia przed raisem oficjalnej deklaracji i przystąpienia do ceremonialnej kąpieli (poprzez pełne zanurzenie w wodzie, co symbolizuje pozbycie się zapachu stada) traktowany jest jako obcy. Od tej chwili musi podjąć samotne życie z dala od rodzinnych ziem lub po wyblaknięciu wzorów z sierści znaleźć jakieś inne stado (zazwyczaj tej samej rasy), które zechce go przyjąć w swe rewiry. Symbolem pokojowego włączenia samotnego hurii czy hurianki do stada jest powtórne przejście ceremonii Mahiri wraz z naniesieniem tatuażu danej społeczności. Niemniej jednak dorośli hurie mają prawo, by od razu wyzwać na pojedynek raisa z obcego stada i przejąć je siłą w bezpośrednim starciu. – przyp. tłum. !

Aż trudno uwierzyć, że dopiero wtedy dała się słyszeć nadciągająca z poziomu burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Radży – w tak krótkim czasie wszystko to się stało. W tak krótkim czasie postawił się i poległ. Pełen trwogi przyglądałem się, jak moja jedyna nadzieja na przetrwanie zbierała z pokładuPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. swoje zdruzgotane zwłoki i, unikając wzroku pozostałych, wtłaczała je w kąt obok gieruGier(więz.) toaleta.. Bałem się o jego los, tak jak i o własny. Siedział tam skulony, sierść miał zmierzwioną, w pyle wytarzaną, wzrokiem świdrował posadzkę. Pewnie podobnie jak i ja obmyślał, jak dotrwać do chwili, w której wróci Sharia, a wraz z nim stary porządek. Bo wiedziałem, że wróci, że weźmie w obroty te wężowe łuski i pokaże im, gdzie ich miejsce w celi. Razem byliśmy o tym przekonani. Tyle że Zinaa takie przekonania w jednej chwili przypłacił własną pozycją. Został przestrzelonyPrzestrzelić(więz.) zdegradować.. Tak się mówiło. PrzestrzelonyPrzestrzelić(więz.) zdegradować. na sam koniec hierarchii. Co prawda z czasem jego pozycja się nieco poprawiła, wszak wciąż go szanowano, to jednak nie miał pod ogonem Jangi łatwego życia. Przez jakiś czas w kolejce po mięso z obiadu był ostatni, to jest za wszystkimi hurami i huriankami, a zaraz przede mną. A tamtego dnia Janga osobiście przypilnował, by nic Zinai nie zostawiono. Tak, wbrew naszym obawom dostaliśmy wtedy pełnowymiarowy obiad.

Haramisha mówił zawsze: „jako raisRais(hur.) wódz. je pierwsze danie, tak nad mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado. swoją stanie”. Czyli niby to, jak nowy raisRais(hur.) wódz. spożywa pierwszy posiłek, zwiastuje, jak swoją mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. traktować będzie przez kolejne lata. To oczywiście bzdura, ale przez te porzekadła Haramishy wielu z naszych uwierzyło, że pod nowym ogonem czeka nas dostatnie i bezpieczne życie. Wpadli w wężowe sidła, słowem: dali się nabrać. Tamtego bowiem dnia Janga szybciej sam odstąpił od fasunku niż Sharia zwykł dopuszczać niższych hierarchią. Doskonale wiedziałem, że ten pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). zgubi nas wszystkich, a jako chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode. byłem pierwszy na liście jego ofiar. Tym bardziej, że mocno przywiązany był do tradycji, czego nieraz dawał dowód. Było dla mnie jasne, że odstępuje od mięsa rzuconego przez bukatówBukat(więz.) strażnik., bo ostrzy sobie zęby na mnie. A jeszcze gdy jadł, z taką zapalczywością wgryzał się w krwisty iakkowy rozbratel, że aż ciarki chodziły mi po plecach. A gdy spojrzał w moją stronę, tak kły wyszczerzył i tak mięso szarpnął, że aż kość trzasnęła, a ja przelękniony umknąłem za Matkę – jakby to w moje ciało zębami się wbijał. Okrutnie się go bałem. Z przerażenia aż zasikałem matczyne futro. Choć chyba i bez tego doskonale wiedziała, co czułem do Jangi. Nie wiem, co by ze mnie zostało, gdyby kiedyś zabrakło jej w celi, a przecież do rozdarcia wężowych łusek mogłaby nie wystarczyć przewaga w wadze i wielkości, jaką z samej natury miała ta tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. nad pardianemPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych).... Zresztą równie dobrze mogłaby z własnej woli i w myśl huryjskich praw oddać mnie w ręce nowego raisaRais(hur.) wódz.. Tuliłem się do jej sierści, nie będąc nawet pewnym, czy mam w niej jeszcze jakiekolwiek oparcie.

Po obiedzie Janga oznaczył celę. Ściany, kojeKoja(więz.) prycza., gierGier(więz.) toaleta. i firankiFiranki(więz.) kraty. nabrały intensywnego, ostrego, lekko słodkiego zapachu dominacji przypis  Tłumaczenie huryjskich opisów śladów zapachowych czy w ogóle zapachów właściwie mija się z celem. Hurie używają mnóstwa określeń, odpowiadających za konkretne składowe i nuty zapachów, które nie mają u nas swoich odpowiedników. Chociaż część z nich jestem nawet w stanie rozróżnić własnym nosem, to i tak nie potrafię ich nazwać w naszym języku, niestety zbyt ubogim w tym zakresie. Na zapach, który dla nas jest po prostu zapachem smoczliwki, huria wynajdzie piętnaście różnych określeń zależnych od stopnia dojrzałości, odmiany czy regionu, a żadne nawet nie będzie się odwoływać do samej nazwy owocu. To trochę tak jak my nie mówimy o dojrzałej smoczliwce, że jest koloru dojrzałej smoczliwki, a powiemy, że jest karminowa, wiśniowa, rubinowa, karmazynowa lub po prostu czerwona – przyp. tłum.. Z czasem zaczęły nasiąkać nim nasze futra, choć długo jeszcze czuć na nas było nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. Sharii. W końcu przez całe moje dotychczasowe życie dzień w dzień zlizywałem je z własnej sierści.

- Oj, dajcie już spokój z tym kadzeniem! – warknął ktoś zirytowany zza ściany. – Nawet tu nie ma czym oddychać!

- No coś ty? Ten ledwo wyczuwalny gipsGips(więz.) zapach. ci przeszkadza? – naigrywał się Radża przypis  Gips to inaczej zapach, choć mówienie tak o nukiach Jangi było co najmniej prowokujące.. – Niechże się kociak nałybieNałybać(więz.) ucieszyć się. póki może! Wróci na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. ta stara, oczajnaOczajny(więz.) równy. grzywa przypis  To znaczy taka, z którą się równo ogon nosi., to własnych nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe. Janga nie odnajdzie!

- Też mają w głowach naszpagaconeNaszpagacić(więz.) nazbierać. ci bukaciBukat(więz.) strażnik. – marudził tam znów kto inny zza ściany. – Tak tamtą burtęBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. skasowaliSkasować(więz.) złożyć. przypis  Złożyli., że po odholowaniuOdholować(więz.) zabrać. jedynego charakteruCharakter(więz.) ważny więzień. nie ma kim sensownym go zastąpić przypis  Tak się mówiło na najważniejsze hurie, te najwyżej w hierarchii.!

Na co Radża warknął rozdrażniony:

- A co, glazurujeszGlazurować(więz.) obmyślać., że byś się na raisaRais(hur.) wódz. nadawał, gdyby mnie ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. na słowo do kabarynyKabaryna(więz.) karcer. poprosiły, kajfusieKajfus(więz.) gorszy więzień. jeden przypis  Glazurować to szczegółowo obmyślać jakiś plan – ucieczki z Młyna lub choćby luftu czegoś spod gruzu na poziomie.?

Wtedy w naszej celi Janga, kątem oka patrząc na Zinaę, rzucił niewinnie, niby mimochodem, niby nie zwracając uwagi na to, co mówią za ścianą:

- Najedli się wszyscy?

Odpowiedział zgodny pomruk.

- Słyszeliście? – podchwycił znów tamten z celi obok. – Ci z jedynki się najedli! Nawet bez rakietyRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody.!

- A co mi do tego, hurio? – burknął Radża. – Ich śmietnikiŚmietnik(więz.) żołądek., nie nasze.

- To mi do tego, że nasze są puste! Taki mikry Janga to przynajmniej nie wszamie połowy fasunku, burcie nędzne ochłapy zostawiając!

- Bacz lepiej na słowa arufianieArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii., bo ci grzywa z głowy spadnie!

- Nie ważyłbyś się!

- Byś się lepiej nie przekonał!

- Wszyscyśmy widzieli, co Ordin robi z takimi, co kaleczą swoich!

- To frantFrant(więz.) głupiec. jeden! – oburzył się na dobre Radża. – Będzie mnie jeszcze pastuchamiPastuch(więz.) strażnik. straszył! Trzymać mi mocno tego nygusaNygus(więz.) nieistotny więzień. przypis  Jeszcze inne określenie na hurię, którym reszta gardzi.!

I stało się. Z pomocą kilku innych z celi zakneblował mu usta, by przypadkiem nie ściągnął na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. strażników, i ostrym nożem szpetnie zgolił grzywę temu arufianowiArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii.. Konga miał na imię. Z kilka lat mu odrastała. Straszna sprawa. Tym bardziej przecież, że u arufianArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii. ten, kto nie ma grzywy, nie może stać się raisemRais(hur.) wódz.. A bukaciBukat(więz.) strażnik. zdali się nawet nie zauważyć takiego okaleczenia. Tak samo jak nigdy nie odnaleźli kosyKosa(więz.) nóż., którą Radża się wtedy posługiwał. Miał na nią specjalną skrytkę w swojej koi, między deskami. U nas najlepszą bronią był żelazny nóż Haramishy. Trzymał go za luźną cegłą obok gieruGier(więz.) toaleta. i nikomu niższemu od siebie nie pozwalał go oglądać.

Któż zgadnie, jak to się działo, że wpuszczony przez Jangę wężowy jad pulsował w krwiobiegu i rujnował wszystko, co spotkał na swej drodze? Ledwo słowem się odezwał, a cela za ścianą niemal się nie pozabijała! Cóż to za demon w nim siedział? Mościł się w koi należącej do Sharii i uśmiechał się złośliwie jak to miał w zwyczaju, nasłuchując jak masakrują grzywę Kongi w celi obok. Czasem tylko dodawał w podobnych chwilach:

- Celne słowo głębsze zadaje rany aniżeli najlepsze ostrze.

rozdział

Chyba sam zagadnąłem Turama o Sharię, gdy któregoś dnia zszedł na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., niosąc zdobyty skądś kawał suszonej cielęciny najwyższej jakości. Od jakiegoś już czasu przynosił osobno odkrojony kawałek dla mnie, bo i od dawna dobrze wiedział, dla kogo idzie reszta.

- Nie wiem wiele – zaczął, gdy usiłowałem utopić ten nad wyraz aromatyczny podarunek w drewnianej misce. – Ani w celi funkcyjnych, ani w żadnym karcerze go nie trzymają, tego jestem pewien. O ile te żądne krwi monstra w ludzkich skórach nie zawlekły go gdzieś i nie zabiły tamtej nocy, to pewnie żyje jeszcze. Bo wolnych grobów ile było, tyle jest, chyba nowego by specjalnie nie kopali... Mogło się zdarzyć, że StaryStary(więz.) naczelnik., to znaczy naczelnik, Ordin Ar’Vertei, zamknął go w prywatnej celi, by osobiście zająć się karaniem. Mówią, że tak czasem bywa. Ale kto to wie? Mógł mu wyznaczyć jakąś inną pracę nawet i poza murami tej waszej huryjskiej kopalni.

- Czyli wyszedł na powierzchnię?

Strażnik wzruszył stalowymi naramiennikami.

- Może. Tęsknisz za nim, mały, co?

Pokiwałem twierdząco głową, jak to ludzie mają w zwyczaju.

- A jego żona? Jak to znosi? Bo ma w celi jakąś żonę, prawda?

- Żonę?

- No, żonę... – Turam przewrócił oczami i spojrzał na mnie nerwowo, jakby żałując, że w ogóle zaczął ten temat. – Kogoś, kogo kochał, komu ślubował wierność, z kim się... przytulał i... takie tam...

- Ale Sharia jest naszym raisemRais(hur.) wódz.!

- Tak, tak, wiem, mówiłeś... nieraz. Myślałem, że ma tu jakąś swoją... drugą połowę...

Ludzie mają dziwny zwyczaj łączenia się w pary, o czym mówił mi nieraz Turam, a i nasi wspominali czasem w ramach młyńskiego humoru. Zupełnie przy tym nie rozumieją zasad działania mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Uznają własne prawa, które wbrew ich opinii wcale nie wydają się bardziej cywilizowane od naszych. Podczas specjalnej ceremonii dwoje ludzi (koniecznie odmiennej płci) wspólnie podpisuje specjalny kontrakt własnościowy, w którym ślubują sobie wzajemną przyjaźń, pomoc i dążenie do porozumienia, ale jednocześnie: że jedno prawnie jest własnością drugiego, że z nikim innym nie będą uprawiać jamii jak tylko ze sobą, a czasem nawet: że pozostaną w swoim towarzystwie dopóki ich śmierć nie rozłączy. Zdają się mieć jakąś obsesję na punkcie tak dziwnie pojętej wierności; traktują ją zwykle bardzo honorowo i rygorystycznie. Nie mam pojęcia, jak my moglibyśmy przyrzec, że do końca życia trwać będziemy w jednej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., a jamią darzyć będziemy wyłącznie jednego, wybranego hurię bądź jedną huriankę. To musiałoby być okropnie nudne! No i co z resztą mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.? Im się jamia nie należy? Na mój rozum takie zobowiązanie brzmi nierozważnie i niezwykle egoistycznie. A u ludzi poza takim kontraktem własnościowym to jamia, o zgrozo, w ogóle jest niedozwolona, a czasem wręcz nielegalna. Nawet ich chekecheomChekechea(hur.) huryjskie młode. nie wolno się w nią bawić. Zaś niektórzy bezogoniBezogon(więz.) człowiek. wręcz za punkt honoru stawiają sobie, by ich hurianki przed podpisaniem kontraktu były zupełnie niedoświadczone w jamii.

Zresztą ludzie nieraz zdają się być zupełnie nieświadomi w sprawach jamii. Gdy tamtego dnia próbowałem wytłumaczyć Turamowi, na czym polega jamia, poczerwieniał na twarzy, zaczął się gorączkowo rozglądać, oblało go zimnym potem, po czym stwierdził – nie wiedzieć czemu – że jestem na to za mały i szybko pokuśtykał na górę. Nie miałem pojęcia, co go ugryzło, a na drugi dzień nie chciał do tego wracać. Sporo spłynęło wody do gieruGier(więz.) toaleta., nim nasza rozmowa przypadkiem znów trafiła w te same koleiny. Ważąc w ustach każde wypowiadane słowo, objaśnił mi wtedy, że ludzie zza Wielkiej Wody nieco inaczej podchodzą do jamii. Przede wszystkim okrutnie się jej wstydzą. Z tego wstydu nawet nie umieją o niej mówić, bo wszystkie słowa z nią związane, jakie sobie wymyślą, od razu uznają za nieobyczajne. Ze wstydu więc i z braku słów udają przed własnymi chekecheamiChekechea(hur.) huryjskie młode., że żadnej jamii nie ma, aby nie musieć im o niej wspominać! A przecież siłą rzeczy obdarzają je jamią choćby po to, by je czasem nakarmić ziwąZiwy(hur.) gruczoły mlekowe.... Zaś swoim huromHur(hur.) młodociany huria. i hurysomHurysa(hur.) młodociana hurianka., które skądś się dowiedzą, że jamia jednak istnieje, kategorycznie jej zakazują. Do dziś nie rozumiem, co chcą tym osiągnąć? Zdawałoby się, że taka polityka doprowadzić może tylko do uśmiercenia własnego gatunku poprzez świadome zaniechiwanie reprodukcji. Zdawałoby się, bo wbrew pozorom ludzie skutecznie i bez opamiętania się mnożą nie tylko na Rufie, ale również na Bakburcie i Sterburcie. Tylko czekać aż rozplenią się także na Dziobie oraz w nasze terytoria wejdą...

Być może zakazy i tajemnice to jedyny sposób, by wzbudzić ciekawość, zaangażowanie, pasję, wreszcie by obudzić pierwotne instynkty i targnąć się na jamię, uznawaną przez nich za tak bardzo przecież wstydliwą. Może inaczej nie potrafią? W ogóle wszystko wskazuje na to, że cały proces ich rozmnażania – wraz z łączeniem się w pary – przebiega wbrew pozorom kompletnie instynktownie, czyli zupełnie jak u zwierząt. Tym bardziej, że w odróżnieniu od hurianek ludzkie hidayeHidaya(hur.) dorosła hurianka. podobno ani nie potrafią kontrolować swojego cyklu, ani wpływać na płeć i rozwój płodu, ani nawet świadomie decydować o fakcie zajścia w ciążę przypis  To wręcz niewiarygodne, acz dłuższa obserwacja pozwala mi sądzić, że to prawda. Hurianki same określają swoją płodność i to w dodatku za pomocą myśli, jeśli wierzyć im na słowo. Hidaye i hekale uczą tej sztuki młode hurysy. Te, gdy posiądą już zdolność samokontroli nad własnym ciałem i przejdą odpowiednie rytuały, same stają się hidayami, społecznie uprawnionymi do posiadania potomstwa. Nadmienić trzeba, że bez względu na pozycję w hierarchii każdy dorosły huria żyjący w stadzie ma prawo spółkować z każdą dorosłą hurianką, która się na to zgodzi lub sama wykazuje ku temu chęci. Nie ma jednak prawa mieć z nią młodych, chyba że zezwoli na to rais. Pewnie dlatego też raisowi (i tylko jemu) wolno zagryźć każde młode, którego nie uzna za swoje (dosłownie: za należące do stada). To oczywiście jawny przejaw nie tyle nawet kanibalizmu, co uprawomocnionego barbarzyństwa w najgorszym możliwym wydaniu! Tym bardziej, że tak samo traktowane bywają młode urodzone jako ułomne, kalekie lub martwe (winę za taki rozwój płodu zwykle zrzucają wówczas na złośliwe demony i zalecają hidayi powtórne przejście rytuału Dudii)... Dla pełnego obrazu należy wspomnieć, że każda dorosła hurianka ma obowiązek spółkować ze swym raisem, gdy ten tylko tego zapragnie. Acz nie musi płodzić mu potomstwa, jeśli tego nie chce. Zatem ostatecznie to od dobrej woli hurianek zależą dalsze losy stada. Hurii spoza stada zwykle w ogóle nie dopuszczają one do siebie, choć wzajemne kontakty (w tym również intymne) z obcymi zdarzają się i nie są zabronione. Wszystkie te prawa zdały się obowiązywać zarówno w Młynie, jak i tu, na wolności. Różnie zaś je respektują wolne hurie, żyjące poza stadem lub wręcz poza swą ojczyzną. Traktować je należy dość indywidualnie. Bywa, że wtapiają się w inne kultury, a nawet, że zawierają małżeńskie kontrakty z przedstawicielami innych gatunków, choć zazwyczaj trafiają one do niewoli... – przyp. tłum..

Ludzie wstydzą się tego, że robią to, co robią, i że nie są tym, kim nie są. Wyobraźcie sobie, moje małe chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode., że za najbardziej wstydliwy, nieczysty i wręcz zwierzęcy uznają ludzie sam akt jamii. Wierzą, że to szkodzi ich duszy przypis  To coś na kształt małego, wewnętrznego demona, ale jednego na zawsze i otrzymywanego przez wszystkich w dniu narodzin, a nie poprzez Dudię.. Wręcz za wzory do naśladowania obrali sobie tych spośród siebie, co od aktów jamii wzbraniali się przez całe życie aż wreszcie pomarli, pozostając w stanie nieświadomości. Toteż gdy przychodzi czas, że rozpala ich pożądanie, zamykają się szczelnie w swych domostwach, kryją się przed swymi pobratymcami w tym przed własną nawet mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado., a gdy spełnią już swoje cielesne pragnienia, przepełnia ich poczucie winy. Stłamszeni przez obyczaje i przepełnieni wstydem udają więc przed innymi, że z własnymi cielesnymi potrzebami nie mają żadnej styczności. Zresztą wszelką przyjemność oraz wszystko, co zbytnio cielesne i naturalne, z góry oceniają jako złe. Godne pożałowania... Wiadomo, że i my preferujemy ustronniejsze miejsca, ale jak moglibyśmy wstydzić się tak normalnych i pięknych gestów przed własną mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.? A w specyficznych warunkach Młyna to już w ogóle przywykliśmy do aktów jamii uprawianych na oczach całej burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.. Wszyscy zdążyli się do tego przyzwyczaić – zresztą identycznie jak do gieruGier(więz.) toaleta., który miał w końcu równie publiczny charakter.

Nasze zwyczaje bardzo jednak drażniły strażników, nie rozumieli ich – tak jak i my nie rozumieliśmy czasem ludzkich zachowań. Tyle że ich ignorancja przekładała się na kary cielesne, noce w kabarynieKabaryna(więz.) karcer. lub brak śniadania – chcieli z nas wyrugować niemoralne maniery, jak to mówili. Na samym początku Młyna przez tę ich moralność porozdzielali nas do cel ze względu na płeć. Hurie osobno, hurianki osobno. Możecie to sobie wyobrazić? Nasi się zbuntowali, zaczęli głodować, poskutkowało. Rozdzielili nas wtedy odgórnie na takie mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado., jakie już trwały przez lata aż do samego końca. Acz i tak samej jamii woleliśmy unikać przy strażnikach – szczególnie gdy chodziłoby o jamię w obrębie tej samej płci lub w większej ferajnieFerajna(więz.) zżyta grupa....

- Ale jak to? – zapytał mnie kiedyś Turam. – To znaczy, że oni... tak ze wszystkimi?

Przytaknąłem. Turam, śmiesznie wykrzywiając twarz, kręcił głową z niedowierzaniem:

- Niepojęte... nieprzyzwoite... niemoralne... obrzydliwe! Jak oni mogą ci to robić? I jeszcze każą ci na to patrzeć!?

Nie mogłem zrozumieć, o co mu chodziło.

Relacje ludzi, a już szczególnie albinów, z ich własnymi ciałami trudno zaliczyć do udanych. Ciała te – niezbyt urodziwe, bo przecież niemal w całości pozbawione sierści – w nich samych budzą takie obrzydzenie, że nie są w stanie wytrzymać ich widoku. Dlatego ze wstydu większą ich część gorliwie zakrywają kilkoma warstwami ubrań lub zbroi, by przypadkiem żaden z ludzi nie ujrzał ich nagich. Nie do pomyślenia, prawda?

Co ciekawe, ze swoich ciał wydzielają części godziwe i niegodziwe. Te ostatnie najskrupulatniej ukrywają pod ubraniami. Ich hurianki stronią od publicznego pokazywania swoich ziwZiwy(hur.) gruczoły mlekowe., ale za najbardziej wstydliwe uznają swoje umyUmy(hur.) męskie organy płciowe. i ukiUki(hur.) żeńskie organy płciowe. – pomimo że oprócz grzyw właśnie tam miewają odrobinę szczątkowego futra. Zupełny brak konsekwencji. Turam nie był w stanie mi jasno odpowiedzieć, dlaczego zakrywanie akurat tych części jest dla nich tak bardzo istotne. No ale Turam był nieco inny – pochodził z odległych stron; jako jedyny wśród strażników nosił rogaty hełm i sam nieraz się dziwił zwyczajom pozostałych.

To oczywiste, że ludzie za pomocą ubrań zwykli rekompensować sobie naturalne braki w sierści – szczególnie daleko na Rufie, gdzie jest znacznie zimniej niż tu. Nierzadko wytwarzają je z pięknych futer upolowanych przez siebie zwierząt. Zawsze to jakiś sposób na poprawienie swego mizernego wizerunku. Ubrania ponadto chronią ich delikatną, łatwą do rozerwania skórę przed otarciami i ranami. Zdarza się im również przenosić w nich jakieś drobne przedmioty, podobnie jak i nam w naszych khangachKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode. przypis  Khanga to rodzaj tradycyjnej huryjskiej szarfy, przerzucanej przez ramię, a traktowanej jako schowek na podręczny ekwipunek (lub młode), różnej dla odmiennych funkcji, jakie hurie pełnią w stadzie. To jedyna i zwykle stała część ich ubioru, nie licząc szeregu ozdób, w których mają szczególne upodobanie – przyp. tłum.. Słowem: nam do niczego te wynalazki niepotrzebne. A jednak... MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik. był swego czasu innego zdania. Jeszcze podczas stawiania pokładuPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. nakazał wszystkim huriom, by zakrywali swoje umyUmy(hur.) męskie organy płciowe. i ukiUki(hur.) żeńskie organy płciowe. ubraniami. Absurdalne. Trudno się dziwić, że nasi z początku buntowali się przed takimi zmianami, skoro ubraniami tymi w dużej mierze były poprzecierane, zapocone i na wskroś przesiąknięte ludzkim zapachem wojskowe koszule bukatówBukat(więz.) strażnik.. Strażnicy utrzymywali, że w ten sposób zapobiegali szerzeniu zgorszenia, ale to zwykły farmazon przypis  Co to jest zgorszenie? To coś w rodzaju zbiorowego przebudzenia. W zasadzie nigdy nie pojąłem do końca, o co w tym chodziło, więc nawet nie pytajcie.! To przecież oczywiste, że takie młyńskie kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany. służyły zaznaczeniu, że jesteśmy własnością ludzi, zamanifestowaniu gwałtem ich pozycji w naszej hierarchii. Nie mieliśmy sił, by się sprzeciwiać. Mogliśmy jedynie podejrzewać, że zrobili to również z czystej, typowej dla siebie zazdrości. W końcu to my mieliśmy dorodną sierść, nie oni; dobrze, że nas nie golili do gołej skóry dla wyrównania szans. Z czasem ludzkie nukiNuki(hur.) ślady zapachowe. wywietrzały, a łachmany przeszły naszymi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe. i przestały być tak irytujące. BukaciBukat(więz.) strażnik. doskonale zdawali sobie z tego sprawę, bo co jakiś czas uparcie próbowali wetknąć nam kolejne ubrania przesiąknięte ich zapachem, utrzymując, że nasze są już potargane. Jakby wcześniej nie były. Swoją drogą odkryliśmy, że kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany., choć skutecznie przeszkadzały nam w codziennej egzystencji, to nieźle się nadawały do przenoszenia niewielkich porcji luftuLuft(więz.) przemycane przedmioty. między poziomem a pokłademPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. przypis  To przeróżne przedmioty, jakie nasi wynajdywali na dole. To zadziwiające, jakie skarby dało się wygrzebać spod tego gruzu. A niektóre z nich udawało się czasem przemycić w zakamarkach łachman na pokład. Z oczywistego braku zwierzyny taki przemyt czasem zastępował nam w Młynie ceremonię Mahiri..

Osobiście zawsze mnie ciekawiło, jak ludzkie hidayeHidaya(hur.) dorosła hurianka. karmią przez taki materiał swoje chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode., bo przecież nietrudno sobie wyobrazić, ile problemów sprawia im jamia czy choćby najzwyklejsze oddawanie moczu. Za każdym razem muszą przecież pozbywać się wszystkich lub choć części warstw tej ich bawełny, skór czy stali. A poza tym nawet do kinesyKinesa(hur.) wydalanie. przypis  Kinesa – mesejski odpowiednik ogółu potrzeb fizjologicznych – przyp. GE., potrzeby najbardziej przecież podstawowej, a mimo tego uznawanej za wybitnie wstydliwą, muszą uprzednio wynaleźć jakieś ustronne, odludne miejsce. Niekiedy budują w tym celu małe, drewniane szałasy, które służą jednocześnie za magazyny ich własnych odchodów. Chowają się w nich, by nikt ich nie zobaczył, ale zdają się nie zauważać, że zapach manifestuje ich obecność na dobrych kilka kilometrów! To prawdziwie nie do pojęcia! Jeśli ktokolwiek chciałby polować na ludzi, nie miałby trudnego zadania. Roztaczają wokół siebie trudny do wytrzymania odór w związku z ich zupełnym brakiem poszanowania zasad higieny. Wierzcie lub nie, ale jak długo żyję, nie widziałem, by którykolwiek z nich się lizał! Doprawdy przedziwny gatunek...

Tak ogólnie mówiąc, ludzie mają szczególny dar do komplikowania sobie życia. Przecież wszyscy wiedzą, że szczęście nie bierze się z komplikacji, a z prostoty. Nigdy nie zdołałem pojąć, dla jakich celów wymyślili te wszystkie okowy i z taką ochotą je noszą, jednocześnie uznając się za wolnych. Z własnych ciał dla samych siebie skonstruowali więzienia dalece okrutniejsze aniżeli wszystkie Młyny świata. Zakuci w kajdany na nogach i rękach, zamknięci za szeregiem krat głęboko pod ziemią i zmuszani dzień w dzień do niewolniczej pracy czuliśmy się nieraz bardziej wyzwolonymi od nich.

rozdział

Matka, nawet nie kamuflując żalu, patrzała mi głęboko w oczy i dyszała ciężko przez zaciśnięte kafleKafle(więz.) zęby., gdy Janga gryzł ją w kark podczas inicjalnego aktu jamii. I to jeszcze takiego od ogona jak jaka zwierzęca bestia. By nie zwariować, próbowałem sobie wmówić, że wcale nie robi jej krzywdy. Traciłem jednak wiarę, widząc Lōzi, tę arufiankęArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii. od magii, opartą o firankiFiranki(więz.) kraty. i liżącą swoje sponiewierane ukiUki(hur.) żeńskie organy płciowe.. W powietrzu czuć było huryjską krew. Czarny, śliski potwór, upojony swoją władzą, nawet nie próbował być delikatnym i troskliwym dla swych ofiar. Tryumfował gwałtownie, niemal sadystycznie – tyle długich i ciemnych lat z szaleńczą pasją marzył o tej chwili...

Zresztą który raisRais(hur.) wódz., obejmując władzę w mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., pyta hurianki, czy mają ochotę na jamię? Którego w ogóle obchodzi, co mają wtedy do powiedzenia? Mało którego obchodzi to na co dzień. Zinaę pewnie by obchodziło. Ale poległ. Mógł jedynie się przyglądać. Bowiem to wszystko działo się tej samej nocy, w której doszło między nim a nowym raisemRais(hur.) wódz. do tamtej pamiętnej walki.

Swą wężową trucizną Janga infekował po kolei ciała wszystkich hidayHidaya(hur.) dorosła hurianka. i hekalHekala(hur.) stara hurianka. z naszej celi. Jedyna Ugaidi sprawiała wrażenie, że czerpała z takiej jamii jakąś większą przyjemność. Może chciała mu się tym przypodobać? Wszak nie bez przyczyny za Jangi awansowała w hierarchii na drugi ogon w mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. To wszak dość wyjątkowe, by do fasunku zaraz po raisieRais(hur.) wódz. startowała hurianka, ale tak to u nas wtedy było. Wiedziała jak się ustawić – nawet stary Haramisha musiał jej ustępować.

W którymś momencie, gdy Janga skończył z jedną z hidayHidaya(hur.) dorosła hurianka., wciąż jeszcze sapiąc, spojrzał zachłannie na Vijani. TigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii., czując cheleoCheleo(hur.) lęk przed wyższym w hierarchii., zacisnęła zęby, podkuliła się do ziemi i wbiła wzrok w posadzkę; miała szczęście, że była jeszcze hurysąHurysa(hur.) młodociana hurianka. przypis  Spółkowanie z nieletnią hurianką (hurysą) w normalnych okolicznościach nie jest uznawane za złe, a jedynie za niestosowne, a konkretniej: niegospodarne. Bowiem ewentualnie poczęte takim sposobem młode pożerane są przez raisa zaraz po urodzeniu lub wcześniej ronione, o ile powiodą się hurysie specjalne w tym celu medytacje. To okrutne, acz jedyne konsekwencje, chyba że huria, hur lub hadhi dopuści się tego czynu wbrew woli hurianki – wtedy zazwyczaj karany jest on wygnaniem ze stada, ale, co zaskakujące, nie za krzywdę, jaką wyrządził przecież hurysie, a raczej za wejście w kompetencje raisa, do czego nie miał prawa. Jeśli bowiem aktu gwałtu na nieletniej dokona sam rais, traci na tym co najwyżej tylko jego reputacja – ma wszak prawo do wszystkich swoich hurianek. Niekiedy jednak bywa, że taki czyn staje się zarzewiem wewnętrznego buntu w stadzie lub próby przejęcia władzy przez innego hurię – przyp. tłum.. Nie miała za to dość rozwagi, by trzymać język za zębami:

- Śmiało, Jango! Nawet bukaciBukat(więz.) strażnik. dawno już przed tobą mnie próbowali... i nie rozczarowali się!

Ku zaskoczeniu reszty czarny wąż jednym gwałtownym zamachem ręki przerżnął ostrymi pazurami po twarzy Vijani aż głowę jej odrzuciło, jucha poszła, a sierść w powietrze pofrunęła.

- Nie pyskuj raisowiRais(hur.) wódz. swemu! – zagrzmiał. – Psia, sprzedajna larwo, plamisz resztki naszej dumy! Ile wicujeszWicować(więz.) dostać. za to szlojenieSzloić(więz.) spółkować. w kabarynieKabaryna(więz.) karcer.? Co przypis  Wicować to coś dostać, czasem także: dostać baty, a szlojeniem przezywali bukaci akt jamii. Na jamię mieli mnóstwo niewybrednych określeń.?

- To niebywałe! – obruszyła się ta wiekowa arufiankaArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii., Dhahiri, własnym ciałem zasłaniając Vijani, która to z kolei przelękniona i zszokowana skuliła się z bólu na posadzce, twarz kryjąc w dłoniach. – Ciepłe sharabuSharabu(hur.) huryjska nalewka na ziołach. uderzyło wam do głowy, Jango! Cóż to komu przeszkadza, że tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. w pełni się jamii oddaje? Nauki ma za sobą! A kto to widział, by za to pazurami własną huriankę kaleczyć? Toż mało krzywdy od strażników doznajemy, by trzeba nam było po nich poprawiać jeszcze i hurysieHurysa(hur.) młodociana hurianka. lico oszpecać? Wszystko siedzi w głowie! Za Sharii to by było nie do pomyślenia!

PrawilniePrawilnie(więz.) naprawdę. przypis  To jest: naprawdę i szczerze. wątpię, hekaloHekala(hur.) stara hurianka.! – wycedziła Ugaidi nim Janga zdążył otworzyć usta. – Jeszczem nie zapomniała, jakie mi wtłukiWtłuki(więz.) kara cielesna. na odchodne Sharia sprawił. Obetnij sobie, jakie mam na froncieFront(więz.) twarz. pamiątki po tym twoim arufianieArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii. przypis  No jak to gdzie? Na twarzy przecież.!

- To niebywałe – podjął do wtóru Janga, świdrując wzrokiem Dhahiri – by ta, która bez ustanku klektaKlektać(więz.) opowiadać. nam o naszych własnych ukazachUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje. przypis  Czyli prawach, obyczajach i tradycjach., pierwsza o nich zapomniała. Aby w pełni oddawać się jamii, trzeba okazać się tego godnym. To twoje słowa, arufiankoArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii.! A jakoś nie pamiętam, by ta tutaj hurysaHurysa(hur.) młodociana hurianka. śmignęła się na szkacinęŚmignąć się na szkacinę(więz.) przystąpić do rytuału Mahiri. przypis  To znaczyło, że nie podjęła się jeszcze ceremonii Mahiri.. Wszak nie bez powodu wciąż nazywamy ją właśnie „hurysąHurysa(hur.) młodociana hurianka.”, a nie „hidayąHidaya(hur.) dorosła hurianka.”! – warczał Janga, sycząc przez zęby. – A te bukackieBukat(więz.) strażnik. zakute mordy nie należą ani do jej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., ani nawet do jej gatunku. Toteż wbrew temu, co się niektórym wydaje, żaden z nich nie jest jej raisemRais(hur.) wódz.. A mimo tego ta zuchwała tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. dygaDygać(więz.) biegać. tam przypis  Dygać to było biegać., gdy tylko przydarzy się okazja i to głównie po to, by dać się nafutrowaćFutrować(więz.) jeść. jakimś luksusowym smarunkiemSmarunek(więz.) jedzenie. przypis  To tak inaczej o jedzeniu.! Słowa bym jednak nie powiedział, gdyby kiedykolwiek coś stamtąd przyniosła własnej burcie!

W Młynie to było na porządku dziennym, że bukaciBukat(więz.) strażnik. co jakiś czas wybierali sobie z którejś celi jedną z hurianek i przymusem zaciągali ją do kabarynyKabaryna(więz.) karcer. na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. lub do swych lochówLoch(więz.) dziura, pomieszczenie mieszkalne strażników. na górze, aby tam zaspokoić swoje popędy. W kilku lub nawet kilkunastu naraz. Bez przyzwolenia, bez reguł, bez jamii. Gorzej jak zwierzęta. Wbrew powszechnym osądom hurianki – nawet jeśli nie stawiały oporu lub wręcz próbowały się pastuchomPastuch(więz.) strażnik. przypodobać – nie zawsze dostawały coś na ząb w ramach nagrody. Wracały zamknięte w sobie, milczące, czasem roztrzęsione, czasem potłuczone i posiniaczone. Ale to prawda, że Vijani upodobali sobie szczególnie. Może przez to jej zjawiskowe futro, wiek albo po prostu chęci do współpracy?

- Ćwierć kiełbasy od kindybałaKindybał(więz.) męski organ płciowy. – stwierdził fachowo Haramisha. – Tyle w czwórce biorą. Przynajmniej tak gańczająGańczać(więz.) mówić. na poziomie. SzpargaSzparga(więz.) zysk. jak piesPies(więz.) strażnik., nie ma co przypis  Czyli ogólnie zysk. Zwykle określaliśmy tak dzienny urobek albo przydział fasunku z obiadu.!

- Ćwierć kiełbasy? – nie dowierzał Janga.

- Ćwierć. I to nieraz tak już zgniłej, że piesPies(więz.) strażnik. by nie tknął. Podobno ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. w ten sposób pozbywają się nieświeżego troidłaTroidło(więz.) jedzenie. ze swych spiżarni przypis  A to jeszcze inaczej o jedzeniu..

- A cóż miała jeść z jej pozycją w hierarchii, gdy głód żołądek ściskał? – spróbowała znów Dhahiri. – Sharia nic złego w tym nie...

- Do wszystkich demonów z tą uległą grzywą! – splunął jadem wąż przypis  Tak, to prawda. To bukaci mieli w zwyczaju zwilżać posadzkę własną śliną dla podkreślenia swojej pogardy. Ludzie mają całe mnóstwo zwyczajów i gestów o określonych znaczeniach, których nie sposób racjonalnie wytłumaczyć. W Młynie mimowolnie nimi nasiąkaliśmy i jakby zarażeni sami ich używaliśmy względem siebie.. – Cóż z tego przyszło, że zezwalał na łamanie ukazówUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje.? – gorączkował się Janga. – Obetnijcie na siebie i oceńcie, do czego to doprowadziło! Ile w nas zostało z hurii w tym przeklętym podziemiu? Ile w nas jeszcze z hurii, skoro nawet Dhahiri nie widzi niczego złego w takim podejściu? Oto do czego doszło – z politowaniem wskazał na Vijani. – Hurie w Młynie za rakietową porcję zgniłego fasunku z hodowlanego ubojuUbój(więz.) mięso. gotowe są oddać wszystko. Bez chwili wahania sprzedają swoje ciała, inni bez skrupułów sprzedają swoich braci, a te figuryFigura(więz.) więzień funkcyjny. z górnych pokładówPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. to nawet własne mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado.! Ile to już cykli minęło od chwili, gdy z głodu zrzekliśmy się swych demonów przypis  Hurie nie wierzą w duchy swych przodków. Zamiast tego utrzymują, że każdą żywą istotę prowadzi jej własny, nieśmiertelny demon, który nadaje tejże istocie właściwych sobie cech i pcha ją do tych czy innych działań. W rytuale zwanym Dudią hurie zjadają surowe mięso i piją krew samodzielnie upolowanego zwierza, mając nadzieję przyjąć jego demona do własnego ciała. Dlatego też hurie, gdy chcą stać się lepszymi niż są, usiłują polować na najdorodniejsze osobniki – w nie bowiem wcielone są najsilniejsze demony. Ci, którzy pragną być bystrzejsi od wiatru, gnają za najszybszymi gazelami; ci, dla których celem jest siła, mierzą się z najroślejszymi bawołami; zaś ci, którzy polują na najgroźniejsze lwy bądź pantery, raczej nie pragną wytrzebić swoich naturalnych (zwierzęcych) rywali z terytorium, a właśnie przejąć demona, wzmagającego zmysł słuchu bądź powonienia, i stać się dzięki temu doskonalszymi łowcami. To beznadziejna polityka łowiecka, a nie robi spustoszenia w stadach dzikich zwierząt jedynie dlatego, że hurie nieczęsto mają kaprys się doskonalić. Ponadto wierzą, że również na co dzień (poza rytuałem) może się zdarzyć, iż zdezorientowany demon pozostanie w ciele, nawet gdy porządnie wygotować lub wysmażyć mięso. Dlatego hurie na wszelki wypadek stronią od jedzenia osobników chorych, kalekich lub trzymanych w niewoli, hodowli – w obawie przed tym, że jakiś złośliwy, uległy bądź podupadły demon mógłby przejąć nad nimi władzę. Nic więc dziwnego, że hurie przetrzymywane w Młynie były zdania, iż podawane im surowe, hodowlane mięso coraz bardziej pogrążało ich w niewoli – przyp. tłum., a huryjskie tradycje oddaliśmy za bezcen? Gdzie nasza duma, gdzie zasada równego przydziału, gdzie chociażby bezinteresowna jamia? PsyPies(więz.) strażnik. dawno już wykrepiłyKrepić(więz.) kraść, bić. nas ze wszystkiego, co nas określało przypis  Krepić to kraść, grabić lub bić.. Osiągnęły swój cel: jesteśmy jak te bezduszne krasnoludzkie machiny, co bez zająknięcia wykonują polecenia, krztyny życia w sobie nie mając. Oto do czego doszło: staliśmy się ich własnością! – Dla podkreślenia szarpnął rękami własne kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany., czyli przecież starą bukacką koszulę czy co tam miał na sobie. – A stało się tak, bośmy uprzednio pomarli. Jesteśmy martwi, bo i temu, co nas określało, tradycjom i zwyczajom, pozwoliliśmy w nas obumrzeć. A wnętrza naszych trucheł na ludzką modłę zakopanych pod ziemią trawi nasze własne, egoistyczne robactwo!

Nikt z nas nie myślał, że Janga potrafi mówić tak długo. Nawet cela obok zza ściany słuchała w skupieniu jego słów. A nie tylko tym jednym nas zadziwił tamtej nocy.

- Dajcie pokój, Jango! – wypalił nie kto inny, a sam Zinaa. – TronaTrona(więz.) noc. coraz krótsza przed nami, a niewyspani rakietyRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody. nie wyrwiemy!

- Psi sługusie pędzlowanyPędzlowany(więz.) sprzedajny. przypis  To znaczyło: sprzedajny.! Tak do tyrkiTyrka(więz.) praca. ci śpieszno, by panom swoim służyć? Ochłap iakkowego ścierwa, w jakim mógłbyś pniakiPniaki(więz.) kły. zatopić, to jedyne, na czym ci zależy?

- Spójrzcie na własną burtęBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., Jango! Wykończeni, wychudzeni, bez zapału i nadziei. To prawda, jesteśmy martwi. Ale martwi z głodu i niewolniczej pracy ponad siły. A nasze tradycje, ukazyUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje. i rytuały nie zapełnią nam żołądków, jak i nie ułatwią nam drążenia skał. Tu, w Młynie, tradycje przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.

- I to mówi huria, który dziś jeszcze mierzył się ze mną o władanie nad tą mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.... Przynosisz nam hańbę! Nie jesteś godzien nawet tego futra, jakie sam nosisz, karakanieKarakan(więz.) mały i niski więzień.! Dlatego zgodnie z tradycją, którą tak gardzisz, od tej chwili nie jesteś już dłużej hurią. Od dziś na powrót stajesz się huremHur(hur.) młodociany huria..

Osłupieliśmy. Zinaa chyba najbardziej.

- To przecież niemożliwe! – oburzyła się Dhahiri tym razem w obronie Zinai. – Kto jak kto, ale akurat ten huria przeszedł ceremonię MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość., wszystko siedzi w głowie, tego nie sposób cofnąć!

- Prawda jak piesPies(więz.) strażnik.! – podchwycił hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha. – Doskonale pamiętam, jak przytargał z poziomu tę misę, co jej używaliśmy do mieszania akwareliAkwarela(więz.) barwnik do tatuażu., a którą psyPies(więz.) strażnik. nam potem podczas kipiszuKipisz(więz.) rewizja. uczepiłyUczepić(więz.) zabrać. przypis  Czyli zabrali podczas rewizji. Przeprowadzali je za dnia, niespodziewanie, gdy wszyscy byli na poziomie. Przetrząsali w celach koje, wywracali derki, miski, szukali luźnych cegieł. Rewizje nie były zbyt częste, ale zwykle niosły ze sobą krwawe żniwo. Zawsze znaleźli jakieś nielegalne przedmioty – broń, igły do tatuażu, cokolwiek, co miało ostre krawędzie. Obierali sobie na chybił trafił jedną lub kilka ofiar z nieszczęsnej celi i wrzucali do karceru na wtłuki; rzadko się zdarzało, by ktoś brał winę na siebie. Za zwykły luft i inne fanty wprawdzie nie karali, ale i tak zabierali je ze sobą – nawet grzebienie do sierści uporczywie wycinane z obiadowych kości..

- Oto właśnie, Haramisho, wszystko, co ten hurHur(hur.) młodociany huria. uczynił – obwieścił Janga. – Przytargał do celi nic nie znaczący fantFant(więz.) przedmiot. z poziomu. Nawet kulawej antylopyAntylopa(przyr.) iakk sawannowy. nie upolował, krwi jej nie pił, wolny jej demon w niego nie wstąpił, z mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado. swą się nie dzielił. Nie kosztowałem ubojuUbój(więz.) mięso., jaki złowił, bo i jedyne, co złowił, to ta żałosna ceramiczna misa, jaką znalazł pod gruzami.

- Ale gdzie tu... – zaczął Zinaa.

- Nie waż się przerywać raisowiRais(hur.) wódz. swemu! – huknął Janga. –Pozbawieni sił i nadziei daliśmy sobie wmówić, że przemycenie byle czego z dołu starczy za całą ceremonię MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość.. Już zapomnieliśmy, jak to jest gonić ofiarę do upadłego; jak to jest wbijać kły w jej ciepłe mięso i pić jej ciepłą, pulsującą krew; jak to jest spać w cieniu koron drzew i budzić się przy rozgwieżdżonym niebie. Tego wszystkiego tu nie ma i nigdy nie było, a dość już mam udawania, że jest inaczej. Od dziś pod moim marashemMarash(hur.) ogon. nie będzie w tej celi UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. bez gwiazd nad głową, jak również nie będzie MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość. bez zwierzyny!

- To niedorzeczne! Gdzie tu kto widział tę kulawą antylopęAntylopa(przyr.) iakk sawannowy.?! – poderwał się zbulwersowany Zinaa. – Wskaż mi w tym jałowym podziemiu jakąś zwierzynę, to upoluję ją i w zębach przyniosę mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. do podziału!

- Upoluj zatem psaPies(więz.) strażnik. – bez zastanowienia odparł Janga. – Pełno się tu ich pęta. Zabij jednego, wypij jego krew, posiądź jego demona i podziel się jego mięsem, a tradycji stanie się zadość i odzyskasz miano prawowitego hurii. I dobrze radzę: bacz na słowa. Mówisz do swego raisaRais(hur.) wódz..

To ucięło wszelkie dyskusje. Zinaa zrezygnowany opadł na derki. Wysoko mu nowy raisRais(hur.) wódz. poprzeczkę ustawił. W końcu wśród wszystkich zwierząt najniebezpieczniejsi i najbardziej nieobliczalni są ludzie. Paskudna sprawa. HadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha opowiadał o takich zdarzeniach z początków Młyna, ale już od lat nikt z naszych nie był na tyle zuchwały. BukaciBukat(więz.) strażnik. szybko kończyli z tymi, co targnęli się na życie strażnika. Wszyscyśmy o tym wiedzieli. Ten szaleniec Remba Roho nie był jedynym, który się o tym przekonał na własnej skórze. A Zinaa w zasadzie nie był jedynym, który odbył ceremonię MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość. w młyński sposób, ale za to jedynym, który tak bardzo nowemu raisowiRais(hur.) wódz. zaszedł za skórę.

Jednak nie on jedyny stał się ofiarą wężowego jadu Jangi. Spójrzcie w górę, moje chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode.. Co widzicie? Niby nic nadzwyczajnego, prawda? Obserwujecie je niemal każdej nocy, kojarzycie ich imiona, uczycie się nazw zbiorów – znacie je tak dobrze jak gałęzie rodzinnego drzewa; towarzyszą wam od zawsze. A wyobraźcie sobie, że ja w waszym wieku, siedząc tam pod ziemią w Młynie, nie widziałem na własne oczy ani jednej gwiazdy. Ani jednej. Nigdy. Żadnej. Znałem je tylko z opowieści – tak samo jak chmury, słońce i oba księżyce. A słyszeliście, jakie prawo ustanowił Janga: bez gwiazd nad głową ceremonia UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. nie była możliwa. Na zawsze więc pozostać już miałem chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode. – przynajmniej aż do powrotu Sharii...

rozdział

Pierwsze gwiazdy wychodzą ze swych zachmurzonych kryjówek, a złote promienie dogorywającego słońca oblizują maszty rusztowań przywartych do kolumn o fikuśnych kształtach. Niedokończony jeszcze strop straszy obnażonymi kikutami niczym przegryzione do cna żebra. Hordy maszkaronów w cieniu kryją się przed blaskiem, inne – w skałę już zaklęte – cienie rzucają straszliwe. A im niżej, tym bestie poczwarniejsze, bardziej rogate, zębate i zdeterminowane. Wypatrują mnie, a ja w tym kamiennym lesie, na jednym z konarów skryty wiatru pilnuję i wszelkich dokładam starań, by nikt nas nie wytropił. Nas, bo na moim ramieniu w sierść łapkami wczepiona siedzi Ona. A u dołu innego pnia, przy samych już korzeniach maszkara wielka, włochata. Ślini się paskudnie, skrzydła jej dziurawe... Nie, niech to będzie raczej Sharia! Niechaj lśni królewska jego grzywa w złocie zachodu oblana, niech sierść się jego mieni! Po kamiennych maszkaronach z kolumny wyrosłych wspinam się wyżej, by widzieć go lepiej. A on na widoku, o tamten kamienny filar oparty dumnie obserwuje podniebny spektakl puchowych chmur, które niczym smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający. tańczą na niebie przed gwieździstą nocą.

- Ciii, już spokojnie – szeptam Jej na ucho, gładząc po grzbiecie. – Patrz, jaka tam magia w górze! Ile złota!

- To się godzi? – pyta z dołu ni z tego, ni z owego Sharia, nawet nie odwracając wzroku od zachodu słońca. – Nie jesteś sam...

A więc fiasko. Że też musiałem się odezwać! A tak w ogóle to jak on mógł mnie stamtąd usłyszeć? Prycham rozeźlony, z żalem zeskakuję na ziemię i wynurzam się zza kolumny.

- No, czas już wracać – oświadcza Sharia. – Nie dziś, to następnym razem. Na jednym, nieudanym podejściu świat się jeszcze nie kończy. No, chodź już.

- Shario? – pytam, gdy zmierzamy już obok siebie do schodów na pierwszy poziom.

- Śmiało, mów.

- Wy też powtarzaliście UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy.?

A on w uśmiechu kły szczerzy poczciwe i tak odpowiada:

- Tak... Kilka razy. Stare dzieje. Ale wiedz, że to niepowodzenia są najlepszymi nauczycielami. O ile tylko pozwolimy im dojść do słowa.

- Ale przynajmniej nikt mnie nie widział!

- Nikt? A to drobne stworzenie na twoim ramieniu?

- Ona? – zerkam, czy jest tam jeszcze. – To moja Siostra, Shario.

- Siostra?

- Siostra. RapcieRapcie(więz.) uszy. te same, zresztą niuchyNiuch(więz.) nos. i głazyGłazy(więz.) oczy. też. Tak powiedział Aria z drugiej celi. Nie zmyśliłem!

- Aha... Bardzo mała jak na... tigriankęTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.. No i gdzie ma pręgi?

- Schowała dla niepoznaki! – odpowiadam po chwili. – Potrafi wiele sztuczek. Chcecie zobaczyć, Shario?

Za zgodą rozpromieniony demonstruję przed swym raisemRais(hur.) wódz. cały pokaz mysiej magii: jak mi po karku przebiega z jednej ręki na drugą, jak wodzona palcem obiega moją dłoń, jak po zapachu zgaduje pod którą z odwróconych misek zostawiłem trochę okruchów, jak znajduje drogę do szamunkuSzamunek(więz.) jedzenie. w labiryncie z mis, szmat i starych łachman, jakie jej ustawiam na posadzce naszej celi. Pokazuję nawet jak z boku uruchamia mechanizm serowej pułapki, by podebrać zastawiony w niej dla treningu bomsBoms(więz.) chleb..

- Prawdziwie niewiarygodne, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode. – stwierdza zdumiony arufianArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii., gdy przełożywszy rękę przez kraty pozwala jej chodzić po swojej własnej dłoni. – Niezwykle bystra ta mała... tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.... Ale skoro rzeczywiście to twoja siostra, to tym bardziej powinniśmy ją wliczać do naszej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., nieprawdaż? – Zauroczony aż oczy szeroko otwieram na te słowa. – A przecież w chwili, gdy dostrzeże cię ktokolwiek z mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. jest przerywane, mam rację? No widzisz. Zatem gdyby twój trop wywąchała jakaś pierwsza lepsza mysz, to nic by się przecież nie stało... Ale ta mała należy do mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Nie możesz razem z nią przystępować do UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy.. To samotna próba...

- Ale jak otworzymy kratę? – zastanawiam się zza prętów, oparty o którąś kojęKoja(więz.) prycza. w celi.

Sharia, przed bramą stojąc na korytarzu, to po ścianach się rozgląda, to znów na mnie zerka, wreszcie przybliża się znów do firanekFiranki(więz.) kraty., rękę między prętami znów przekłada i sierść na głowie mi czochra zwyczajem Turama. Z błyskiem w oku mówi ściszonym głosem:

- Żadna stal nie może się równać z potęgą wyobraźni!

Wciąż trzymając mi na głowie swą prawą, stalową rękawicę, lewą ręką do łachman swych sięga, szuka czegoś zawzięcie. Wreszcie jakiś fantFant(więz.) przedmiot. drobny z kieszeni wyciąga, chwilę waży go w dłoni, po czym z wolna prowadzi do zamka. Kątem ust uśmiecha się do mnie, gdy mechanizm zgrzyta cicho i klika na otwarcie. Sharia klucz z zamka wyciąga i zręcznym ruchem przytracza go sobie do kółka przy pasie Turama. Bujna grzywa – hełm rogaty; kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany. – zbroja lśniąca; komplet kajdan – pęki kluczy. TwyrasyTwyrasy(więz.) kraty. jękliwie rozdziawiają swe szczęki, Turam wchodzi do środka, szurając o ziemię łańcuchami i stukając drewnianą nogą. Rozgląda się po celi, podchodzi do mnie, przykuca, za rękę łapie i pyta wzburzony:

- A gdzie reszta? Gdzie nasza mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado.? Gdzie się podziała?

- No? Gdzie?! Gdzie nasza wachaWacha(więz.) woda., pytam?! – warczał w furii Janga, za futro potrząsając całym moim ciałem przypartym do ściany na lewo od kraty. PniakamiPniaki(więz.) kły. mi przed nosem machał, steramiStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. majtał mi po oczach, ostrymi pióramiPióra(więz.) pazury. w boki się wbijał do bólu, ciepłą jego ślinę na sierści czułem. – Żadnego pożytku z tej głupiej szczotkiSzczotka(więz.) huria.! Nawet wody do misek nie naleje! Gdzieżeś był przez cały dzień, zapchlony karakanieKarakan(więz.) mały i niski więzień., gdy my aż po same rapcieRapcie(więz.) uszy. tyraliśmy na poziomie?!

Cały drżąc i gwałtownie łapiąc powietrze, rzuciłem okiem na celę. Przerażony dostrzegłem rozrzucone na posadzce misy poprzewracane dnem do góry, a część z nich wraz ze szmatami i łachmanami tworzyła labirynt, w którym jeszcze przed chwilą chowałem Siostrze bomsBoms(więz.) chleb. dla zabawy. Jeszcze przed chwilą pokazywałem ją Sharii i Turamowi. A to była tylko moja wyobraźnia!

- To taka... gra... – wydukałem, patrząc na te wszystkie miski.

- Śmiesz robić sobie ze mnie żarty, bezczelny szczyluchuSzczyluch(więz.) dzieciak.? Masz może świadomość, że to ode mnie zależy, czy doczekasz jutra?! To twoje kruche ciało aż się prosi, by zatopić w nim kafleKafle(więz.) zęby.!

Matka stała gdzieś obok. Obserwowała to w napięciu. Nie miałem pojęcia, czy stanie w mojej obronie, a już widziałem oczami wyobraźni jak ten czarny wąż rzuca mi się do krtani i na śmierć zagryza. Była przerażona, ale milczała, choć zdesperowany czekałem na jej słowa. Usłyszałem za to inny głos:

- Raczcie zostawić tego chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode., Jango. Może coś dziś dla was złowił? – To była Vijani. Jeszcze nie zagoiły się jej świeże rany na twarzy po pazurach nowego raisaRais(hur.) wódz., a znów odważyła się wejść mu w słowo. I to w mojej obronie.

- A czymś w ogóle dziś szwyrgnęłaSzwyrgnąć(więz.) rzucić. ta drewniana noga? – rzucił w celę Janga przypis  Szwyrgnąć to też rzucić..

- Mam coś! – zawołała Ugaidi, wychylając się zza tłumu i przełykając ślinę. – Coś jakby suszona kiełbasa wieprzowa. Dość ostra. To jest, sądząc po zapachu.

- Nadużywasz ogona, onkiankoOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych).! – Janga ze złością pchnął mnie na kojęKoja(więz.) prycza. aż w kręgosłup mi się kantem wbiła, obrócił się do reszty i wyrwał z rąk Ugaidi mięso, jakie otrzymałem tego dnia od Turama. Jakimś sposobem z czterech dorodnych kiełbas, jakie schowałem jak co dzień w misce z wodą, ostały się ledwo dwie. – OdpulimyOdpulić(więz.) podzielić. to dziś po równo przypis  To jest: podzielimy się tym. – oświadczył Janga. – A ty, bukacki podlizuchu – warknął w moją stronę – jeśli jeszcze raz odważysz się pogrywać sobie tak jak dziś z tą wachąWacha(więz.) woda., żadne podarki od tego pomylonego pastuchaPastuch(więz.) strażnik. ci nie pomogą! Bo i żadna wieprzowa kiełbasa nie smakuje tak jak młode, huryjskie mięso. I jorgaj sięJorgaj się(więz.) orientuj się., karakanieKarakan(więz.) mały i niski więzień., że z własnego doświadczenia wiem, o czym mówię!

Wtedy ku zdziwieniu wszystkich kościanym nożem podzielił zdobycz na szesnaście równych kawałków – tak, by starczyło dla wszystkich, co byli wtedy w celi. Bez wyjątków, bez względu na hierarchię. Równy przydział przypis  Wedle huryjskiego zwyczaju smaczniejsze kęsy mięsa po przyrządzeniu ofiarowane są raisowi. Podobnie się dzieje ze zwierzętami rzadszymi lub egzotycznymi. Rais zazwyczaj konsumuje taki dar w całości, acz w przypływie dobrej woli może rozdzielić go na całe stado – bez względu na hierarchię, wszystkim po równo (wyłączając młode). Ten tak zwany równy przydział obowiązuje też względem całego mięsa upolowanego podczas ceremonii Mahiri przez hura lub hurysę wchodzących w dorosłość – przyp. tłum.... Nawet Vijani i Zinaa dostali swoje dole. Nikt się tego po Jandze nie spodziewał. W Młynie nikt się tego nie spodziewał po żadnym z raisówRais(hur.) wódz.. A od tamtego wieczora tak już działo się codziennie, o ile Turam coś mi przyniósł.

A Vijani zabrała mnie wtedy z koi i przytuliła do swej białej sierści, liżąc rany, jakie mi zrobił Janga. Tak w zasadzie wcale nie przyniosłoby mu pożytku, gdyby przegryzł mi tętnice, ale wtedy tego nie wiedziałem. Wtedy byłem przerażony na śmierć. Tak jak za każdym razem, gdy Turam z jakiegoś powodu nie mógł do mnie zejść lub akurat niczego dla mnie nie miał. W sumie nigdy, przez całe młyńskie życie, nie przestałem się bać Jangi.

rozdział

Dzisiaj będzie trochę o Gwayi. Pamiętacie go jeszcze? To ten onkianOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., co oberwał odłamkiem cegły tamtej nocy, gdyśmy melemMel(więz.) łom. od piorunów kopali tunel. Przynieśli go z powrotem może po tygodniu – jakoś wieczorem, po obiedzie. Był przytomny. Chyba tylko cudem przeżył interwencję rakarzaRakarz(więz.) lekarz.. Nikt nie dawał temu wydygańcowiWydyganiec(więz.) lękliwy, słaby więzień. zbyt dużych szans, więc tym większy budził podziw, a może raczej zaskoczenie, że wrócił żywy do celi. Zawsze był gdzieś w ogonie hierarchii, to nie przywykł do pochwał i słów uznania. Zresztą i tak chyba do niego nie docierało, gdy burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. z tak oczywistą drwiną mianowała go wtedy swoim bohaterem. Żaden z niego bohater. Chudy, stroszony wypłosz bez większej wartości – oto czym był dla nich tak naprawdę. Na co dzień przezywali go tak, jak na naszych z kolei wołali bukaciBukat(więz.) strażnik.. Był zatem sierściuchemSierściuch(więz.) huria., chmiejemChmiej(więz.) więzień., kotem albo nawet kocim ścierwem. Z większą pogardą to traktowano już tylko figuryFigura(więz.) więzień funkcyjny. z górnego pokładuPokład(więz.) posadzka na poziomie cel.... no i rzecz jasna mnie.

Mimo nacisków celi Gwaya nigdy nawet nie podszedł do próby MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość.. Za panowania Sharii nie mógł się przemóc, by przemycić z poziomu jakiś luftLuft(więz.) przemycane przedmioty., a pod nowymi ukazamiUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje. Jangi to już w ogóle nie miał szans, by z huraHur(hur.) młodociany huria. stać się prawowitym hurią. Tak jak i ja nie miałem szans, by z chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode. stać się huremHur(hur.) młodociany huria.. Ale nie tylko to sprawiało, że byliśmy do siebie podobni.

Gwaya był dość zamknięty w sobie; rzadko mówił z burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., rzadko ktoś w ogóle dopuszczał go do głosu. A zawsze, nawet gdy już z kimś rozmawiał, patrzył się stale w jakiś jeden punkt, unikając kontaktu wzrokowego – nawet mojego. Prawie nigdy się nie uśmiechał. Pewnie nie chciał nikogo prowokować. Może się bał. Na co dzień siedział gdzieś z boku celi na derkach zupełnie bez ruchu, czasem kiwał się wprzód i w tył albo godzinami rytmicznie wyciągał i chował kikuty uciętych pazurów. Był dziwny. Nawet nie odwzajemniał jamii. Haramisha powtarzał, że go jakiś zły demon opętał. Jakby cały czas trwał w jakimś transie – myślami był gdzieś daleko poza kratami i poziomami Młyna. Uciekał do zupełnie innego świata. Już wcześniej to przeczuwałem...

- Tęsknię za domem – wpatrzony w ścianę wyznał otwarcie po śniadaniu, gdy wszystkie burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. zabrano już do tyrkiTyrka(więz.) praca. i zostaliśmy sami w celi. Dostał kilka dni pragnojki od arbajtuPragnojka od arbajtu(więz.) zwolnienie z pracy., jak wszyscy, którzy ulegali poważnym wypadkom.

- Domem? – zapytałem. – Twoim rewirem sprzed inwazji?

- Ledwo go już pamiętam, tigriankuTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.. – Chyba tylko on tak tkliwie mnie nazywał. – Gdzieś tu, w samym sercu dżungli mamy piękne, rozłożyste drzewo puchowcaPuchowiec(przyr.) wysokie drzewo z lasu deszczowego.. Całe górne piętro zabudowane jest podestami i obwieszone hamakami wszystkich z mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Jedynie nasz gorzelnik zwykł sypiać na drzewie hodowlanym. Wszystkie chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode. śmieją się, że woli względy koali niż hurianek. Nigdy nie zaprzeczał. Ale nikt z naszych nie robił mu z tego powodu problemów. Mówi się, że jamia poprawia smak trunków. Nawet nadał tym wszystkim koalom imiona! Znika na całe godziny, gdy szuka jakiegoś specjalnego pożywienia na wsad. Warzenie alkoholu to najradośniejsza z wszelkich sztuk, mawia... A nasza asaliaAsalia(hur.) huryjski miód pitny. i arakaAraka(hur.) huryjski likier. nie mają sobie równych.

- Byłem jeszcze młodszy od ciebie, tigriankuTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. – ciągnął Gwaya innym razem – gdy pierwszy raz wspiąłem się na sam szpic rodzinnego drzewa. Ależ stamtąd jest widok! Korony drzew ciągną się po horyzont, a wszystko to stanowi nasze terytorium. Ciągle tam przesiaduję. Nocą uwielbiam się stamtąd wpatrywać we wzajemną grę Eirini i Polemos. Oba księżyce krążą wokół siebie, mijają się, muskają steramiStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. i raz na jakiś czas łączą w jamii, by po chwili znów udawać obojętność – onkianOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych). zamyślił się, rzucił mi krótkie spojrzenie, ale natychmiast wbił wzrok w posadzkę. – Teraz bardzo mi brakuje gwiazd. Konstelacje znałem lepiej niż własną mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado.. A mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado.... Teraz to już nawet nie pamiętam ich nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe....

Przez te kilka krótkich dni byłem tam razem z nim. W dżungli. Noce dłużyły się niemiłosiernie, gdy z niecierpliwością czekałem poranka. A gdy bukaciBukat(więz.) strażnik. zatrzaskiwali za naszymi twyrasyTwyrasy(więz.) kraty. i zostawaliśmy z Gwayą sami, natychmiast lgnąłem do niego, by z otwartymi szeroko ustami połykać każde jego słowo. Opowiadał mi o swojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., o rewirze, o tropikalnych deszczach, o gwiazdach, o hodowli koali, o zwierzynie, o innych chekecheachChekechea(hur.) huryjskie młode.. Wystarczyło zamknąć oczy, by pod pazurami poczuć korę starych drzew, by uszy napełnić kakofonią leśnego gwaru, by nozdrzami schwycić huryjskie nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. i woń ćwiartowanej przez łowców kapibaryKapibara(więz.) duży gryzoń wodno-lądowy, żyjący w lasach deszczowych i na sawannach., wreszcie by z własnej sierści zlizywać wszechobecną wilgoć. W jednej chwili łowię wzrokiem bajecznego smotyla, uwijającego się wśród kwiatów; w innej – wraz z chekecheamiChekechea(hur.) huryjskie młode. z mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. Gwayi gonimy dla zabawy małego kazuaraKazuar(więz.) ptak nielatający z lasów deszczowych., czerwonym błotem malujemy sobie wzoryWzór(hur.) tatuaż funkcyjny. na sierści, gramy w „głupiego kotilota”, w „liany” lub w „kulę” przypis  Nie znacie, bo to onkiańskie gry. Jutro za dnia wam je pokażę, jeśli chcecie., a jednego razu księżycową nocą wybieramy się poza granice rewiru na potajemne polowanie na kinkażuKinkażu(więz.) mały gatunek nadrzewnego szopa z lasów deszczowych. przypis  Huryjskie młode traktowane są nie na równi – jak nasze dzieci, a wyraźnie z góry – jako najniższy, wręcz nieistotny składnik stada zupełnie pomijany w hierarchii. Oczekuje się od nich posłuszeństwa i podporządkowania, acz jednocześnie daje się im wiele swobody i wolności wyboru – czasem dorosłe hurie zdają się w ogóle nie zwracać uwagi na ich poczynania. Grupa huryjskich młodych obu płci tworzy wewnątrz stada wyodrębnioną, silnie zżytą społeczność, mającą własną hierarchię i rządzącą się własnymi prawami wzorowanymi na relacjach starszych. Ich zabawy często odzwierciedlają dorosłe życie stada w dosłownie wszystkich jego aspektach (nawet tych intymnych) i, co mocno zaskakujące, bez żadnych zahamowań – przyp. tłum.. A wszystko tak jasne i kolorowe!

Uznanie naszych dla Gwayi szybko się skończyło. Nigdy zresztą nie było szczere. Mieli mu za złe te wolne dni, jakie dostał. Turam zawsze schodził na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. za dnia, ale gdy miałem w celi towarzystwo, nie przynosił mi niczego specjalnego na kafleKafle(więz.) zęby., czym podzieliłbym się z burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.. Taką miał zasadę. Doskonale wiedzieli, że tak to działało. Na trzeci dzień doszło nawet do tego, że siłą chcieli wypchnąć Gwayę na poziom. Był jeden lub dwa dni przed terminem wyznaczonym przez rakarzaRakarz(więz.) lekarz., a Ugaidi podczas porannego apelu zakomunikowała samemu Ordinowi:

- Stan liczebny dziewiętnaście, obecnych osiemnaście, jeden na przetrzymaniu, zdolnych do pracy siedemnaście. Wszyscy w dobrej kondycji.

- Siedemnacie? W dobrej kondycji? – dziwił się Ordin. – To co z tamtym, co cegłą oberwał? Wydobrzał już?

Ugaidi w albińskim zwyczaju kiwnęła głową na potwierdzenie.

Ordin przez krótką chwilę zbierał myśli, przypatrując się onkianceOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., po czym – nie spojrzawszy nawet na Gwayę, siłą postawionego na nogi i przytrzymywanego, by nie stracił równowagi – odparł zdecydowanie:

- Nie, nie, nie... Dajmy mu jeszcze ze dwa dni, niech wigor w pełni odzyska. SznytySznyty(więz.) blizny. miał głębokie. Jeszcze by nam kitę odwalił przy kilofie.

Ugaidi – bez wątpienia zaskoczona taką reakcją – nie powtórzyła już tej próby, a Gwaya pozostał w celi te dwa dni. Chciała go ordynarnie sprzedać za dwie porcje rakietowego mięsa, jakie bym pewnie dostał od Turama. Też miała tupet... Dawało to do myślenia: doszło wszak do tego, że ten najostrzejszy z oprawców Młyna bronił nas przed nami samymi. Co on w tym hurzeHur(hur.) młodociany huria. widział swoją drogą? No bo ja przez te kilka dni zdążyłem bardzo go polubić. To jest Gwayę, nie Ordina.

- Na szóstce takich więcej, jak dotąd trzy mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. i pięć przypis  Czyli chodziło najprawdopodobniej o 59 (przy stadzie liczącym 18 osobników – bez młodych). Hurie nie zapisują liczb, ale potrafią liczyć. Na liczby od 1 do 21 mają osobne nazwy, większe określają jako sumę dwóch liczb, zaś jeszcze większe – jako jakąś wielokrotność aktualnej liczebności własnego stada (bez młodych) powiększoną (lub pomniejszoną) o jakąś tam liczbę (od 1 do 21). Czyli na przykład, gdybyśmy byli w stadzie składającym się z 25 osobników, to określenie „trzy mbarie i siedem” oznacza liczbę 82 (25+25+25+7). System taki niewątpliwie sprawia wiele trudności – te same liczby co chwilę trzeba przecież nazywać inaczej, gdyż wielkość huryjskich stad nieustannie się zmienia. Same hurie nie widzą w tym jednak problemu, bo i nieczęsto liczą coś bardzo mnogiego. Największą liczbą, jaką są w stanie precyzyjnie wyrazić, jest „21 mbarii i 21” (co zwykle wynosi nie więcej niż 350, a nawet w największym arufiańskim stadzie, liczącym powiedzmy 30 osobników, oznacza ledwo 651). Powyżej tej liczby huria powie „mbaria mbarii i mbaria”, co oznacza „niepoliczalnie dużo”. – przyp. tłum. – zaczął bodaj tamtego dnia po śniadaniu, gdy naszych wzięto już na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Na czas pragnojki od arbajtuPragnojka od arbajtu(więz.) zwolnienie z pracy. nikt nie odstąpił Gwayi swojej koi, ale nawet gdy byliśmy sami, żadnej z nich nie chciał brać samowolnie, aby nikogo nie prowokować swoimi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe.. Ja, najmniej istotny chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode., zajmowałem za dnia to jedną, to drugą kojęKoja(więz.) prycza., podczas gdy on twardo grzał sobą derki na posadzce bez względu na okoliczności. Wpatrywał się w głowicę tej nowej kolumny, tej z której wyrastał orzeł walczący ze smokiemSmok(przyr.) mityczny stwór latający., co się odsłoniła, gdy kopałem tunel. – Ale tamten niemal żywy – kontynuował Gwaya.

- To ty je... liczysz? – zapytałem, zaintrygowany.

- Trzy mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. i pięć – odparł, nie odwróciwszy wzroku.

- To prawda, ten tutaj jest jak zaczarowany...

- Jak zaczarowany. Za mały, ale pióra jak prawdziwe. Kamienne, ale prawdziwe. Było tam więcej zanim kazali zamurować wszystko ścianami. Cała chmara kamiennych orłów. Takich samych jak na szóstce. Nie liczyłem ich. Nie liczyłem ich, a teraz wszystkie zamurowane. Gdy przybyli albini, byłem ledwo chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode., co czasem ssał jeszcze ziwyZiwy(hur.) gruczoły mlekowe.. Zakuli nas w łańcuchy, stłoczyli na pływającą wyspę przypis  Chodziło mu o jednego z tych gigantycznych żółwi. Rzeczywiście wyglądają jak pływające wyspy, ale tak naprawdę są olbrzymimi zwierzętami – większymi od największych żaglowców budowanych ludzką ręką. Na ich skorupach budują całe miasta. Nieraz będę o nich jeszcze mówić. Jeśli wierzyć kronikom, mógł to być nawet Ti’Raim, który w swej żółwiej młodości, za czasów wojen imperium Terahandearu z Kruczą Armią, był wykorzystywany do transportu wojska i zaopatrzenia (zob. Wiek postmagnibelliczny..., s. 61), a obecnie, mimo sędziwego, przeszło 150-letniego stażu, wciąż pływa na handlowo-pasażerskim kursie z Graphenburga do sterburckiej Erabii. – przyp. GE. , zamknęli w ładowniach jak hodowlane bydło i wywieźli za Wielką Wodę. A tam hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha opowiada wam tę historię o tym, jak wtargnęli tu siłą i zabrali ze sobą tych, których nie wymordowali w walce. Opowiada ją na okrągło aż do znudzenia, choć za każdym razem ma inny przebieg. Sami już nie wiecie, czy pamiętacie własne wspomnienia czy którąś z jego wersji. A wszystkie są zmyślone!

To prawda. Haramisha, ten pardiański wodolejcaWodolejca(więz.) kłamca., z uwielbieniem wracał do tych burzliwych czasów. Bardzo się irytował, gdy ktoś próbował mu udowodnić, że poprzednim razem ta sama opowieść miała innych bohaterów, że inaczej się nazywali, co innego z nimi robiono, albo kogo innego spotkali po drodze.

- Gwayo – zagadnąłem – a opowiedz mi, proszę, o tych kolumnach na szóstce!

- O kolumnach na szóstce. A co tu mówić? Nie ma sensu liczyć tamtych kolumn. Jest ich tam pełno. Są trochę jak drzewa w dżungli.

- Jak drzewa w dżungli? Vijani mówiła, że są jak las.

- Vijani mówiła. Ja wolę dżunglę.

- A orły? I smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.?

SmokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.. Nigdy nie widziałem smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający.. Ale za to widuję orły. Z korony rodzinnego drzewa obserwuję jak majestatycznie demonstrują swą nieskrępowaną wolność, krążąc pośród chmur.

- Ależ nie! Chodziło mi o kolumny, te na szóstce.

- Aha – speszony wbił wzrok w posadzkę. – Na szóstce.

- Mówiłeś, że jest tam więcej takich orłów i smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający..

- Trzy mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. i pięć... Nieźle namieszane miał w głowie ten, co poprzylepiał tam te wszystkie maszkarony! Zdrowy umysł by tego nie wymyślił.

- To znaczy?

- Jak ty w tamtej celi wytrzymujesz sam przez całe dnie?

Nie wiedziałem, co mu odpowiedzieć. Czasem nie mogłem go zrozumieć. Zapytałem go o tę jego dziurę w brzuchu, co mu ją wyrwała cegła wystrzelona spod melaMel(więz.) łom. od piorunów. Tak mi odrzekł:

- Nie mamy nikogo, kto by znał się na magii, tak jak wy macie Lōzi. My w naszej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. mamy zielarza, który na każde zmartwienie umie znaleźć jakieś lekarstwo. Całą gałąź zajmują rozwieszone pęki jego suszonych liści, rzadkich pędów i korzeni, z których warzy swoje mikstury. Nie da się z nim skutecznie porozumieć za pomocą nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe., bo wszystko przesiąknięte jest tymi egzotycznymi zapachami składników wszelkiej maści. Czasem posyła łowców po jakieś konkretne zwierzę, po rośliny wybiera się osobiście, choć w towarzystwie takiej młodej hurysyHurysa(hur.) młodociana hurianka., którą przyucza do swego fachu.

Doszedłem do wniosku, że z Gwayą nie można było porozmawiać o niczym innym jak o jego dżungli. Ale w zasadzie to miła odmiana. Z większością naszych nie można było porozmawiać o niczym innym jak o Młynie, o ile w ogóle zechcieli dla mnie strzępić sobie chlipadłoChlipadło(więz.) język.. Żałowałem, że tak szybko zabrali Gwayę na powrót do tyrkiTyrka(więz.) praca.; potem już nie mówił ze mną tak wiele. Jeszcze nieraz łudziłem się wrażeniem, że ma w sobie wolnego ducha, który jakimś cudem przetrwał w nim wszystkie te lata młyńskiej udręki. Rodzinna dżungla, w którą wierzył i do której uciekał w wyobraźni, stała się lekarstwem na rzeczywistość i jednocześnie zbroją, chroniącą go przed naszą burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., a tej najwidoczniej nie uznawał za swoją własną. Zazdrościłem mu tej dżungli – nawet gdy już miałem świadomość, że zbroja wrosła mu tak dalece w ciało, że nie potrafiłby już jej z siebie zdjąć, a lekarstwo okazało się trucizną, powodującą wpierw ślepotę, a następnie śmierć. Choć w Młynie i tak każdy z nas od dawna był już martwy... na swój sposób.

rozdział

Minęło kilka tygodni pod pardiańskim marashemMarash(hur.) ogon., nim Turam któregoś dnia podczas obchodu obwieścił mi nowinę:

- Mały, mam dobre wieści! Sharia. Żyje; sam widziałem, jak rozmawiał z naczelnikiem! Tej nocy, może nawet przed obiadem, wraca do waszej celi!

Oczy mi zabłysły. Dramat dobiegł końca! Wszystko nareszcie wracało do dawnego porządku! Nasz prawdziwy raisRais(hur.) wódz.! Przed oczami mam tę jego wspaniałą grzywę. Dumnie głowę niesie; wzrokiem przegania maszkary z kolumn. Tryumfalnie zstępuje po schodach jak jaka niebiańska, świetlista istota. Po jego bokach – dwójka wątłych strażników błękitem pochodni obwieszcza jego powrót do mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Janga pięści zaciska, oczy mruży, sierść stroszy, ale w obliczu tak dorodnego i potężnego przeciwnika pada na ziemię, demonstrując uległość.

- Hurie i hurianki! – obwieszcza Sharia. – Od tej nocy biorę tę mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. pod własny marashMarash(hur.) ogon.. Na powrót będę wam raisemRais(hur.) wódz.!

Tak to sobie wyobrażałem. Sharia. Nigdy w życiu nie byłem tak podekscytowany. Skacząc z radości po kojachKoja(więz.) prycza., myślałem, że rozniosę celę – taka rozpierała mnie energia.

Było to tuż przed obiadem. Rzeczywiście, gdy go wtedy prowadzili, Janga pięści zacisnął, oczy przymrużył, sierść nastroszył. Przecież nawet z powierzchni było pewnie czuć, co się w burcie dzieje i pod czyim ogonem stoi. Intensywne nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. Jangi dawno już zdążyły weżreć się nam w futra i wszystkie sprzęty w celi.

Sam zaś Sharia wbrew obawom naszych wyglądał dobrze, nie był ranny. Acz ku zaskoczeniu wszystkich, przekraczając twyrasyTwyrasy(więz.) kraty., nie prychnął nawet na powitanie, grzywę skłonił, ogon opuścił, wzrok wbił w posadzkę, przeszedł obok zdezorientowanego Jangi, delikatnie otarł się steramiStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. o jego głowę i, nawet słowa nie wypowiadając, legł na derkach wśród swoich. Nie stanął do walki; oddał własną celę, jakby mu na nas nie zależało. My, może i zaskoczeni taką postawą, ale i tak przecież uradowani jego powrotem, lizaliśmy go po sierści, kościanym grzebieniem czesaliśmy mu grzywę, masowaliśmy spracowane kręgi. On pozostawał obojętny; nie zwracał uwagi ani na nas, ani na naszą jamię; słowa nie wyrzekł; nikt i nic już go nie cieszyło. Czuć było od niego ten sam niecodzienny zapach, który niegdyś przyniosła na sierści Vijani – był zatem na powierzchni! Obiadowego fasunku nie zjadł dużo, a zdecydował się do niego podejść dopiero po Haramishy – taką z własnej woli obrał pozycję w hierarchii. Janga początkowo chciał oddać mu drugi ogon, ale Sharia go nie przyjął. Zaraz za Jangą pozostała zatem Ugaidi, ta, nie spoglądając nawet na swego dawnego raisaRais(hur.) wódz., wybrała na trzeci ogon hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramishę. Dopiero Haramisha wskazał znów na Sharię, a ten na to przystał. Janga, Ugaidi, Haramisha, Sharia, potem reszta – taki nastał porządek. Sharia zachował więc prawo do koi w celi – które mu przysługiwało jako czwartemu – acz ktoś mu odjął mowę i odebrał dumę. Wraz zresztą z życiem. Bo żywy do nas nie wrócił. PsyPies(więz.) strażnik. przytargały nam jego ciało, ale duch był martwy! Janga miał rację. Dokładnie to przewidział tamtego dnia, gdy obejmował nad nami władzę, ale chyba sam nie przypuszczał, że jego słowa okażą się prorocze aż w takim stopniu. Czarny wąż w zdumieniu obserwował to wszystko z koi – tej samej przecież, na której zwykł leżeć niegdyś Sharia.

Złamali go. Pewnie siłą zmusili, by zrzekł się pozycji raisaRais(hur.) wódz., myśleliśmy. Pewnie w ich mniemaniu powodowało to straty w inwentarzu. Tylko Ordin mógł wpaść na takie rozwiązanie.

Pierwszej nocy po powrocie Sharia nawet nie zmrużył oka. Czuwał. Czuwał i wpatrywał się w młodą Vijani. Tylko w nią. Widziałem to, bo też nie mogłem zasnąć. Rozmyślałem, co teraz z nami będzie? Nie tak miało być! Wpatrzony w ścianę dostrzegłem, jak z rys i pęknięć wyłania się grzywiasta, arufiańska głowa. Młyn trawi swe ofiary, a na murach cel wypluwa martwe ich powłoki... Nasze nadzieje na powrót starego ładu w jednej chwili legły w gruzach.

Nie wszyscy jednak rozpaczali z takiego obrotu spraw. Spod gieruGier(więz.) toaleta. obserwowałem mochęMocha(więz.) grupa. przypis  Było już. Inaczej grupa naszych., która smacznie spała skupiona niemal piętrowo wokół koi swego nowego raisaRais(hur.) wódz., na wskroś przesiąknięta jego nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe.. Wężowa trucizna toczyła naszą celę. Omamił ich naiwną wizją powrotu do huryjskich ukazówUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje. i zasadą równego przydziału z udziałem mięsa, jakie dostawałem od Turama. Sam więc przykładałem do tego ogon! Nawet moja własna Matka zdawała się widzieć w tym pardianiePardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). szansę na lepsze jutro...

A Sharia... Długo nie mogłem uwierzyć, że rzeczywiście było mu wszystko jedno. Ale tak naprawdę to większości z naszych było już wszystko jedno, pod jakim są marashemMarash(hur.) ogon.. Po tylu latach niewolniczej pracy pod ziemią, w tych żelaznych kajdanach, co wycierały sierść do żywego, o skołtunionych futrach zapuszczonych pyłem, upodleni i zagłodzeni myśleli już tylko o własnych żołądkach. Nawet nie miało już znaczenia, czym je zapełnią, tak samo jak nie miało już znaczenia, kogo będą mieli za raisaRais(hur.) wódz..

Poza mną najbardziej zrozpaczony takim obrotem spraw był Zinaa. Wiązał z powrotem Sharii spore nadzieje – liczył, że przywróci mu on pozycję hurii. Wszak stał się na powrót huremHur(hur.) młodociany huria. tamtej nocy, gdy przegrał walkę z Jangą. Cóż za upokorzenie... Został przestrzelonyPrzestrzelić(więz.) zdegradować. na sam ogon hierarchii. A Sharia jednym słowem mógłby to odwołać, gdyby z powrotem stał się wówczas naszym raisemRais(hur.) wódz..

Zinaa nie był jednak typem, który się łatwo poddawał. Miał we krwi skłonność do udowadniania wszystkim swojej wartości. Miał ikrę, mówili. Nie widząc już innych rozwiązań, zaczął obmyślać plan. Plan tego, jak pozbawić życia któregoś ze strażników i samemu przy tym nie zginąć. Zabić psaPies(więz.) strażnik., wypić jego krew, posiąść jego demona, a mięsem podzielić się z mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado., by na powrót stać się prawowitym hurią. Tego przecież zażądał od niego Janga. Wielu z nas przerażała zuchwałość Zinai, ale w zasadzie chyba tylko on był z naszej burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. na tyle ambitny, by podołać takiemu szaleństwu.

- To musiałoby wyglądać na wypadek na poziomie – mówił otwarcie, nie zwracając nawet uwagi na potencjalne uchoUcho(więz.) donosiciel., jakie mogliśmy przecież mieć w sąsiedniej lub i we własnej celi. – Być może wystarczyłoby skruszyć podstawę któregoś maszkarona. Na szóstce jest nabojaNaboja(więz.) wiele. takich, co ledwo się trzymają kolumny.

A Ugaidi rzucała tylko to swoje:

- Ależ z ciebie tępe futro! Chcesz podczas tyrkiTyrka(więz.) praca. czknąć w bok, z kilofem się wdrapać na filar i pyrgnąćPyrgnąć(więz.) popchnąć. przypis  Popchnąć, przesunąć. któreś z tych straszydeł, a bukatBukat(więz.) strażnik. miałby nie zlustrować szufiruSzufir(więz.) hałas.?!

- Dużo tam wyuchaWyuchać(więz.) usłyszeć. przypis  Tak jest. Usłyszy., skoro dynięDynia(więz.) głowa. ma w szłomSzłom(więz.) hełm. zakutą przypis  Szłom to był hełm.!

- A jużci! Cała burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. za to beknie!

- Będzie to wyglądało na wypadek! Takie rzeczy się zdarzają!

- I ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. w lot w to uwierzą! A jak nie trafisz? A jak nie wyrwiesz chwastaWyrwać chwasta(więz.) zamordować strażnika. przypis  Wyrwać chwasta, czyli zamordować strażnika.? Zejdziesz i dokończysz? – wyliczała dalej onkiankaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych).. – Zrzucisz jeszcze jednego maszkarona? Co za tępe pardiańskie futro! Skończże wreszcie tak glazurowaćGlazurować(więz.) obmyślać.!

Zinaa się jednak nie zrażał. Takie i podobne rozmowy prowadził co jakiś czas to z Ugaidi, to z Haramishą, to z innymi z mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., acz nigdy z Sharią bądź Jangą. A ten czarny, śliski wąż pewnie sobie winszował, że udało mu się wykrzesać z Zinai prawdziwego, huryjskiego ducha, jakiego nikt od dawna w Młynie nie widział na oczy. Coś w tym jednak było. Nie byłem pewien, czy Zinna jedynie grał przed raisemRais(hur.) wódz. skruszonego huraHur(hur.) młodociany huria., co zrozumiał swój błąd i pragnie zadośćuczynić swe winy, czy też naprawdę chciał zaprzeczyć temu wszystkiemu, co wtedy, tamtej nocy mówił o naszych tradycjach i ukazachUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje. – że nie zapełnią nam żołądków i że w Młynie przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Sporo w tym przecież było prawdy. Czy to na pokaz, czy też na serio, starał się być godniejszy od samego Jangi. Najwyraźniej było to widać w jamii.

W Młynie nie mieliśmy takiej jamii, jaką znacie z własnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Tam była ledwo nieudolną karykaturą tego, co powinna sobą przedstawiać. Zamiast rozwiązywać konflikty – stwarzała je. Nikt nie podejmował jej dla czystej przyjemności – nikomu nie starczało na to sił; za każdym razem próbowano za jej pomocą zyskać coś na kafleKafle(więz.) zęby.. Nasze hurianki nagminnie wymieniały ją na rybę ze śniadania lub jakiś smaczniejszy dotekDotek(więz.) porcja.. Czasem brały pod uwagę ciekawsze okazy z luftuLuft(więz.) przemycane przedmioty., wykucieWykuwać(więz.) tatuować. wzoruWzór(hur.) tatuaż funkcyjny. w sierści, a nawet porządne przeczesanie futra. Poza tym młyńska jamia pozbawiona była wszelkiej finezji, w większości przypadków stała się skrajnie mechaniczna, powtarzalna, płytka, a czasem wręcz obrzydliwie jednostronna.

Zinaa był od tego wyjątkiem – szczególnie w tamtym czasie, gdy za wszelką cenę pragnął udowodnić reszcie, że należy mu się miejsce w hierarchii. Zawsze miał szczególny dar do jamii. Jeszcze za czasów Sharii hurianki z własnej inicjatywy chętnie oddawały mu swoje porcje mięsa, by zajął się ich ukamiUki(hur.) żeńskie organy płciowe., a i hurie nie gardziły jamią z jego udziałem. Z wrodzonym wdziękiem i wyczuciem potrafił zaprowadzić na sam szczyt cielesnej rozkoszy. Zawsze go za to podziwiano. Coś musiało być w jego nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe., co zniewalało wszystkie hurianki i sprawiało, że ich ukiUki(hur.) żeńskie organy płciowe. stawały się wilgotne. To jednak, co działo się z Zinaą za panowania Jangi, było ponad wszelką miarę niezwykłe jak na warunki Młyna. Nawet zdegradowany do huraHur(hur.) młodociany huria. wzbudzał zachwyt i uwielbienie hurianek. W całym Młynie nie było nikogo, kto tak niezwykły robiłby pożytek z własnego chlipadłaChlipadło(więz.) język. i z własnych umUmy(hur.) męskie organy płciowe.. A wszystko to czynił w zgodzie z dobrym huryjskim obyczajem, zatem zupełnie bezinteresownie. Janga wprowadził do celi zasadę równego przydziału, Zinnaa – jakby w ramach odpowiedzi – bezinteresowną jamię. Niczego nie żądał w zamian, ale nawet i nie przyjmował tego, co składano mu w podzięce. Nie chciał ani dotkówDotek(więz.) porcja., ani fantówFant(więz.) przedmiot.. Tak się zawziął. Głód za uznaniem dosięgnął go dalece bardziej aniżeli głód za mięsem. Nikt nie miał pojęcia, skąd w nim był taki demon, acz – co zaskakujące – takie samo przecież pytanie zadawaliśmy sobie wobec Jangi, gdy jak wąż śliski unikał ciosów podczas tamtej pamiętnej walki o władzę nad naszą burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.. Nic dziwnego, że Zinaa odzyskał część swojej dawnej pozycji – był przestrzelonyPrzestrzelić(więz.) zdegradować. na sam ogon hierarchii, a wspiął się ponad wszystkie huryHur(hur.) młodociany huria. i hurysyHurysa(hur.) młodociana hurianka. – najwyżej jak tylko mógł, samemu będąc przecież jedynie huremHur(hur.) młodociany huria. przypis  Hury i hurysy (czyli „młodzież”) od chwili przejścia ceremonii Uhai wliczane są do hierarchii stada, ale przed osiągnięciem pełnej dojrzałości (w ceremonii Mahiri) rzadko udaje im się osiągnąć lepszą pozycję niż pełnoprawni członkowie stada – czyli hurie i hidaye („dorośli”) oraz hadhowie i hekale („starszyzna”) – przyp. tłum.. Nawet jeśli nie było to po myśli nowego raisaRais(hur.) wódz..

rozdział

Zapatrzony w Zinaę i te jego plany napaści na któregoś bukataBukat(więz.) strażnik. ja też zacząłem planować, choć ja nikomu z celi o tym nie mówiłem. Rozmawiałem o tym wyłącznie z Siostrą – wszak w tych sprawach niejednego mogłem się od niej nauczyć. Omawiałem z nią każdy pomysł, nawet ten najbardziej szalony i absurdalny.

Podobnie jak Zinaa straciłem już wiarę w to, że Sharia kiedykolwiek jeszcze stanie na czele naszej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Choć nie miałem jeszcze mokrej jamii, nie chciałem już dłużej być chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode.. Za bardzo się bałem, że Janga któregoś dnia rzeczywiście mnie zagryzie, nie zważając na premiowe mięso od Turama, jakie by wtedy stracił. Na demony! Miałem wtedy może już z siedem lat! Byłem gotów podejść do ceremonii UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy., choćby nie wiem co! Zapatrzony w Zinaę, pracowałem zatem nad planem. Mają być gwiazdy nad głową, to będą, myślałem. Może wspinaczka szybem windy? Albo udawanie zmarłego w jutowym pukluPukiel(więz.) worek.? Jeszcze jeden podkop? Sabotaż zamka? Kradzież kluczy? Może wymknięcie się podczas wpuszczania lub wypuszczania burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.?... Za pomocą misek napełnianych wodą liczyłem czas – od wypuszczenia burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. do obchodu Turama. Gdy przychodził, ukradkiem podpytywałem go o różne szczegóły – układ korytarzy, pomieszczeń, klucze, zwyczaje strażników, zmiany warty. Liczyłem bukatówBukat(więz.) strażnik., prowadzących naszą celę i burtęBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Radży. Dniami i nocami nie mogłem myśleć o niczym innym jak o gwiazdach nad głową, którym przyglądam się z czubka jednej z niedokończonych kolumn na najwyższym poziomie; o księżycach Eirini i Polemos, jak igrają ze sobą na niebie; o słońcu, jak wschodzi, zachodzi i maluje wszystko na złoto; o chmurach, które same nie wiedzą, kim są, i trzeba odgadnąć je po kształcie; o lesie, co buja się na wietrze jak kępa zeschłej trawy; o widoku zwierzyny, co stąpa jakby miską walić o brzeg koi; o orłach, majestatycznie demonstrujących z góry swą nieskrępowaną wolność...

Z premedytacją wypytywałem Turama o kolumny, nie chcąc się zdradzić. Pytałem o te na trójce, czyli zaraz pod pokłademPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., a czasem też o te na czwórce i piątce. Dopytywałem o detale, o maszkarony, o ornamenty, o zdobienia, o rozmieszczenie schodów; o to ile czego jest, na jakiej wysokości jest przytwierdzone i jak wygląda; zresztą akurat zafascynowania kolumnami nie musiałem przed nim udawać. Turam coraz bardziej zdawał się być znudzony i zakłopotany moimi pytaniami, zwyczajnie zaczynało mu brakować słów. Dobrze! Czasem próbował nawet zmieniać temat. Raz tylko któregoś dnia, gdy opowiadał, stwierdziłem rozmarzony:

- Jaka to szkoda, że nie mogę tego wszystkiego zobaczyć...

Zrobiłem niewinną minę. Turam zamyślił się. Patrzał mi w szeroko otwarte oczy. Przygryzł wargę. Rozmyślał. Plan działał!

- A może... – odezwał się niepewnie – a może mógłbym cię tam na chwilę zabrać.

- Naprawdę moglibyście? – Byłem oszołomiony tym, z jaką łatwością mi się powiodło.

- Tak, myślę, że tak... Musiałbyś mi tylko obiecać, że nigdzie nie uciekniesz. To bardzo ważne.

- Obiecuję – zełgałem i pokiwałem głową.

- Zuch chłopak. – Turam uśmiechnął się szeroko i, jak to miał w zwyczaju, rękę przełożył przez kraty i wyczochrał mi sierść na głowie. Oczywiście w ten szpetny sposób wcierał we mnie swoje nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.. Miał wyjątkowo irytujące upodobanie w zostawianiu własnego zapachu na mojej głowie, no ale trudno; jakże mógłbym mieć mu to za złe po tym, ile dla mnie robił? – Jutro – ciągnął dalej. – Wezmę jutro na obchód klucze na poziomy. Nikt nie zauważy ich braku.

„No, niech będzie jutro”, pomyślałem.

Nikomu nie powiedziałem. Tylko Siostrze. Radośnie pałaszowała okruchy bomsuBoms(więz.) chleb., gdy gładziłem ją po sierści i mówiłem na ucho:

- Nie martw się, maleńka. Jak wszystko dobrze pójdzie, nie będzie mnie tu jutro. On się niczego nie domyśla! Ale nie mogę zabrać cię ze sobą, to samotna próba... A ty przecież jesteś wolna, to i tak znasz już to wszystko.

Następnego dnia po śniadaniu zostawiłem sobie osobny kawałek bomsuBoms(więz.) chleb., zawinąłem w łachmany i schowałem głęboko w kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany., tak na wszelki wypadek. Gdy tylko burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. wyszły na poziom, bezzwłocznie napełniłem miski sączącą się ze ściany wodą. Kto wie, pomyślałem sobie, jakby się udało, to jako hurHur(hur.) młodociany huria. może wreszcie mógłbym z nimi schodzić za dnia do tyrkiTyrka(więz.) praca.? Ciekawe jakie imię mi wymyśli Janga? Szkoda, że nie Sharia. Ale tamtego dnia było mi już wszystko jedno. Ze dwa razy wylizałem się od głowy do czubka ogona, nerwowo obserwowałem kratę, nasłuchiwałem szmerów, czekałem. Zwolniłem oddech, a czas i tak dłużył się niemiłosiernie. Kłębiły się wokół mnie całe stada rozbieganych myśli, fantazji i lęków.

Wreszcie doszedł do mnie ten nierówny drewniany stukot i brzęk pęku kluczy, a błękitna łuna pochodni zaczęła wdzierać się w korytarze w towarzystwie intensywnego zapachu pasty do polerowania stali. Sierść zjeżyła mi się na karku. Błysnęły lustrem blachy pancerza, zza głównej kraty wyłoniła się znajoma twarz, chrząknęły klucze, a postać w rogatym hełmie dokuśtykała do twyrasówTwyrasy(więz.) kraty. celi. Turam.

- To jak, mały? Gotowy? Nie sprawisz mi kłopotów?

- Nie sprawię – pokręciłem głową na potwierdzenie.

- Tylko bądź cicho! – polecił, otwierając zamek. – Stanąłbym przed sądem, gdyby tylko się dowiedzieli. No, otwarte już, wychodźże!

W sumie nic dziwnego, że byłem nieco onieśmielony. Pierwszy raz w życiu z własnej inicjatywy i w tajemnicy przed innymi opuszczałem rewir mojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Nogi mi się gięły, ciałem targały dreszcze, a serce wyskoczyć chciało przez krtykęKrtyka(więz.) gardło.. Złapałem się mocno za rękę Turama, próbując zapanować nad oddechem. Po nukachNuki(hur.) ślady zapachowe. czuć było, że on też się bał. W takt wybijany jego drewnianą nogą ruszyliśmy przed siebie, by zaraz – niczym po śladach codziennie idących tamtędy burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. – skręcić w prawo, w kilkunastometrowy odcinek głównego korytarza zakończony dolnymi twyrasamiTwyrasy(więz.) kraty., prowadzącymi na poziom trzeci. Jęknął kolejny zamek, zakwiliły zawiasy. Zza kraty jaskrawym błękitem pochodni spozierał na mnie świat, który przez całe życie znałem jedynie z opowieści, choć był przecież ledwo za ścianą celi. Byłem oszołomiony. Pierwszy raz w życiu schodziłem na niższy poziom. Zresztą wszystko tamtego dnia było „pierwszy raz w życiu”.

W dół prowadziły proste, strome schody. Kamienne stopnie, dudniąc echem pod krokami Turama, obwieszczały, że zstępujemy w ogromną, niemal otwartą przestrzeń. Światło pochodni ginęło w mroku, poza kolumnami nie napotykało na żaden mur, co dawało wrażenie zupełnego bezkresu. W rzeczywistości każdy poziom – tak trójka, jak i pozostałe – miał kształt olbrzymiego koła, ograniczonego odległą kamienną ścianą na całej swej wysokości. A poziom trzeci zdawał się być tylko odrobinę wyższy od naszego pokładuPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., miał może ze dwa metry. Najważniejsze były jednak kolumny. Były wszędzie, pięły się pod sam sufit, a wykręconymi przyporami splatały się ze sobą jak gałęzie sędziwych drzew. W istocie był to ogromny las, choć w całości kamienny i niezbyt wysoki. Był to jednak pierwszy las, jaki widziałem na własne oczy. Ogromna liczba wszelkiej maści bestii, przyrośniętych do filarów, kłębiła się wśród ornamentów: to rajskie ptaki, uskrzydlone postacie, demony, ćmy, motyle. Były też smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający. i orły. Niektóre, pewnie od zbyt śmiałego zamachu kilofem, urąbane miały kawałki skrzydeł bądź pazurów. Prócz nich całe tłumy wykutych z kamienia bezogonówBezogon(więz.) człowiek. wyrastały z surowo rzeźbionych trzonów kolumn. Turam pokazywał mi takich, co mieli koźle nogi zamiast ludzkich, albo innych, którym doprawiono baranie rogi; niektórzy z nich mieli ostre i kanciaste kształty tak ciała jak i ubioru; a kilku to nawet piło kamienną ciecz z kamiennych kielichów! Jedną z sylwetek uchwycono w momencie, gdy zrzucała z siebie kamienny płaszcz, a były nawet i takie, co zdjęły z siebie wszystkie ubrania i bezwstydnie pogrążyły się w jamii. Aż mi to wszystko dech zapierało, a Turam szarpał mnie za rękę, bym się tak nie ociągał, choć przecież sam zafascynowany ciągnąłem go od kolumny do kolumny i zadręczałem najróżniejszymi pytaniami.

Zeszliśmy jeszcze na czwórkę. Schody na ten poziom były w zupełnie innym miejscu aniżeli te, którymi zeszliśmy na trójkę; w odróżnieniu od tamtych były misternie zdobione i choć równie stromo schodziły w mrok, to łagodnie okręcały się wokół masywnej kolumny. Czwórka była imponująco wyższa, miała ze trzy metry jak nic. Była też zupełnie inna. Zamiast skrzydlatych bestii i hybrydycznych zwierząt miała bezlik rzeźbionych linii, które wiły się, zakręcały po łagodnych łukach i przeplatały się ze sobą niczym niezliczone stada węży. Inne zaś przypominały mi szkielety wielkich stworzeń oblane miękką zaprawą do klejenia muru.

- To coś trochę jak rośliny – wysilał się Turam.

- Jak trawa? – dopytywałem, bo przecież jedyną rośliną, jaką widziałem na oczy, była sucha kępa trawy, którą niegdyś Vijani przytargała z powierzchni.

- Trawa, kwiaty, liście, łodygi, gałęzie... Jakby je obrastały...

- Jakby płynęły wrzucone do gieruGier(więz.) toaleta.. O tu, tamtędy i w dół – trochę mnie roznosiło... – A może ktoś te wszystkie łodygi i gałęzie wrzucił do wielkiej miski z wodą i zamieszał! Zobaczymy więcej smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.?

SmokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.? Tu nie ma smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.. Kilka było na trójce, widziałeś je.

- Gwaya mówił, że są tu smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.. Orły i smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający..

- To jeden z twoich, tak? Pewnie myślał o szóstce, tam na dole jest cała masa takich poczwarnych, skrzydlatych maszkaronów. Ale nie zejdziemy tam dzisiaj, ktoś mógłby nas zobaczyć.

- Powiemy im, że jesteśmy na obchodzie!

- Żeby to było takie proste, mały.

- To chodźmy chociaż na piątkę! – ciągnąłem Turama za rękę.

- Wykluczone. Już stąd kilofy słychać! Pora wracać.

To prawda. Było już wyraźnie słychać naszych, pracujących na poziomie. Byliśmy tak blisko... Słyszałem nawet pojedyncze rozkazy bukatówBukat(więz.) strażnik., nie tylko kilofy. Kilofy to nieraz nawet w celi dało się usłyszeć. Musiałem przejść do działania.

Puściłem żelazną rękawicę Turama, którą dotąd ściskałem bez ustanku, drugą ręką szybko sięgnąłem do kadzienniakówKadzienniaki(więz.) łachmany. po żelazny nóż, jaki podebrałem z tajemnego schowka Haramishy, a wcześniej umyślnie ostrzyłem przez kilka dni. Jednym sprawnym i silnym cięciem oderwałem obręcz z kluczami Młyna, co ją Turam miał przytroczoną do pasa, i rzuciłem się do biegu. On, zupełnie tym zaskoczony, próbował mnie nawet złapać, ale zdołałem mu się wyśliznąć. Zaklął siarczyście i tylko raz zakrzyknął za mną, bym się zatrzymał.

rozdział

Pędziłem na czterech w najczarniejszy mrok, kurczowo ściskając w zębach pęk kluczy i nie oglądając się za siebie. Serce waliło mi jak bęben. Do wtóru smyki śpieszne: rwany takt za mną pędził, dźwięki skoczne za susy brały, szaleńczy rytm szarpał za futro. Ale nie, nie biegłem na piątkę, prułem w górę! Desperacki drewniany stukot ruszył za mną w pogoń dopiero, gdy byłem już na schodach. Turam z tą jego nogą nie miał żadnych szans, by mnie dogonić. Zostawiłem go w tyle. Gnałem w zupełną ciemność, a między kamiennym lasem kolumn prowadziła mnie bezbłędnie ścieżka zapachu codziennej marszruty czterech huryjskich burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.: mieszanka naszych i strażniczych nukówNuki(hur.) ślady zapachowe., świeżo naniesionego pyłu, śladów łoju, sadzy, potu, krwi, moczu, alkoholu. Lawirowałem między kolumnami z niuchemNiuch(więz.) nos. nisko przy posadzce, aż mi o nią te klucze dzwoniły, co je na kafleKafle(więz.) zęby. wziąłem. Skrzypce zwolniły nieco. Z chaosu dźwięków nieśmiało rodziła się melodia. To wolność była! Schodami z poziomu trzeciego wpadłem jak burza na dwójkę, to jest na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. z naszymi celami. Zniknęło echo. Przede mną w oddali mieniła się znajoma łuna odległej pochodni, malując błękitem obrysy ścian i dolnych twyrasówTwyrasy(więz.) kraty., które zamknięte stanęły mi na drodze. Wymacałem pasujący do nich klucz. Zamek szczęknął, zaskrzypiały zawiasy. Nie wierzyłem, że to działo się naprawdę. Ziszczały mi się najśmielsze marzenia!

Ruszyłem wprost przed siebie. Przeszedłem przez rozwidlenie, zostawiłem za sobą korytarz do cel, z lewej i prawej minąłem drzwi do kabarynKabaryna(więz.) karcer. – w tej z lewej mnie zamknęli tamtego dnia, gdy drążyłem tunel i zwaliłem na siebie kawał ściany. Stanąłem przed górnymi twyrasamiTwyrasy(więz.) kraty., to jest główną kratą – tą, którą widać było zza naszych firanekFiranki(więz.) kraty.. Z pękiem kluczy w ręce nie stanowiła żadnej przeszkody. Doskonale przecież wiedziałem, który do czego służył. Pewnie Turam pluł sobie wtedy w brodę, że tak dokładnie mi wszystko wyjaśnił. W ostatniej chwili przypomniałem sobie, by tę kratę zamknąć za sobą na klucz. Miało to mi dać więcej czasu tam na górze. Taki zresztą był plan. Ziszczał się co do joty.

Zwolniłem tempo. Szerokie, kamienne schody zakręcały dwa razy w prawo, prowadząc mnie na poziom pierwszy. Z każdym stopniem robiło się coraz jaśniej, coraz bardziej dało się słyszeć głosy ciurmakówCiurmak(więz.) strażnik., coraz bardziej dawały się we znaki ich nukiNuki(hur.) ślady zapachowe., które wdzierały mi się w niuchyNiuch(więz.) nos. wraz z oparami podrzędnego alkoholu, zapachem surowego mięsa z rzeźni oraz aromatem wędzonych kiełbas i sera z którejś z bukackich spiżarń. Jedynka była poziomem mieszkalnym strażników – mieli tam te swoje lochyLoch(więz.) dziura, pomieszczenie mieszkalne strażników. z szeregami drewnianych łóżek, dodatkowe kabarynyKabaryna(więz.) karcer., dźwiękiDźwięki(więz.) sala tortur. przypis  Tak w Młynie mówiliśmy na specjalne sale tortur. To dlatego, że skazany, który tam szedł, wydzierał się wniebogłosy i wydobywał z siebie najprzeraźliwsze dźwięki, które aż słychać było w naszych celach poziom niżej.; były też magazyny, warsztaty, smarownieSmarownia(więz.) jadalnia. przypis  A to takie pomieszczenia, w których strażnicy zbiorczo jedli posiłki., a w jednym z pomieszczeń trzymali pod kluczem huryjskie figuryFigura(więz.) więzień funkcyjny.. Byłem tam pierwszy raz w życiu, a rozkład pomieszczeń znałem jedynie z opowieści Turama. Wszystko to nasi stawiali przed laty, na samym początku Młyna. Jednak gdy podpytywałem ich o to, nie chcieli mówić, nie pamiętali lub wymyślali niestworzone historie, które wykluczały się nawzajem.

Główny korytarz był wąski i wysoki na cztery metry z okładem, murowany pod samo nieboNiebo(więz.) sufit.. Intensywnie rozświetlały go gęsto rozwieszone pochodnie. Przylgnięty do posadzki, skradałem się najciszej jak tylko potrafiłem. Przemknąłem w prawo, do bocznego, ciemniejszego i ślepego korytarza, zmierzając do celi Turama. Wyszukałem właściwy klucz, ale gdy już zabierałem się do otwierania, okazało się, że drzwi wcale nie były zamknięte – były wręcz uchylone, a z wnętrza wydobywała się smuga niemrawego światła. Pewnie Turam był na tyle podekscytowany tym naszym wspólnym, tajnym wyjściem na poziomy, że po prostu zapomniał, pomyślałem. Ostrożnie pchnąłem drzwi, by wślizgnąć się do środka.

Stanąłem jak wryty. Wewnątrz pomieszczenia w świetle latarni postawionej na blacie stołu dostrzegłem jakiś ludzki kształt. Tyle że był jakiś... mały. Miał bujną, kędzierzawą grzywę, którą widać było doskonale, bo nie założył na głowę hełmu; zresztą w ogóle nie założył na siebie zbroi, a jedynie materiałową koszulę i spodnie; do tego pachniał jakoś zupełnie inaczej niż pozostali. Pierwszy raz w życiu widziałem takie zjawisko. W momencie, gdy otworzyłem drzwi, balansował właśnie na stołku, postawionym przy drewnianym regale, próbując dosięgnąć jakiś przedmiot z samej góry. Musiał mnie jednak usłyszeć, bo obejrzał się w moją stronę, przeraził i runął na ziemię z okropnym łubudu, zrzucając z półek cały majdan najróżniejszych, brzęczących fantówFant(więz.) przedmiot..

Przestraszony chciałem uciec jak najdalej, jednak inny miałem plan. Chyba tylko dzięki temu miałem odwagę, by zostać, szybko ogarnąć wzrokiem wszystkie ściany, susem skoczyć do takiej drewnianej listwy z zawieszonymi pękami kluczy, capnąć ten właściwy i czmychnąć przez drzwi nim spod sterty zrzuconych na siebie szpargałów wydobył się ten mały bezogonBezogon(więz.) człowiek.. Wypadłem z powrotem na ten boczny, ciemny korytarz, a z niego wychyliłem się na główny – ten rozświetlony pochodniami. Z jego końca doszły mych uszu stalowe kroki nadciągającego bukataBukat(więz.) strażnik.. Na psaPies(więz.) strażnik. urok!

Na końcu głównego korytarza było coś w rodzaju otwartego holu wejściowego do Młyna. Była tam krata prowadząca do schodów na powierzchnię, której strzegło kilku strażników. Widać, rumor z celi Turama zwabił jednego z nich. Ledwo się obejrzałem, by sprawdzić własne plecy, a ten zakuty ciurmakCiurmak(więz.) strażnik. wychynął zza winkla i już się toczył z tego holu wejściowego głównym korytarzem prosto na mnie. Byłem w potrzasku: z jednej strony – rosły bukatBukat(więz.) strażnik., z drugiej – ten mały. Musiałem się jakoś ratować. Umknąłem z powrotem w ten boczny korytarz i dałem nura między dwie beczki, co tam akurat stały pod ścianą. Sądząc po zapachu, magazynowali w nich zepsutą kapustę, ogórki albo jakieś inne zgniłe warzywa. Wpasowałem się na wcisk; usiłowałem zwolnić oddech; nasłuchiwałem.

Nie ruszając się z miejsca, zerknąłem jeszcze tylko w kierunku celi Turama i wtedy znów go ujrzałem. Odruchowo spuściłem wzrok, by mnie nie spostrzegł, ale przecież i tak już mnie zobaczył, a wręcz mi się... przyglądał. Stał ledwo widoczny w szczelinie uchylonych drzwi i mi się przyglądał! Odgadł moją kryjówkę, ale z jakiegoś powodu nie opuszczał własnej. Może on też się ukrywał przed strażnikami? Dopiero wtedy to do mnie doszło: a może to ludzki chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.? W końcu nigdy w życiu żadnego nie widziałem, to skąd miałem wiedzieć, jak taki wygląda?! Nie mogłem oderwać wzroku od białek jego oczu, a on wciąż uparcie wpatrywał się we mnie przypis  Bezogoni mają wyjątkowo niewielkie rogówki, spora część ich oczu jest zupełnie biała. Co ciekawe, znacznie słabiej w ich oczach odbija się światło pochodni.. Mały bezogonBezogon(więz.) człowiek. schował się do środka dopiero, gdy dudniące metalicznym echem kroki ucichły na skrzyżowaniu. To ten zakuty ciurmakCiurmak(więz.) strażnik. – przystanął, by ze ściany zerwać wiszącą pochodnię i z rozbujanym, jaskrawym światłem nieśpiesznie ruszyć w ciemny korytarz. Wstrzymałem oddech. Minął mnie o grubość ogona. Po cichu umknąłem zaraz za jego plecami.

Nie mam pojęcia, skąd wzięło się we mnie pragnienie, by pomóc temu ludzkiemu chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode.. Może mimo braku futra wydał mi się podobny? Albo pomyślałem sobie, że on też podchodzi właśnie do UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy., a nadciągający strażnik z jego mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. miał zaraz zdemaskować jego kryjówkę? Dziś już nie pamiętam, może targnęło mną coś jeszcze. W każdym razie wpadłem na główny korytarz i jakimś blaszanym rondlem – pierwszym, co wpadło mi w ręce – trzasnąłem z całej siły o ziemię w kierunku schodów na dwójkę – tylko po to, by narobić rabanu.

- Tylko sobie tam blach nie obij! – zakrzyknął jakiś strażnik z końca korytarza wśród rechotu swych kompanów, gdy żelastwo jeszcze przez kilka chwil tłukło się z echem wpierw o posadzkę, potem o kamienne schody. Ja w tym czasie skryłem się we wnęce drzwi do jakiegoś magazynu. Pociągnąłem niuchemNiuch(więz.) nos. i wtedy do mnie doszło, że całe futro mam uwalone zapachem tej zgniłej kapusty i ogórków! Czuć mnie pewnie było na kilometr! Miałem tylko nadzieję, że bezogoniBezogon(więz.) człowiek. rzeczywiście nie mają węchu...

Gdy ciurmakCiurmak(więz.) strażnik. energicznie wparował na główny korytarz i wabiony hałasem zbiegał po schodach na nasz pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., ja, tłumiąc w kadzienniachKadzienniaki(więz.) łachmany. dzwonienie dwóch pęków kluczy, wychyliłem się z kryjówki, pobiegłem w odwrotnym kierunku (czyli do tego holu wejściowego na końcu głównego korytarza) i przemknąłem obok strażników, którzy skupieni przy małym stoliku żywo zajęci byli grą w karty przypis  To taka albińska gra na kilka osób. Polega na układaniu równo przyciętych kawałków tektury o różnych wzorach i kolorach w różne stosy wedle przyjętych wcześniej zasad. Ludzie wszelkich stanów bardzo się tym pasjonują.. Schowałem się za jakąś wielką skrzynią z żelaznymi okuciami – jakbym ją skądś znał... Naszykowałem klucz. Teraz czekać. Taki był plan. Byłem już tak blisko! Czułem już to powietrze z zewnątrz, które czasem przynosili na sobie bukaciBukat(więz.) strażnik..

Z korytarza szybkie, ciężkie kroki. Metal o kamień.

- Alarm! Mamy tu intruza! – wrzasnął zdyszany strażnik wracający z dołu. Turam najwidoczniej zdołał już dokuśtykać do górnych twyrasówTwyrasy(więz.) kraty. na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Były zamknięte, ale natknął się, widać, na tego ciurmakaCiurmak(więz.) strażnik..

Zatem stało się. Strażnicy porzucili karty i zerwali się na równe nogi; złorzecząc i wyzywając od larw i ciem, zakładali pośpiesznie hełmy, co je zdjęli z głów do gry; nerwowo rozpierzchli się po poziomie, nawołując zewsząd swych pobratymców.

Nie miałem zbyt wiele czasu. Jak tylko w holu zrobiło się luźniej, wyskoczyłem zza skrzyni i czym prędzej podbiegłem do kraty. Gdy włożyłem klucz do zamka, po drugiej stronie firanekFiranki(więz.) kraty. dostrzegłem dwie papugiPapuga(więz.) strażnik, konwojent. i całą mochęMocha(więz.) grupa. figurFigura(więz.) więzień funkcyjny., ciągnących ze sobą po schodach żywego iakka. Schodzili z powierzchni. Jakimś cudem wśród tego zgiełku i zamieszania nie usłyszałem ani nie wyczułem ich wcześniej. Z powrotem zaszyłem się w kąt za skrzynią, licząc na to, że mnie nie spostrzegli.

- Ileż można tu sterczeć? – warknęła jedna z papugPapuga(więz.) strażnik, konwojent. kilka chwil po tym, gdy dotarli do krat i czekali na wejście. – Bydle nam się rwie do uboju, a ani jednego na posterunku nie ma!

- Dajże spokój, młyn tu mamy! Jakiś poprzeczniak zwiał z poziomu i na dokładkę zamknął drewnianą nogę na dwójce! – relacjonował bukatBukat(więz.) strażnik. z holu, otwierając twyrasyTwyrasy(więz.) kraty. i niemal dusząc się ze śmiechu.

- Złapaliście go?

- Gdzieżby? DekujeDekować(więz.) ukrywać. tu gdzieś jeszcze przypis  Czyli się chowa..

- Tu? Na jedynce? Skóry z was Ordin zedrze, gdy się dowie!

- A weźże! Lepiej na własne szczotkiSzczotka(więz.) huria. filujFilować(więz.) patrzeć, pilnować. przypis  Patrz albo pilnuj.!

Nagle, gdy wchodzili, będący z przodu huria zatrzymał całą kolumnę figurFigura(więz.) więzień funkcyjny. wraz z dwiema papugamiPapuga(więz.) strażnik, konwojent. i podirytowanym samcem iakka, niemal teatralnie pociągnął niuchemNiuch(więz.) nos. i rzucił:

- Czujecie to? Jakby tu zalatywało jakimś dołorobemDołorób(więz.) więzień pracujący na dole. przypis  Tak pogardliwie figury przezywały naszych.!

Zamarłem z przerażenia. Dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że po posadzce w kierunku powierzchni ciągnął jakiś drobny powiew powietrza. Wywiewał z małej kraty w podłodze, czegoś na kształt gieruGier(więz.) toaleta.. Chowając się za tą skrzynią, nie wziąłem tego pod uwagę! W ogóle nie wziąłem pod uwagę faktu, że z góry schodzą czasem jakieś hurie, a tyle myślałem nad tym planem!

- Na mój nos to ktoś z jedynki – rzuciła któraś z figurFigura(więz.) więzień funkcyjny., a strażnicy sięgnęli po miecze.

Tamten pierwszy huria wiedziony moimi własnymi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe. ruszył prosto na mnie. Z całych sił rozpaczliwie wciskałem się między ścianę a drewnianą skrzynię.

- Ależ tu bije kiszoną kapustą! – wycedził z niesmakiem.

Tak! No właśnie! Ten straszny gipsGips(więz.) zapach. z tamtych beczek, co wżarł mi się w futro, teraz mógł mnie ocalić! Wybawienie! Już to widzę, jak odwraca się na pięcie i wraz z całą mochąMocha(więz.) grupa. figurFigura(więz.) więzień funkcyjny. idą w kierunku rzeźni; jak otwieram bramę; jak schodami wspinam się na powierzchnię; jak ciepłe promienie słońca liżą mnie po sierści; jak...

- Toż to ten mały skokobrykSkokobryk(więz.) dzieciak. z jedynki!

Poczułem silne szarpnięcie za ramię i czyjeś pióraPióra(więz.) pazury. wbijające mi się w ciało.

- Chciałeś uciec w beczce po kapuście czy co?

No i cały plan wziął w łeb.

rozdział

- Udawał nieżywego, to musiałem sprawdzić – tłumaczył się Turam przed samym naczelnikiem, to jest MłynarzemMłynarz(więz.) naczelnik., w jego prywatnej komnacie.

- Iakkowa dupa, a nie klucznik! – gardłowałGardłować(więz.) krzyczeć. Ordin, żywo gestykulując stalową rękawicą. – Mikremu kociakowi dać się nabrać!

Turam czerwienił się coraz bardziej, zaciskając zęby i nerwowo spoglądając na boki. Ordina zaś właśnie obudzili ze snu po nocnej warcie i nie zdążył jeszcze przywdziać całego rynsztunku. Miał na sobie jedynie miękki kaftan, spodnie i nagolenniki, a jeden ze strażników pomagał mu założyć resztę żelastwa.

- Mój drogi – zaczął MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik.. – Byłbyś wyrozumiały. Wiesz przecież, że nasz klucznik nie ma jeszcze dość doświadczenia z huriami.

- No jasne, że nie ma, wuju! Cóż tu po stopniu, tu nie front! Nie rozumiem, jaki był sens tak z miejsca powierzać tej drewnianej nodze wszystkie klucze do tego burdeluBurdel(więz.) więzienie. przypis  Tak strażnicy pogardliwie nazywali Młyn.?

- Byś się opamiętał!

A Ordin, nie zwracając uwagi na MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik., zwrócił się do Turama:

- A swoją drogą, do zeszlojonej larwy, jakim żeś prawem w ogóle miał klucze do celi podczas obchodu? Co?

- Zrządzenie bogów! – tłumaczył się Turam. – Wziąłem przez przypadek, musiałem źle je rano odwiesić. Zorientowałem się na dole, toż nie było sensu wracać.

- Przypadek! Jakże można przez pomyłkę wziąć dwa pęki kluczy zamiast jednego? I to akurat tego dnia, gdy tamten karypel udawał zwłoki!

- Sugerujecie coś, poruczniku?

- Coś tu cuchnie, Tuflu. Od samego początku te całe obchody zalatywały jakąś zdechłą rybą przypis  Nie, nie. Ryba to było kłamstwo albo oszustwo. Farmazon innymi słowy.. Po kiego czorta sprawdzać poziomy za dnia – awanturował się Ordin – skoro wszystkie sierściuchySierściuch(więz.) huria. i tak są na dole? Wszystkie prócz tego jednego. – Wskazał palcem na mnie. Stałem z boku tego zamieszania, a jeden z bukatówBukat(więz.) strażnik. miażdżył mi ramię, bym się nie wyrwał. – Jak to w ogóle możliwe, że ten karakanKarakan(więz.) mały i niski więzień. nie ma jeszcze kajdan, a za dnia w celi próżnuje?

- Mały jest, oto dlaczego – skwitował MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik..

- Jakoś przed laty nikomu nie przeszkadzało, gdy małe szczotkiSzczotka(więz.) huria. tyrały na dole równo z resztą!

- Śmiesz podważać moje słowo, młody człowieku? Nie pójdzie do kucia skał choćby dlatego, że ja tak mówię!

- Znam inne twoje słowa, wuju: każdemu hurii należy się woda, mięso za pracę, kara za przewiny, drewniana miska, drelichy i para kajdan! – Tę pracę i parę kajdan podkreślił dobitnie. – Ja tego nie wymyśliłem!

- Jeśli już musisz, to załóż mu te kajdany. Byle nie za ciasno, toż to jeszcze dzieciak!

Ordin roześmiał się ironicznie:

- To jakaś paranoja! Jeszcze trochę, a zabronisz nam zabierać szczotkiSzczotka(więz.) huria. do karceru, by przypadkiem im krzywdy pałkami nie zrobić! A swoją drogą za taki jucht z próbą ucieczki mały powinien dostać solidne omłotyOmłoty(więz.) dotkliwa kara cielesna. przypis  To było lanie wykonywane drewnianymi pałami przez wielu bukatów na raz..

- Kategorycznie zabraniam! – warknął rozjuszony naczelnik, aż się podrywając zza ciężkiego biurka zawalonego mnóstwem brzęczących szpargałów. – Przystałem na kajdany, jak się tak rwiesz do tego, ale osobiście tyłek ci przetrzepię, jeśli który mu krzywdę zrobi!

Ordin parsknął tylko z pogardą i bez słowa dał znak do wyjścia papudzePapuga(więz.) strażnik, konwojent., co mnie trzymała. Zachodziłem w głowę, dlaczego MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik. z takim uporem bronił mnie przed swym krwiożerczym bratankiem? Miałem zamiar wypytać o to Turama następnym razem. Nie miałem wówczas pojęcia, że nie będę już miał do tego okazji...

Zabrali mnie do kuźni. W małym pomieszczeniu przy olbrzymim miechu i gorącym palenisku, rozświetlającym wszystko jaskrawym błękitem, czaił się istny ogniowy demon. To był jeden z bukatówBukat(więz.) strażnik., ale zamiast zbroi nosił ciężki fartuch zrobiony z jakiejś okrutnie grubej skóry – powycierany i poprzypalany rozgrzanym metalem – oraz takież same rękawice. Twarz miał brudną, pokancerowaną, a spod siwej, acz dość bujnej jeszcze grzywy i gęstej brody wyłaniało się kilka głębokich blizn. Gdy weszliśmy, na kowadle dwakroć większym od mojej głowy obijał boki rozgrzanego do czerwoności ostrza kilofa, aż iskry skakały i rozbiegały się w popłochu po kamiennej posadzce.

ObrączkiObrączki(więz.) kajdany. dla małego przypis  Czyli kajdany. – szczeknął ten, co mnie prowadził, oddając w ręce kowala. – Tylko, larwa, porządnie zanituj, nielichy z niego poprzeczniak!

Ogniowy brodaty demon z niechęcią porzucił swe zajęcie, beznamiętnie zmierzył mnie od palców do głów, mocno chwycił za ramię, zmierzył je fachowym okiem i mruknął:

- Oj, luźne stylisko. Nie mam takich mikrych.

- Co? Jakim, larwa, cudem? Były przecież!

- A były, ale poszły w diabły! Lata temu, jeszcze jak był tu Yorik, wszystkieśmy przetopili.

- Larwa, bez bimbaniaBimbać(więz.) żartować. przypis  Bimbać to żartować.! Żelaza, widzę, nie brak, to nowe wykuj!

- W tym rzecz! Wszystkie sztaby idą na kilofy. Złóżcie zamówienie u Favrisa, dajcie mu jaką flaszkę, to w tydzień z dostawą dojdzie.

- Niech to ćmaĆma(więz.) prostytutka. chropataChropaty(więz.) brzydki.! – wtrącił Ordin, rzucając demonowi mordercze spojrzenie, acz ten ani nawet nie drgnął, a czarci ogień w nim nie zgasł. – Kolejna iakkowa dupa zamiast fachowca! Na za dużo wam StaryStary(więz.) naczelnik. pozwala! Przekuć mi to żelastwo na nowe kajdany! Na już potrzebne!

- Nie pieńcie sięPienić się(więz.) denerwować się. tak, poruczniku – odparł spokojnie kowal, a do tego uśmiechnął się, demonstrując braki w uzębieniu. – Z rozkazu gospodarzaGospodarz(więz.) naczelnik. kuję przypis  Inaczej o naczelniku. i też na już potrzebne! Coraz miększe skały na szóstce, to kilofów o takich płaskich krańcach potrzeba, ile wlezie. O, takich jak ten.

- Też mi pomysły! To wziąć duże kajdany i na małe przekuć!

- Za ciężkie będą, toż to mikry kociak ledwo.

- Tym nawet lepiej. Tylko zabrać mi się za to w pierwszej kolejności! Na siebie StaregoStary(więz.) naczelnik. wezmę, gdyby się o to rzucał.

- Hmm. No to blatBlat(więz.) zgoda. przypis  To znaczy, że się zgodził.. Na jutro będą.

- Jutro! – syknął Ordin. – Dzisiaj do drugiej zmiany się wyrobisz, to na dołowanie draniaryDołowanie draniary(więz.) spółkowanie zbiorowe. zaproszę przypis  Tak strażnicy nazywali zbiorowe akty jamii dokonywane na naszych huriankach zaciąganych do tych ich lochów..

- A luźne stylisko z tymi waszymi derbamiDerby(więz.) spółkowanie zbiorowe. przypis  To o tym samym tylko innymi słowami.! To odrażające! Że też wam fujary stają przy tych kocicach! Lepiej ludzką czajkę by porucznik wynalazł!

- Masz tupet! Dzierlatki się zachciewa zgrzybiałemu dezerterowi!

- Toż to już zamierzchłe dzieje! – obruszył się demon. – Dwadzieścia i jeszcze trzy lata mijają odkąd jąłem hakowaćHakować(więz.) ciężko pracować. w tej kuźni przypis  Hakować to pracować bardzo ciężko.. Jestem tu niemal od samego początku, a od zajścia z Yorikiem cała robota na mojej głowie! Od przeszło dwóch cykli dopraszam się o jakiego stałego pomocnika, choćby i kota. Podeślij kogo, to żywo się pośpieszę.

- Śmiesz mi jeszcze warunki stawiać? Nie będzie ta szczotkaSzczotka(więz.) huria. w kajdany zakuta do drugiej zmiany, to do kabarynyKabaryna(więz.) karcer. zaproszę i osobiście się postaram, by nie miało ci już co stawać zarówno przy kocicach, jak i przy ludzkich larwach, o ile w twoim podeszłym wieku to ci się jeszcze w ogóle zdarza. A teraz zabierać mi się do roboty! No i nie zgubić mi tego małego! Mam ważniejsze rzeczy na głowie niż bieganie za skokobrykiemSkokobryk(więz.) dzieciak.. Spuść go tylko z oczu, to powycieram tobą karcer!

- Lepiej go, larwa, do czegoś przywiąż – rzuciła tylko na odchodne moja papugaPapuga(więz.) strażnik, konwojent. – bo wiesz, larwa...

- Wiem – odparł niewzruszenie kowal. – Niezły z niego poprzeczniak.

A natychmiast po tym, gdy zatrzasnęli za sobą drzwi, zagadnął:

- Pracowałeś kiedyś w kuźni?

Pokręciłem głową.

- Ale garniesz się do tego, by spróbować swoich sił.

Nic nie odpowiedziałem.

- To wskakuj na miech i żwawo go rozbujaj!

Zaintrygowany wdrapałem się na drewnianą konstrukcję miecha i zapierając się całym sobą parłem w dół. Ku memu zaskoczeniu całe stado ogników roztańczyło się w palenisku, rozrzucając iskry na prawo i lewo, a rozżarzone węgle aż zabłysły jaskrawo. Zafascynowany na polecenia kowala to podnosiłem miech, to go opuszczałem, czując jakbym był płucami wielkiego ognistego smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający., co płomieniami oddycha ciężko, podsycając swój wewnętrzny żar.

- Brawo – słyszałem tylko – tak trzymaj, prędko się uczysz.

- Jesteś dezerterem? – spytałem, gdy na chwilę zwolnił mnie od miecha, by na kowadle nadać kształt moim nowym kajdanom.

- Oj tam, luźne stylisko, zaraz dezerterem. Tu prawie każdy ma coś za uszami. Dezerterzy, włamywacze, stenokrady, fałszerze, gwałciciele, ułomni, kaleki... Młyn to zbieranina wyrzutków, siłą zaciągniętych tu do wojskowej służby niczym do paki. A choć w niejednym cejnieCejno(więz.) więzienie. zęby gryzłem, to żadne nie może sobie nawet stanąć obok tej tu zgniłej wupyWupa(więz.) więzienie. przypis  Mówił o więzieniach. Bezogoni budują ich wiele i osadzają w nich złoczyńców.!

Wtedy powiedział:

- Jestem Bradach. A ty jakie nosisz imię?

- Nie mam imienia. Jestem chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode.. – Tego „chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode.” to wtrąciłem po huryjsku.

- Że co, proszę? – zapytał aż przerywając kucie.

- Jestem chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode..

- Dobra. I tak tego nie powtórzę. Prędzej połamię sobie język. Powiedzmy, że będę cię nazywać Orm. Mój siostrzeniec nosił takie imię, dopóki Krucza ArmiaKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie. go nie stratowała. Zresztą wraz z moją siostrą i jej mężem.

Nie mogłem zgadnąć, o co mu chodziło. Nadał mi imię, jakby był moim własnym raisemRais(hur.) wódz. i jakbym właśnie przeszedł próbę UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy., która przecież właśnie mi się nie powiodła. Pod sierścią czułem jednak, że nadchodzi nowe. Jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, wówczas cieszyłem się na myśl o tych kajdanach. Wszyscy nasi takie nosili na nogach i rękach. To w końcu naturalne, że chciałem być jak oni – choć doskonale wiedziałem, że pod marashemMarash(hur.) ogon. Jangi ten kawałek żelaza i tak nie zastąpi mi gwiazd nad głową, tak potrzebnych do ceremonii UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy..

- A Turam? – zapytałem, zatrzymując się na miechu.

- Co z nim? Nie przestawaj tam; góra, dół!

- On też jest dezerterem, włamywaczem i stenokradem?

- A gdzie tam! On nie. To rotmistrz z regimentu Tussandera. Tyle że mu kulasa oderwało na froncie, to go tu, na tyły wysłali. Jest tak trochę z uma szedłszyZ uma szedłszy(więz.) o wariacie. przypis  Że niby postradał rozum, zwariował albo po prostu był dziwny.. No i trochę brak mu ogłady – ciągnął demon – jak na kogoś jego rangi, ale to swój chłop. Też jest barbarzyńcąBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., tak jako i ja. A ledwo nas garstka służy tu, w tym podziemiu. Na takie ciepłe i bezpieczne stołki tak daleko od Kruczej ArmiiKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie. to albini łasi. Nas to najchętniej w pierwszej linii widzą. Popamiętasz jeszcze moje słowa: jeszcze im wydrzemy z pysków nasze ziemie, gdy już to wszystko się przewali!

- Gdy to wszystko się przewali?

- No, wojna na Bakburcie przecież; zobaczysz, Orm, gdy zepchniemy Kruczą ArmięKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie. na Piekielne Ziemie albo jeszcze dalej, to odbierzemy albinom to, co nasze. CentauryCentaury(przyr.) pół ludzie, pół jednorożce. Gatunek silnych, półdzikich stworzeń o jednej parze rąk i dwóch parach nóg zamieszkujący stepy na Sterburcie Imperium. ze Sterburty już dwa razy próbowały postawić się imperium, ale oba zbrojne powstania upadły. Brakło im sił, determinacji i dobrego planu. Przeszło dwa cykle temu skrzyknęły się centauryjskie klany i utworzyły podziemie. Zwali je Ungulantą. Mieli przywrócić Sterburcie wolność. A tu, luźne stylisko, gdy tylko albini ich wywąchali, nasłali na nich armię i pod pozorem mobilizacji przeciw Legionowi HundunHundun(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Sterburcie. wybili wszystkich centauryjskich partyzantów przypis  Wszystko są to fakty historyczne. Powstania centauryjskie miały miejsce w roku wtórym piątego oraz w roku wtórym 15 cyklu. Ungulanta, tajna organizacja centauryjska, powstała w roku wtórym 17 cyklu, zaś w 18 cyklu Imperium Terahandearu ogłosiło trwający do cyklu 19 centauryjski stan nadzwyczajny w obawie przed najazdem Hundunu (zob. Wiek postmagnibelliczny..., s. 248). Zdania historyków co do jego zasadności są do dziś podzielone – przyp. GE..

- Legion HundunHundun(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Sterburcie.? – zagadnąłem zaintrygowany.

- Tak – Bradach machnął ręką – jin-haniJin-hani(przyr.) rasa ludzi zamieszkująca Sterburtę. tak nazywają resztki oddziałów Chaosu, które plądrowały ich ziemie po wielkiej wojnie. To coś jak Krucza ArmiaKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie., tylko nie na Bakburcie, a na Sterburcie, tam, gdzie żyją jin-haniJin-hani(przyr.) rasa ludzi zamieszkująca Sterburtę., centauryCentaury(przyr.) pół ludzie, pół jednorożce. Gatunek silnych, półdzikich stworzeń o jednej parze rąk i dwóch parach nóg zamieszkujący stepy na Sterburcie Imperium. i wysokie elfyElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie.. Tyle że HundunHundun(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Sterburcie. nie stanowił wówczas żadnego zagrożenia, zresztą obecnie też nie stanowi. Wysokie elfyElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie. już lata temu go rozgromiły i trzymają w ryzach; nikomu nie dadzą sobie odebrać granic. Toteż nadszedł czas na nas, barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. z Bakburty. Za długo klęczymy w tych... albińskich kajdanach! Ileż ja sam tu tkwię?! Dwadzieścia lat i jeszcze trzy! Ileż można? Przecież pamiętam jeszcze, jak twoi pobratymcy budowali te ściany tutaj. Nie było kuźni, korytarzy, waszych cel na dole też nie było, same kolumny. A na samej górze to jeszcze nawet kolumn nie było, ledwo jakieś zaczątki. A teraz to niektóre nawet na dwóch chłopa wysokie albo i lepiej!

- I funkcyjni muszą je budować na rusztowaniach? – zapytałem.

- A gdzieżby! Twoi krewni ich przecież nie budują, większość robi przy rozładunku urobku. A jest ich tak mało, że nie chcą mi żadnego oddać do kuźni!

- To kto buduje te kolumny?

- No, w tym rzecz. Budują się same.

- Jak to same?

- Same. Nikt im nie pomaga, a z roku na rok są coraz wyższe.

- To one tak... rosną? Jak drzewa?

- Coś tak jakby. Nie wiem, nie znam się na tym. Pewnie jakaś magia czy inszy diabeł. Dobrze, że nie każą mi tych drzew ścinać, bo bym wszystkie narzędzia stępił na tej litej skale – zażartował demon, szczerząc do mnie resztki zębów. – Do tego jeszcze ta posadzka. Jak mnie tu przywieźli przed laty, to na najwyższym poziomie była niemal równo z gruntem. A teraz jest ze dwa metry pod ziemią. Jakby całe to zgniłe cejnoCejno(więz.) więzienie. stopniowo się zapadało. Co jakiś czas, tak raz na dwa lata, muszę dorabiać kolejne stopnie, byśmy mogli wychodzić na poziom gruntu. Solidne, dębowe, bo prowadzą po nich iakki do rzeźni.

Tak. Dało mi to wówczas wiele do myślenia, choć nie byłem pewien, czy ten ogniowy demon sobie ze mnie po prostu nie żartuje.

Skończył swoje dzieło tuż przed drugą zmianą. Aż się bałem, że mi sierść przypalą te kajdany, gdy je na mnie nitował – takie były jeszcze ciepłe. Moje nogi i ręce okazały się nagle niewyobrażalnie ciężkie. To było dla mnie wielkie zaskoczenie... Najdrobniejszy ruch stał się torturą, z każdym krokiem podnosiłem nogi z ziemi, jakbym je musiał wyrywać z gęstego bagna, a obręcze coraz bardziej wżynały się w ciało. Łańcuch zaś był tak przesadnie gruby, że chyba nie rozerwałoby go nawet deinoteriumDeinoterium(przyr.) gatunek dużego słonia o krótkiej trąbie i długich ciosach dolnych, będących cennym źródłem kości słoniowej.! Okrutnie krępował mi wszelkie ruchy, a do tego dzwonił o posadzkę, nieznośnie manifestując swoją obecność.

- Przykro mi, Orm – rzucił tylko, gdy spojrzałem na niego z wyrzutem. – Taki już los hurii. Ale może się z gospodarzemGospodarz(więz.) naczelnik. ustawięUstawić(więz.) umówić.. Przydałby mi się tu taki pomocnik jak ty przypis  Ustawić się, czyli się umówić, znaczyło to też: zmienić porządek w hierarchii....

rozdział

- Toś zakapior, zakapior jak piesPies(więz.) strażnik.! – Tak mnie podsumował hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha, gdy doszedłem do miejsca, w którym uwięziłem Turama na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. za głównymi twyrasamiTwyrasy(więz.) kraty. za pomocą jego własnych kluczy. Opowiedziałem im całą historię mojej ucieczki, nawet to, jak młyński kowal nazwał mnie imieniem swego siostrzeńca. Nie wspomniałem jedynie o tym ludzkim chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode., którego spotkałem w celi Turama. MbariaMbaria(hur.) huryjskie stado. słuchała moich słów jak zaczarowana, nie chcieli tylko uwierzyć we fragment o rosnących kolumnach i zapadającym się Młynie.

Moje nowe kajdany na nogach i rękach aż prowokowały do pytań. Mierzyli je, wąchali, ważyli w rękach. Za panowania Sharii po takich przygodach byłbym już huremHur(hur.) młodociany huria.; pod marashemMarash(hur.) ogon. Jangi liczyć na to nie mogłem. Nadal byłem chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode., a burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., jak na chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode., poświęciła mi nad wyraz dużo czasu i uwagi. Choć w zasadzie im i tak było wszystko jedno... Może z wyjątkiem Haramishy – ten wiekowy pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). sprawiał wrażenie, jakby... był ze mnie dumny. On jeden! Wbrew temu, że sierść miał tak samo czarną jak Janga, był w tamtym czasie jedną z niewielu jasnych gwiazd na tym ciemnym, nocnym niebie. Nawet nie miał mi za złe, że chapnąłemChapnąć(więz.) ukraść. mu przypis  No, ukradłem przecież. ten jego żelazny nóż, co mi posłużył do odcięcia kluczy. Odebrali go mi jeszcze przed tym, gdy mnie postawili przed MłynarzemMłynarz(więz.) naczelnik.. A Haramisha zamiast się wściec, że stracił najlepszą broń, jaką mieliśmy w celi, to wręcz się cieszył, że jego własny fantFant(więz.) przedmiot. przyczynił się do przyszycia bukatomBukat(więz.) strażnik. takiej brodyPrzyszyć komuś brodę(więz.) wykręcić komuś szwindel.. Nawet mnie bronił przed Ugaidi, gdy miała do mnie pretensje, że nie dostaję niczego od Turama.

No właśnie. Na próżno już oczekiwałem stukotu drewnianej nogi. Kto inny otwierał twyrasyTwyrasy(więz.) kraty., kto inny dzwonił pękiem kluczy. Nikt nie schodził już na obchód. Pierwszego dnia pomyślałem, że Turam się na mnie obraził, ale że mu przejdzie; drugiego – tęskno spoglądałem na główną kratę; trzeciego – byłem gotów z rozpaczy zjeść własne futro, byle tylko przyniósł mi coś do jedzenia. Dopiero wtedy poznałem, co to prawdziwy głód. Ściskał mi żołądek jak bukackie machiny do tortur. Pozostała mi luźna breja ze śniadania i sajdkaSajdka(więz.) kromka. bomsuBoms(więz.) chleb., którą coraz trudniej przychodziło mi dzielić się z Siostrą. Żaliłem się jej, ale cóż mogła mi pomóc?

Kiedyś próbowałem sobie wyobrazić i uwierzyć w to, że wcale nie jestem głodny. Nie szło mi to za dobrze. Powtarzałem sobie w myślach: nie czuję głodu, nie czuję głodu... Zamiast tego coraz bardziej doświadczałem, jak żołądek targał całym moim ciałem, a każdy ze zmysłów na swój sposób próbował mi wmówić, że jedzenie mam na wyciągnięcie ręki. Przemożny głód niewolił mnie tym bardziej, im bardziej myślałem o jedzeniu. Próbowałem pić wodę, udając, że to zupa; że bukatBukat(więz.) strażnik. nabiera ją specjalnie dla mnie i to prosto z suterynySuteryna(więz.) dno kotła.. Albo że Haramisha dzieli się ze mną własną porcją:

- Weź, wziąłem dla ciebie! Zjedz prędko - szepce mi do ucha, by się Jandze nie narażać.

Nie poddawałem się. Ale nic to nie dawało. Wszyscy byliśmy niewolnikami głodu. Co by nie mówić o łańcuchach, kratach i bukackich mieczach, to jednak głód niewolił nas najbardziej.

Wraz z głodem przyszedł wówczas strach. Turam się nie pojawiał, to nie przynosił mi żadnego fasunku. Janga szczerzył na mnie kafleKafle(więz.) zęby. i oblizywał się na mój widok, a ze względu na ten równy przydział, jaki niegdyś wprowadził, z całą celą miałem na pieńku. Z łatwością przyzwyczaili się do tych luksusowych wędlin, a gdy im je nagle zabrano, byli pewni, że to moja wina. No i mieli przecież rację. Czasem miałem wrażenie, że jedynie przez wzgląd na Haramishę i jego wysoką pozycję w hierarchii trzymali mnie jeszcze przy życiu.

Do tego wszystkiego doszedł jeszcze incydent z Zinaą. To zresztą musiało się tak skończyć. Kilka dni po moim powrocie, tuż przed obiadem, przyszli po niego z góry. Próbował się wyrywać, więc jeden ciurmakCiurmak(więz.) strażnik. podciął mu nogi; drugi – zdzielił go metalową pałką pod żebra, aż go w pół zgięło, po czym na przemian okładali go stalowymi buciorami. Wszystko to działo się na korytarzu, przed firankamiFiranki(więz.) kraty. naszej celi. BukaciBukat(więz.) strażnik. skrzeczeli tylko:

- Już my cię, zapchlona szczotkoSzczotka(więz.) huria., fikania kantemFikać kantem(więz.) oszukiwać strażników. oduczymy! Kłusownik się znalazł przypis  Fikania kantem, czyli oszukiwania strażników i łamania ich przyzwoleń. A kłusownikiem nazywali bukaci każdego hurię, co się zamierzał na ludzi. W sumie to zabawne, bo my dokładnie tak samo mówiliśmy na takiego bukata, który się uwziął na któregoś z naszych i z premedytacją się na nim wyżywał.!

Potem kazali pardianowiPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). zebrać się do pionu i zaciągnęli go na dźwiękiDźwięki(więz.) sala tortur.. I bez tego, co mówili, nietrudno było zgadnąć, dlaczego go zabrali. Jakieś sprzedajne uchoUcho(więz.) donosiciel. z którejś celi wreszcie doniosło strażnikom o tych jego zuchwałych planach. Pytanie tylko: kto go wsypał? Bo słyszeli go wszyscy.

- Głupi był jak piesPies(więz.) strażnik., że się z tym nie krył! – powtarzał Haramisha.

- Ależ z tego Zinai tępe futro! – dopowiadała Ugaidi.

- Może i za nim nie przepadam, ale bądź co bądź jest jednym z nas! – Tak z kolei powiedział Janga, ale nie wierzyłem w ani jedno z jego śliskich słów! Wbrew temu, co mówił, osobiście właśnie jego podejrzewałem! Wszystko układało mi się w sensowną całość. Janga był enigmatyczny i małomówny; nadstawiał jedynie uszu, a zawsze tylko czyhał z boku, by wbić komuś nóż w plecy. Sprowokowany przez Zinaę wyszedł jednak z ukrycia. Podczas tej ich pamiętnej walki o panowanie nad naszą burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. był w takiej formie, że na pewno karmił swego wężowego demona jakimś luksusowym smarunkiemSmarunek(więz.) jedzenie. od bukatówBukat(więz.) strażnik.. To było widać! Tak samo jak było widać te jego długie i ostre pazury, którymi się werżnął w kark Zinai. I w twarz Vijani. I we mnie, gdy zapomniałem któregoś dnia napełnić misek wodą. Janga musiał mieć ze strażnikami dobre układy, skoro mu nie obcinali pazurów.

Po tamtym szybkim i próżnym zwycięstwie najchętniej wypędziłby Zinaę z mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., ale nie mógł się go przecież pozbyć z celi – musiał tolerować jego obecność. Zdegradował go do pozycji huraHur(hur.) młodociany huria. i umieścił w ogonie hierarchii, a ten wydźwignął się dzięki tej bezinteresownej jamii do tego stopnia, że hurianki zaczęły go ubóstwiać. Niektóre oddałyby za Zinaę własne futro, a śmiem wątpić, czy któraś byłaby w stanie tak się poświęcić dla Jangi. Powiedzieć, że nasz raisRais(hur.) wódz. nie przepadał za Zinaą, to wykazać się niebywałą oszczędnością słów. Nienawidził go i gardził nim na każdym kroku ich przymuszonej współegzystencji.

Kilka dni to trwało, nim zwrócili nam Zinaę. A przynajmniej to, co z niego zostało. PapugiPapuga(więz.) strażnik, konwojent. przeciągnęły go tam i z powrotem przez cały korytarz na pokaz przed wszystkimi celami.

- A teraz słuchać, zapchlone ścierwa! – wykrzykiwał sam Ordin, a ściany dudniły złowieszczym echem, nikt nie ośmielił się nawet pisnąć. – Każdego, kto choćby podniesie rękę na jednego z nas, taki sam los spotka! Taki sam! Bądźcie tego pewni! Przypatrzeć się dobrze, koty!

Dopiero gdy podeszli pod nasze firankiFiranki(więz.) kraty., zobaczyliśmy, o co mu chodziło. Ogarnęła nas trwoga. Zinaa... Na demony! Ciało pokaleczone; wszędzie pełno blizn, rozharatanej torturami skóry; sierść porwana w strzępy i zalana gęstą farbąFarba(więz.) krew.. To jednak nic... Najgorsze było to... że odcięli mu... ogon! Odcięli mu ogon! W jego miejscu sterczał prowizorycznie zabandażowany kikut. Jeden z bukatówBukat(więz.) strażnik. demonstracyjnie niósł ten ogon jak jakieś trofeum nad swoją głową, aby wszyscy widzieli. Nie mam pojęcia, jak nieludzkim trzeba być, by targnąć się na coś takiego! Jak świat długi i szeroki nie znajdziecie na nim gorszych potworów od ludzi. Byliśmy zdruzgotani i przerażeni. Taki zresztą był tego cel – miało to być przestrogą dla pozostałych. BezogoniBezogon(więz.) człowiek. doskonale wiedzieli, jak bardzo cenimy sobie nasze ogony. Aż dziwne, że wszystkim nam ich nie poodcinali już przed laty, by nas upokorzyć... A jeszcze gdy wchodzili z Zinaą do celi, jeden z ciurmakówCiurmak(więz.) strażnik. oznajmił ku uciesze innych strażników:

- Cieszta się, to tylko kita. Na początku to żeśmy chcieli go psulaPsul(więz.) męski organ płciowy. pozbawić przypis  Czyli um., ale ma tak małego, że sami rozumiecie, nikt by nie zauważył braku!

Co za banda barbarzyńców!

Gdy wieczorem Zinaa doszedł do siebie, oznajmił wszystkim:

- Ktoś z naszych mnie zdradził. Ktoś z was. UchoUcho(więz.) donosiciel. mamy we własnej celi!

- Do psaPies(więz.) strażnik. podobne! – stęknął Haramisha. – Cóż to za brednie?

- Tak między sobą ganczali, gdy przyznałem się do moich planów, jak mi na dźwiękachDźwięki(więz.) sala tortur. skórę darli. Myśleli, że straciłem przytomność i winszowali sobie, że to chlejusChlejus(więz.) donosiciel. przypis  Donosiciel. z jedynki się o mnie rozprułRozpruć się(więz.) wydać współwięźniów. przypis  Rozpruć się przed bukatami to wydać im naszych..

- Ale kto? KlektałyKlektać(więz.) opowiadać. psyPies(więz.) strażnik., kto ligałLigać(więz.) donosić.? – dopytywał Haramisha.

- Gdybym wiedział, hadhiHadhi(hur.) stary huria., sam bym chlejusaChlejus(więz.) donosiciel. wziął na pniakiPniaki(więz.) kły.!

Zrobiło się nerwowo... i jeszcze ciaśniej niż zwykle. Aż mi ciarki po plecach chodzą, gdy teraz to wspominam. Wszyscy patrzeli na siebie spode łba, w każdym widząc potencjalne uchoUcho(więz.) donosiciel.. Niespokojne, płytkie oddechy, rytmicznie chodzące ogony, gardłowe pomruki, rozbiegane spojrzenia. Przelew krwi wisiał w powietrzu. A potem ku memu przerażeniu wzrok całej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. padł prosto na mnie, gdy ktoś z naszych powiedział:

- A może to chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.?

- No jasne! – podchwyciła Ugaidi. – Jakże mogliśmy nie wpaść na to wcześniej? Ten pętak żeniŻenić(więz.) wydać. naszych w zamian za rakietowy ubójUbój(więz.) mięso. od kluczmajstraKluczmajster(więz.) klucznik. przypis  Że niby ich klucznikowi sprzedałem.! – Warknęła jeszcze: – Doigrałeś się, szczyluchuSzczyluch(więz.) dzieciak. jeden!

W tym momencie Janga, ten śliski wąż i nasz raisRais(hur.) wódz. w jednej skórze, zbliżył się do mnie, a steramiStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. niemal czochrał mi po sierści. Chłonąc moje nukiNuki(hur.) ślady zapachowe. i patrząc mi prosto w oczy, powiedział do pozostałych:

- Wszyscyśmy na tym korzystali. Wszyscy zatem ponosimy winę.

Zgłupiałem. Ten czarny jak smoła pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). zdawał się mnie bronić!

- Bzdura! – aż ryknęła zdrowo rozwścieczona Ugaidi. – Równy przydział to co innego! Ten pętak szamie całe tabuny rakietowych porcji prosto z bukackiej spiżarni!

- A gdzież to są, onkiankoOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., te psie rakietyRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody.? – bronił mnie hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha. – Będzie z tydzień, jak przestali mu je dawać!

- A wiadomo to? Wiadomo tyle, że z mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado. się nie dzieli! Stawiam rybę, że sam wszystko futrujeFutrować(więz.) jeść.! To się widzi! Któż z naszych ma tak dorodną sierść? – Na potwierdzenie szarpała mnie za ręce, wżynając mi kajdany w skórę. – Nawet kości nie znać! Pomyślcie: co taki mikry pętak ma na lichwęLichwa(więz.) wymiana, handel., że wicujeWicować(więz.) dostać. takie korytoKoryto(więz.) porcja. przypis  Zwykle mówiło się tak o codziennej porcji należnego mięsa.? To nędzny psi sługus jak ci z góry!

- Cela nie darzy cię zaufaniem, mały tigrianieTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. – powiedział Janga i przerżnął mi chlipadłemChlipadło(więz.) język. po twarzy. – Ja też nie. Wiesz, co teraz nastąpi. Dowiemy się, jak smakuje ten pierwszorzędnie karmiony psi duetDuet(więz.) przyjaciel. przypis  Duet to inaczej przyjaciel. Szalenie trudno było o kogoś takiego w Młynie..

- Ale... ale to nie ja! – zaskomlałem tylko.

- Nie? No to zdradź mi, proszę, któż z mojej burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. bardziej od ciebie przyjaźni się z psamiPies(więz.) strażnik.?

A ja, głupi, odpowiedziałem im:

- Vijani! Mówiła mi, że niektórych to nawet lubi; że są jej obrońcami przed ciemnością!

- No proszę! – Cela wbiła wzrok w tigriankęTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii., a Janga z fascynacją dolewał oliwy do ognia: – Zatem to dlatego, Vijani, co rusz szloiszSzloić(więz.) spółkować. się po tych bukackich kabarynachKabaryna(więz.) karcer.. Podobają ci się bezogoniBezogon(więz.) człowiek., co? Ale rozejrzyj się! Na twoje nieszczęście żadnego tu nie ma. Któż więc cię obroni... przed ciemnością?

A Vijani, patrząc mi w oczy, szepnęła tylko:

- Jak mogłeś, mały?

Wyraz jej twarzy na zawsze wrył mi się w pamięć. Gorycz, smutek, żal, rozczarowanie i rodzące się, nieopisane cheleoCheleo(hur.) lęk przed wyższym w hierarchii.. Właśnie. Jak mogłem? Nigdy sobie tego nie wybaczyłem. Jeśli ktokolwiek z naszych mógłby być moim prawdziwym duetemDuet(więz.) przyjaciel., byłaby nim Vijani. Jakże więc mogłem?

Uwzięli się na nią. Za Jangą poszli następni. Obskoczyli ją jak sępy. Jak tłuszcza; jak rój much nad ścierwem. Zadawali pytania i oskarżali o wszystkie możliwe zbrodnie i zdrady. Nabuzowane, iskrzące napięcie, jakie zebrało się w celi, znalazło sobie w niej ujście. Musieli się na kimś wyżyć. Jak najgorsze bestie. Kopali ją, dusili, torturowali, rozrywali, wyrywali steryStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy.... A ja miałem przed oczami tylko ten jej wyraz twarzy, a w uszach odbijało się echem pytanie: jak mogłem? Nie przyznała się do bycia uchemUcho(więz.) donosiciel., ale i tak nie umiała się przed nimi bronić, czasem nawet nie zaprzeczała; a ja nie zrobiłem nic, choć ona tak często nadstawiała za mnie karku. Nie zrobiłem nic nawet wtedy, gdy zakneblowali ją, siłą przygnietli do ziemi, a zwykłym, kościanym nożem odcięli jej piękny, biały, tigriański... ogon... Zdawało mi się, że śnię jakiś koszmar. Moja własna Matka trzymała Vijani za nogę, by się nie wyrywała. Reszta, stłoczona wokół ciała hurianki, pastwiła się nad swą ofiarą niczym zgraja bukatówBukat(więz.) strażnik. w kabarynieKabaryna(więz.) karcer.. Odpłacili się tak za to, co bezogoniBezogon(więz.) człowiek. zrobili Zinai.

Nie wszyscy brali w tym udział – Gwaya skulony gdzieś w rogu żył własnym światem; Lōzi jedynie przeklinała pod nosem, widząc ranę, jaką zaraz przyjdzie jej opatrywać; zaś Sharia beznamiętnie przypatrywał się tej scenie i, niekiedy zerkając tylko to na mnie, to na Zinaę, nie zrobił absolutnie nic – zupełnie tak jak ja. Nieprzytomny padłem na posadzkę, a może zacząłem się wydzierać i ktoś mnie ogłuszył. Nie pamiętam.

Czymże jest huria bez ogona? Jest jak góra bez wierzchołka. Jak drzewo bez korony. Jak rewir bez raisaRais(hur.) wódz.. A oni go jej odcięli... Hurie. Jej własna mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado.. Nienawidziłem ich za to. Nienawidziłem ich wszystkich włącznie z sobą samym. Któż okazał się bardziej okrutny? Nasi oprawcy dla nas, czy my dla samych siebie? Młyn wszystkich nas przemienił w bestie, a rządy Jangi zbierały swe krwawe żniwo. I to z mojej winy.

Vijani przestała się odzywać. Była roztrzęsiona i zdruzgotana. Stała się obiektem kpin, żartów, prymitywnych złośliwości i fizycznej przemocy. Odsuwano ją nawet od jamii. Brzydzili się nią. Gdyby tylko mogli, wypędziliby ją z rewiru. Spadła w hierarchii na sam koniec – nawet Gwaya, ten pomylony onkianOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., co oberwał odłamkiem cegły, był od niej wyżej. Chudła w oczach; zresztą głodowała z własnej woli. Nie stawała nawet w kolejce po zupę i bomsBoms(więz.) chleb. na śniadanie. Wszystko straciło dla niej sens, choć egzystencja w Młynie nigdy go wiele nie miała.

Któregoś wieczora, nie dalej jak tydzień po powrocie Zinai, wywołali Vijani z celi i zabrali do któregoś z lochówLoch(więz.) dziura, pomieszczenie mieszkalne strażników. na górze. Myśleliśmy sobie wówczas „chcą ją tam wykorzystać, tak jak zwykle”, byli też tacy, co obawiali się, że znów kogoś wyda. A Vijani po tamtej nocy nie wróciła już do naszej burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.. Podczas porannego apelu Ugaidi zameldowała:

- Stan liczebny dziewiętnaście, obecnych osiemnaście, jedna na przetrzymaniu, zdolnych...

- Nie, nie – przerwał jej bukatBukat(więz.) strażnik. – nie na przetrzymaniu.

Zamarłem z przerażenia; miałem już w głowie same czarne myśli.

- Tamtą szarą kocicę – kontynuował – cośmy ją wzięli wczoraj, tośmy przenieśli do funkcyjnych. Tam zostanie. Teraz jest was w haremie osiemnastka.

Po tym stwierdzeniu już nikt z naszych nie miał wątpliwości, że to właśnie Vijani była uchemUcho(więz.) donosiciel.. Któż inny jak nie psia wtyka mógłby liczyć na przeniesienie na górę do funkcyjnych (czyli po naszemu: do figurFigura(więz.) więzień funkcyjny.) ot tak, na zawołanie? Zresztą jako uchoUcho(więz.) donosiciel. była już u nas spalona. Osobiście nie mam pojęcia, czego się Vijani dopuściła, gdy ją wtedy wzięli do tego lochuLoch(więz.) dziura, pomieszczenie mieszkalne strażników., ale nie do końca wierzyłem, że mogłaby nas tak po prostu zdradzić. Nadal podejrzewałem Jangę. Nigdy nie przepadał za tą śmiałą hurysąHurysa(hur.) młodociana hurianka. o białej sierści, toteż miał w tym interes, by się jej pozbyć ze swego rewiru.

rozdział

Zinaa nigdy nie dawał za wygraną. Nawet bez ogona nie przestał myśleć o odzyskaniu swej dawnej pozycji, choć nie był już tak skory do zwierzeń. Być może dlatego targnął się wtedy na to wszystko...

Któregoś razu podczas wieczornego mycia ten piękny pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). przyglądał mi się tak uważnie, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu. Ni z tego, ni z owego zbliżył się, obwąchał mnie od czubka głowy do ogona, po czym zupełnie niespodziewanie warknął na mnie z wyrzutem:

- Ty kindorzony karakanieKarakan(więz.) mały i niski więzień.!

Zdębiałem aż mi się sierść zjeżyła. Zinaa nic już więcej nie powiedział, tylko żywo dotknięty i równocześnie jakby czymś natchniony odszedł w kąt na swoje derki. Obwąchałem zaniepokojony własne futro i kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany., ale dalej nie miałem pojęcia, o co mu chodziło. Dowiedziałem się dopiero za dwa dni. Wtedy to, w środku nocy Zinaa obudził nas wszystkich swą tryumfalną przemową:

- Jango, raisieRais(hur.) wódz. mój! Zbudźcie się! Oto jest moja upolowana właśnie zdobycz! – A w uścisku dłoni więził nikogo innego jak... moją własną Siostrę! – Oto odbiorę jej życie i dokonam DudiiDudia(hur.) rytuał przejęcia demona przez konsumpcję ciała. na oczach swej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.!

Totalnie przerażony i zrozpaczony poderwałem się w jednej chwili z ziemi i skoczyłem na Zinaę, krzycząc w niebogłosy! Przywarłem mu pazurami do ramienia i ze wszystkich sił próbowałem wyswobodzić Ją z potrzasku! Desperacko ciągnąłem za jego zaciśnięte palce, spod których wychylał się ten Jej aksamitny pyszczek!

- Ależ odknajOdknajać(więz.) odejść. mi się, karakanieKarakan(więz.) mały i niski więzień. przypis  Inaczej: „zabieraj się stąd”.! – słyszałem z góry, a na barku czułem uścisk Zinai. Zaskoczony tym, co zrobiłem, szarpał mnie za skórę, próbując odciągnąć od swej zdobyczy.

Wtedy warknął do niego wyrwany ze snu Janga:

- To żałosne, bezogonieBezogon(więz.) człowiek. niekumatyNiekumaty(więz.) głupi. przypis  No nierozumny. Kumać to rozumieć, umieć coś. Albo widzieć.! Mówiłem przecież, byś się zraziłZrazić(więz.) stanąć do walki. przypis  Zmierzył. z demonem godnym hurii. Cóżeś tam upolował? Jaszczurkę? Szczura? Obetnijże, kajfusieKajfus(więz.) gorszy więzień.! Bzdurnego gryzonia byle chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode. potrafi przybićPrzybić(więz.) chwycić.. Byś się wstydził takim łupem raisaRais(hur.) wódz. swego budzić!

W tym momencie mi się udało – Zinaa puścił Ją wreszcie, a ja wytargałem Ją z uścisku jego ręki. Zaraz ktoś chciał mi Ją wyrwać, kto inny stanął wtedy w mojej obronie. Dałem nura w kąt, by swoim ciałem zasłonić Ją przed burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.. Na śmierć przelękniony, czy się na mnie nie rzucą, desperacko gładziłem Ją po delikatnej sierści i tuliłem do siebie; nie ruszała się. Zacząłem lizać Jej futro, chcąc wyrwać Ją z szoku, jakiego musiała pewnie doznać; poczułem krew zmieszaną z moczem. Podniosłem głowę, rozpaczliwie szukając pomocy; zobaczyłem rząd hurii, łakomie spoglądających w moją stronę i śliniących się na samą myśl o dzikim mięsie. Wśród tych, którzy z powrotem opadli na posadzkę, nie chcąc trwonić reszty nocy, odnalazłem Lōzi. Jakimś cudem przecisnąłem się do niej i za sierść wyszamotałem z półsnu:

- Głupi chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode. – odezwała się. – Czego chcesz?

- Nie żyje? – zapytałem cicho, pokazując jej ten drobny kłębek sierści o rozwartym pyszczku i bezwładnie zwisającym ogonie.

Musiałem wyglądać dość dramatycznie, skoro wzięła mnie na poważnie: westchnąwszy ciężko i przewróciwszy oczami, z czułością odebrała Ją z mojej dłoni, delikatnie przystawiła sobie do ucha i orzekła:

- Martwa na śmierć.

Wpadłem w rozpacz.

- I czego skomlesz? Co ci się nie podoba?

- Bo ja nie chcę, by umarła!

- Przecież już nie żyje. Co niby chcesz, bym z nią zrobiła? Mam ci ją ożywić, czy co?

Rozpromieniony przytaknąłem bez słowa.

- Chybaś zgubił dynięDynia(więz.) głowa. przypis  To jest głowę.! To prawilniePrawilnie(więz.) naprawdę. arcytrudna sztuka! Poza tym nie mam zamiaru przywracać tej mikrej myszy do życia tylko po to, byś mógł dla zabawy zabić ją jeszcze raz.

- Ale ja nie chcę, by umarła jeszcze raz!

- To po co ci ona żywa?

- To moja Siostra – wyszeptałem cicho, ale bardzo poważnie.

- Na psaPies(więz.) strażnik. urok, kolejny kwirusKwirus(więz.) wariat. na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Idźże spać!

- Lōzi, spróbujcie chociaż, proszę! Obiecuję oddawać wam całą zupę ze śniadania aż do końca dni w Młynie!

- A co byś jadł, gdybyś oddawał mi całą zupę ze śniadania? Na samym bomsieBoms(więz.) chleb. padłbyś z głodu, bukaciBukat(więz.) strażnik. zabraliby cię w jutowym pukluPukiel(więz.) worek., zakopali martwego pod ziemią i skończyłaby się moja premiowa breja. Nie opłaca mi się.

- A jakbym dodatkowo przyrzekł, że o nic już was nie będę prosił aż do końca dni w... co najmniej przez miesiąc? – dodałem prędko, gdy Lōzi, przewróciwszy głowę, spojrzała na mnie groźnie.

- No dobrze już, mogę na to przystać. Inaczej całą tronęTrona(więz.) noc. byś mi skomlał do rapciRapcie(więz.) uszy.. Spróbuję, ale niczego nie obiecuję. Nie jest dobrze cokolwiek obiecywać. Bądź dobrej wiary. Tylko zachowaj tę breję ze śniadania, będzie ci potrzebna.

ArufiankaArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii. ostrożnie ułożyła Jej wiotkie ciało na swojej dłoni, drugą przykryła Je od góry. Oczy w skupieniu zamknęła, a zęby zacisnęła aż się kły pokazały. Ze dwie lub trzy złote iskierki strzeliły spod zaciśniętych palców. Aż rozwarłem szamotSzamot(więz.) pysk.: w jednej chwili poruszył się Jej zwisający luźno ogon, a drobne Jej łapki drgnęły zbudzone. Oniemiałem uradowany i oczarowany. Wtedy Lōzi rozwarła swoje dłonie, pokiwała głową i, wpatrując się w swoje dzieło, oświadczyła:

- Niestety. Nic z tego. Doznała być może zbyt dużych obrażeń. Nie jestem w stanie jej pomóc.

- Ale przecież... przecież ożyła! – rzuciłem zdezorientowany.

- Tylko na krótką chwilę. Teraz znów jest martwa, a jej demon zapewne opuścił już ciało. Ale nie bronię ci próbować samemu ją wskrzesić. Jeśli jakimś cudem mieszkałby w tobie jakiś zdolny demon, a ty miałbyś wiarę choćby tak małą jak okruch brukowcaBrukowiec(więz.) chleb., zdołałbyś go przekonać do wszystkiego. Mógłby rozkazać tym żelaznym belkomBelka(więz.) pręt., by rozstąpiły się, a usłuchałyby go. Równie dobrze mógłby rozkazać tej martwej istocie, by ożyła, a stanęłaby na własne nogi... A teraz idź prędko ją gdzieś zjeść, zanim inni ci ją odbiorą.

Ponownie wpadłem w rozpacz. Wśród własnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. czułem się jak owca w stadzie wilków; tak samotny i tak osaczony jak nigdy dotąd. Uciekłem w zimny kąt między gieremGier(więz.) toaleta. a jedną z koi i przesiedziałem tam skulony całą noc, nie zmrużywszy nawet oka. Przez cały czas trzymałem ją zagrzebaną we własnym futrze, przelękniony, czy mi jej ktoś z rąk nie wyrwie.

Gdy po śniadaniu wszystkie cele poszły już na poziom, ułożyłem jej martwe ciało na brzegu dawnej koi Sharii. Z łachman wyciągnąłem kilka okruchów brukowcaBrukowiec(więz.) chleb. zostawionego ze śniadania i położyłem przed jej rozwartym pyszczkiem. Równie bezskutecznie próbowałem ją napoić palcem zanurzonym w misce z wodą. Przez pół nocy wmawiałem sobie, że to postawi ją na nogi. Nie postawiło. Bezsilny czule głaskałem sierść na jej grzbiecie. Miała tak przerażająco zimne ciało... Gdybym tylko wiedział, gdzie znaleźć tę wiarę wielkości okrucha brukowcaBrukowiec(więz.) chleb., myślałem zrozpaczony, wspominając słowa Lōzi.

Wtedy naprawdę poczułem się sam.

Dziś wiem, że to była moja wina. Przyzwyczaiłem ją do kontaktu ze mną. Zaufała huriom. Za bardzo. Ale tamtego dnia – gdy ja byłem w celi, a wszyscy nasi podczas tyrkiTyrka(więz.) praca. na poziomie – pomyślałem raczej o Zinai. W końcu to jego sprawka! To on ją zabił! Niechby sam zginął za to! Niechby jakaś wielka łapa chwyciła go i odebrała mu oddech! Niechby...

- Mamy jednego! – woła ktoś z naszych.

- Widzę rękę!

- Rzućta tu dwójkę!

- Więcej koszy!

Posadzka gęsta od gruzu, wszędzie wilgotny zapach starości, powietrze pełne pyłowych bestii, na sierści jakiś złoty pył...

- Rozstąpcie się, ścierwa! – szczeka dozorca i przeciska się między rzędem hurii, uparcie krzątających się wśród zwałów ziemi i gruzu. – Odwalić mi na bok te hałdy!

- To na nic! – oświadcza Lōzi. – Nie czuć tętna!

- Do larwy! A czyj to?

- Nasz! Z jedynki. Po cętkach poznaję: to Zinaa!

Trach! Z powrotem byłem w celi. Obudził mnie łoskot głównej kraty i pośpieszny, metalowy tupot szeregu strażniczych butów. Tylu zbrojnych? Bunt pod pokłademPokład(więz.) posadzka na poziomie cel.?

- Ale tąpnęło! – usłyszałem między przekleństwami.

rozdział

- To nie takie proste – odpowiedziała mi Lōzi.

- Czyli nie próbowaliście?

- Głupi chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.. Oczywiście, że próbowałam go przywrócić do życia, podobnie jak tę twoją mysz, ale okazało się to niemożliwe. Ciało miał zmiażdżone z tak wielką siłą, że aż rozerwało mu żołądek i trzewia rozlały się po wszystkim wokół. Jedna miazga. Jakby zacisnęła się na nim paszcza smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający., a nie gruz i kamienie drążonego przez nas chodnika. Nie mam pojęcia, jakim cudem reszta naszych wyszła z tego bez szwanku.

- Może to... magia? – zapytałem.

- Też mi coś! Nie ma już magii. Nie istnieje. Kiedyś może była, dawno temu, przed wojną z Chaosem. Wielcy czarnoksiężnicy za Wielką Wodą nasyłali na siebie armie demonów i nieumarłych. A potem cała magia zniknęła i już nie powróciła.

- Zniknęła? Ale jak to możliwe?

- Byś sobie wreszcie przygryzł to chlipadłoChlipadło(więz.) język.! – warknęła na mnie, szczerząc kły. – Męcz Dhahiri głupimi pytaniami!

- Ale, Lōzi... skoro nie ma magii, to jak to się dzieje, że czarujecie?

ArufiankaArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii. milczała chwilę, ale w końcu tak odpowiedziała:

- Wszystko to czyni mój demon. Bez niego jestem tu nikim. Ja jedynie skupiam się na efekcie, wyobrażam sobie, że się ziszcza, gorąco w to wierzę i nawet na chwilę nie dopuszczam myśli, że może stać się inaczej. Tak aby mój demon nie miał wątpliwości, o co mi chodzi. Ale i tak jedyne, na co go stać, to nędzne cyrkowe sztuczki, które psu na budę się zdają. Żadne czary nie są możliwe bez demonów, to ich działka. Tyle że to sztuka znaleźć takiego, który pamiętałby dawną magię.

- Gdzie takiego znajdę? – zapytałem.

- Na pewno nie tu. Najlepiej byłoby wyruszyć do onkiańskiej dżungli i wytropić śmiertelnie niebezpieczną salamandręSalamandra(przyr.) wężowy stwór rogaty zrodzony z ognia. Ucywilizowane bywają zatrudniane w kuźniach. (czyli takiego wielkiego węża rażącego żywym ogniem) lub upolować uhuruUhuru(przyr.) duży drapieżnik podobny z sylwetki do szczura lub kota. Poluje za pomocą zmysłów, wykrywających pole magiczne. (to taki drapieżny stwór wyglądający jak coś pomiędzy dużym szczurem a kotem. Nie poluje za pomocą węchu, słuchu ani wzroku, a dzięki zmysłom, którymi widzi magię). Jeszcze większe demony kryją się na pustyni. Wchodzą w ciała niektórych wielbłądówWielbłąd(przyr.) pustynne zwierzę juczne. i rujnują wszystko na swej drodze za pomocą swych czarów i uroków. To sileSila(przyr.) złośliwy demon pustynny w ciele wielbłądaWielbłąd(przyr.) pustynne zwierzę juczne. o ludzkiej twarzy..

- A smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.?

- O, tak... SmokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający.... Te są starsze od wszystkiego, co żywe; pamiętają zarówno wojnę z Chaosem, jak i prastare dzieje, które były przed nią. Kto by zgładził smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający. i wypił jego krew w rytuale DudiiDudia(hur.) rytuał przejęcia demona przez konsumpcję ciała., mógłby pozyskać demona o niewyobrażalnej mocy. Bardziej jednak możliwe, że taki demon bez reszty by przejął władzę nad swym nowym ciałem. A nawet mógłby je rozerwać na strzępy, gdyby się okazało dla niego za małe. Tyle że już znaleźć smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający. jest niełatwo, a co dopiero jeszcze go zabić.

- To szkoda, że strażnicy nie dają nam tu węży, szczurów ani wielbłądówWielbłąd(przyr.) pustynne zwierzę juczne....

- Ależ to zupełnie celowe, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode.! Jakby karmili nas silnymi i wolnymi demonami, zaraz byśmy stąd uciekli. Dlatego jedyne, czym nas tu raczą, to hodowlane iakki najgorszego sortu.

- To skąd wzięliście waszego demona, Lōzi?

- Stare dzieje. Miałam niewiele więcej lat od ciebie, gdy w ramach ceremonii MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość. z łuku ustrzeliłam mantę w locie. Są dość płochliwe, acz niezbyt zwinne. Ich demony nie potrafią zbyt wiele, ale karmią się magią, sprawiając, że taka manta unosi się w powietrzu. Przed inwazją byłam o wiele za młoda, by wyruszyć do dżungli po coś lepszego. A to i tak sztuka w tych paskudnych warunkach utrzymać w sobie nawet tak małego demona jak mój.

- To znaczy, że można go do tego zmusić?

- Nie, nie można. Ale można umiejętnie z nim rozmawiać. Kto znajdzie wspólny język z własnym demonem, ten bierze życie we własne ręce. Jeśli nauczysz się z nim rozmawiać, będzie dla ciebie jak prawdziwy duetDuet(więz.) przyjaciel. bez względu na to, co by potrafił!

- Niesamowite! Nauczycie mnie tego, Lōzi?

- No i złamałeś swoje przyrzeczenie. Ledwo wczoraj obiecałeś. Pamiętasz? – westchnęła zrezygnowana. – Głupi chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.. Mówiłam, by niczego nie obiecywać. Zresztą nie mam zamiaru cię niczego uczyć. Dajże mi wreszcie święty spokój!

- Ale Lōzi, proszę! – zaskomlałem tylko, ale ta arufiańska hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. była nieugięta. Fakt, obiecałem.

- Zapach śmierci wdarł się już nawet w twoje futro, maleńki – powiedziała do mnie Matka, gdy wróciłem do niej i wtuliłem się w jej szorstką od pyłu sierść. Musiała wyczuć moją Siostrę, choć tak skrzętnie ukryłem jej martwe ciało między fałdami moich kadzienniakówKadzienniaki(więz.) łachmany..

Atmosferę w celi można było kroić nożem. Cała burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. opłakiwała Zinaę, który tak tragicznie stracił życie podczas tyrkiTyrka(więz.) praca. na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Zamyślone hurianki apatycznie oddawały się myciu lub w milczeniu tuliły się do siebie, pomrukując jedynie dla dodania sobie otuchy. Sama Ugaidi pogrążona była w zadumie, nie mówiła za wiele i ani razu nie rzuciła nawet tego swojego „ależ z niego było tępe futro”. To prawda. Był żywą legendą Młyna; hurianki ze wszystkich innych cel nam go zazdrościły. W żadnej nie było hurii, który by miał taki talent do jamii jak Zinaa. Coś w nas wszystkich wtedy umarło... BurtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. doszła do przekonania, że to był nieszczęśliwy wypadek, choć niektórzy winili też strażników, że tak kazali naszym gnać do przodu i drążyć coraz węższe i coraz bardziej pionowe korytarze, aż w końcu zdarzyła się tragedia. Janga zaś leżał na swojej koi, a na jego twarzy dało się dostrzec cień zadowolenia. Ktoś mógłby pomyśleć, że to on przyczynił się do tego zawału na poziomie, ale ja przecież dobrze wiedziałem, kto był tego sprawcą. To ja sam za tym stałem. Ja sam. Wyobraziłem sobie, że jakaś wielka łapa chwyta Zinaę i odbiera mu oddech. Wyobraziłem sobie, że się to ziszcza, gorąco w to wierzyłem i nawet na chwilę nie dopuściłem myśli, że mogłoby zdarzyć się inaczej. I stało się.

To wszystko była moja wina. Najpierw Sharia, potem Turam, Vijani, moja własna Siostra, a teraz jeszcze Zinaa!

Byłem przerażony po czubek ogona. Musiał we mnie mieszkać jakiś potężny demon, pamiętający pradawną magię. Może wszedł we mnie razem z tymi luksusowymi kiełbasami, które dostawałem od Turama? Któż raczy wiedzieć, z jakiego były mięsa? Gdybym tylko umiał z tym demonem porozmawiać...

Wpadłem wtedy na iście szatański pomysł. Z samego rana, gdy cele zeszły już na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., ułożyłem ciało Siostry na brzegu jednej z koi – tak samo jak poprzedniego dnia.

Wyobraziłem sobie, że wcale nie umarła, a jedynie zasnęła na dłuższą chwilę. Wyobraziłem sobie i uwierzyłem w to. Uwierzyłem, że przecież wystarczy ją obudzić. Nachyliłem się nad jej uchem i szepnąłem:

- Siostro moja, tobie mówię, wstań!

I stało się! Z fascynacją wpatrywałem się, jak podnosi pyszczek i wstaje o własnych siłach: jak grzbiet napręża, z sierści złoty pył strzepuje, rozgląda się po celi i czmycha do swej nory. Zniknęła. Ale sam widziałem! To się naprawdę stało! Wstała, choć zasnęła; ożyła, choć sama Lōzi orzekła, że demon opuścił już Jej ciało. Coś niesamowitego! Przez dłuższą chwilę tkwiłem tam jak zaczarowany z otwartymi ustami ze zdumienia. Tamtego dnia już się nie pojawiła, choć nie spuszczałem gieruGier(więz.) toaleta. z oczu, a w kadzienniakachKadzienniaki(więz.) łachmany. ściskałem przygotowany dla Niej bomsBoms(więz.) chleb..

Zamiast Niej zawitał do celi inny gość. To było wieczorem tego samego dnia. My byliśmy już zamknięci, a burtęBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Radży prowadzono właśnie korytarzem przed naszymi twyrasamiTwyrasy(więz.) kraty., jak co dzień. Gdy wchodzili do swojej celi, usłyszeliśmy głos dozorcy:

- Ty nie. Ty zostajesz z nami.

Podnieśliśmy głowy. Okazało się, że chodziło o Arię, tego pardiańskiego poetę i szaleńca, co go niegdyś wzięli do karceru na wtłukiWtłuki(więz.) kara cielesna., bo rzucił się na bukataBukat(więz.) strażnik. po tym, jak któryś ciurmakCiurmak(więz.) strażnik. zabił Rembę Roha. Strażnicy przytrzymali go na korytarzu, zatrzasnęli kratę za jego mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado., a dozorca, ściskając go za rękę, zwrócił się wówczas do naszej celi:

- Ten tu od dziś idzie do was...

- Do psaPies(więz.) strażnik. podobne! – jęknął po naszemu hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha.

- Was tu za mało, a tamtych za dużo, a nowych kotów nie będzie; przynajmniej na razie – tłumaczył ciurmakCiurmak(więz.) strażnik., gdy inny strażnik otwierał naszą celę i wprowadzał do niej pardianaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych).. – To teraz jest was w haremie znów osiemnaście.

- Tyle że jeden nie jest nasz – mruczał Haramisha pod nosem.

- Najgorszego kwirusaKwirus(więz.) wariat. nam do burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. koptowaćKoptować(więz.) dodawać.! – burczała Ugaidi.

Po odejściu Vijani i śmierci Zinai rzeczywiście byliśmy najmniejszą burtąBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. w całym Młynie. Ale Haramisha miał rację – tylko bezogoniBezogon(więz.) człowiek. mogli wpaść na pomysł, by kogoś z naszych tak ni z tego, ni z owego przerzucić z jednej celi do drugiej. Aria próbował protestować, w sumie niezbyt agresywnie, ale od razu oberwał metalową pałką w brzuch, to się opamiętał. Gdy poszli, wciąż stał tam zdezorientowany i sfrustrowany pod nie swoimi firankamiFiranki(więz.) kraty. w nie swoim rewirze i wśród nie swojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., a my skonsternowani wpatrywaliśmy się w to nowe zjawisko.

- Niech to psia larwa z tymi ludźmi! – bluzgnął niski głos Radży z celi obok. Potem przez ścianę zwrócił się do naszego raisaRais(hur.) wódz.: – Tamten hurHur(hur.) młodociany huria. należy do moich, pardianiePardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych).! Nie pozbędę się własnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. tak łatwo jak ty!

- Ależ droga wolna, Radżo – odpowiedział spokojnie Janga, zbliżając się do Arii i nie spuszczając z niego wzroku. – Starczy, że przenikniesz przez te kraty i go sobie weźmiesz.

- Bardzo ułybneUłybny(więz.) śmieszny. przypis  Oj, no, śmieszne., śliski wężu. To tak być nie powinno!

- Nie powinno. Ale któż by dyskutował z bukatamiBukat(więz.) strażnik.?

- Więc słuszaszSłuszać komuś(więz.) być komuś posłusznym. im przypis  Słuszać to być komuś posłusznym, czyli się go słuchać.? Dałeś się złamać, tak? – drążył Radża. – Wiedziałem, żeś zwykłe getoGeto(więz.) więzień, którym inni się wysługują. przypis  Tak się mówiło zbiorczo o dołach hierarchii w mbarii – o tych, co służyli wszystkim innym.!

Ale Janga zignorował tę obraźliwą uwagę. Zbliżył się do Arii na odległość sterówStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy. i powiedział mu:

- Teraz jesteś pod moim marashemMarash(hur.) ogon.. Zważ, że robię dla ciebie wyjątek, że wpuszczam cię na mój rewir bez właściwych rytuałów przypis  Obcy, który pragnie przyłączyć się do stada, musi przejść przez ceremonię Mahiri, nawet jeśli kiedyś już ją przebył, wchodząc w dorosłość. Poprzez rytuał udowadnia stadu swoją przydatność, bez niego stado go nie przyjmie – przyp. tłum.. U Radży byłeś huremHur(hur.) młodociany huria. i pozostaniesz nim również u mnie. Jeśli jednak chciałbyś coś tu znaczyć i stać się hurią, ostrzegam, że nie wystarczy ci wrócić na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. z fantemFant(więz.) przedmiot. wygrzebanym spod gruzu. Bez zwierzyny nie przejdziesz MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość.. Jak wszystkim wiadomo, był tu taki, co polował na psyPies(więz.) strażnik.. Skończył w jutowym pukluPukiel(więz.) worek.. Życzę ci więcej szczęścia. A teraz, hurzeHur(hur.) młodociany huria., niech się dopełni! – Wtedy rozkazał reszcie: – Nalejcie wody do wszystkich misek!

Oczyszczająca kąpiel siłą rzeczy była jedynie symboliczna. W Młynie trudno było o rzekę lub jezioro. Potem Janga obficie oznaczył nowego członka naszej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. swoimi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe.. Arii ewidentnie nie było to w smak, ale zacisnął zęby i jakoś to przecierpiał. Z czasem przywykł do nas, a my – do niego; jego sierść nasiąkła naszym zapachem, a wzoryWzór(hur.) tatuaż funkcyjny. z burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Radży wyblakły na tyle, że mogliśmy wykućWykuwać(więz.) tatuować. mu nasze własne.

Tak... Jak się potem okazało, była to dla mnie szalenie ważna zmiana. Ale wtedy znacznie ważniejsze było coś innego...

Dzień po tym jak przybył do nas Aria – jakoś tak w okolicach południowej drzemki – poczułem, jak ktoś drażni mnie po wibrysach, aby wyrwać mnie ze snu. To była Ona. Moja Siostra! Naprawdę żywa! W mgnieniu oka wszamałaSzamać – (więz.) łapczywie jeść. cały bomsBoms(więz.) chleb., jaki dla Niej zostawiłem ze śniadania. Potem przytuliła się do mnie całą Sobą, a ja delikatnie głaskałem Ją po sierści. Stała się taka ciepła... i taka prawdziwa...

To było coś niesamowitego... Tak niesamowitego, że sam już nie byłem pewien, czy to wszystko działo się naprawdę, czy jedynie pałaszowałem wytwory mojej własnej wyobraźni. Ale przecież tam była, nie przyśniłem Jej sobie – pod palcami czułem Jej delikatną sierść; chłonąłem Jej nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.; w bladoniebieskiej łunie widziałem kontury Jej drobnego ciała; a nawet słyszałem Jej miarowy oddech! Jeśli miałaby być jedynie fantazją mojego umysłu, to równie dobrze mógłby nią być Turam, moja własna mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado. albo i cały ten Młyn. Ona była prawdziwa – pojawiała się każdego kolejnego dnia, dając mi dowód na to, że żyje i ma się dobrze.

Gdzie jednak kończyło się to, co sobie wyobrażałem, a gdzie zaczynała się rzeczywistość? I czy naprawdę trzeba koniecznie oddzielać jedno od drugiego? Przecież zaledwie wyobraziłem sobie, że śpi, a jednak ożyła. Może rzeczywistość składa się jedynie z tego, co każdy sobie wyobraża na jej temat? A jeśli wyobraźnia wpływa na to, co postrzegamy jako rzeczywistość, to co jeszcze mogłoby stać się prawdziwe, skoro Ona się stała?

rozdział

- Dalej tam, Orm! Góra i dół – woła Bradach.

Pracuję teraz w kuźni przy miechu – tak jak wtedy, gdy próbowałem uciec na powierzchnię podczas mojego podejścia do UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy.. Kowal obiecał przecież pomówić o mnie z MłynarzemMłynarz(więz.) naczelnik., dotrzymał słowa. Zwykle pilnuję paleniska, ale czasem coś trzymam, podaję. Jest co robić. Zdarza się, że kujemy nową partię kilofów jak wtedy, za pierwszym razem, ale częściej polerujemy strażnikom zbroje, naprawiamy je, wymieniamy paski, sprzączki, kolcze kółka, ostrzymy bukackie miecze. Czasem się zastanawiam, czy nie mam w rękach tego, który przebił niegdyś Rembę Roha z celi obok? Z tego powodu wącham wnikliwie wszystkie głownie, aż się na mnie Bradach dziwnie patrzy. Swoją drogą nie widzę już w nim tego ogniowego demona, jakiego dostrzegłem tamtego dnia – to dobry kompan, choć przecież bezogonBezogon(więz.) człowiek.. Ma ze mną więcej wspólnego niżby można przypuszczać – w pewnym sensie też jest więźniem Młyna, tyle że on nazywa to służbą. Uczy mnie korzystać z albińskich narzędzi, a z rzadka pozwala mi nawet rozkuć trochę żelaza. Tyle że za mało mam do tego siły. Bywa, że dzieli się ze mną własnym fasunkiem, abym tej siły nieco nabrał. Daleko temu do luksusowych wędlin, które przynosił mi niegdyś Turam, ale przecież dobre i to. Swoją drogą nigdzie nie widzę Turama. Bradach jest zdania, że przenieśli go do pilnowania figurFigura(więz.) więzień funkcyjny. na powierzchni. Z figuramiFigura(więz.) więzień funkcyjny. spotykam się rzadko, cały dzień przesiaduję w kuźni. Zdarza się, że napotykam Vijani, ale po tym, co wtedy zaszło, wolę jej unikać. Czasem na elementach tej czy innej bukackiej zbroi natrafiam na jej nukieNukie(hur.) ślady zapachowe., choć i tak mocno już przesiąknięte zapachem obcej burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi..

Z naszej celi zabierają mnie na samym końcu, gdy wszyscy są już na dole; nie zdążam nawet napełnić wodą wszystkich misek. Wracam przed samym obiadem, gdy wszystkie mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. są już w celach. Nie licząc figurFigura(więz.) więzień funkcyjny., jako jedyny z naszych mam tyrkęTyrka(więz.) praca. na górnym pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Czasem, gdy Bradach nie patrzy, zabieram w kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany. jakieś skrawki lub odpadki. Nie jest to takie trudne, bo w odróżnieniu od hurii pracujących na poziomie, nie kontrolują mnie pod koniec tyrkiTyrka(więz.) praca.. To Ugaidi mnie do tego zmusza, któż by inny? Obmyśla plany postawienia dębaDęba stawiać(więz.) uciec. za pomocą żelaznych noży, które ukradkiem mam wykuwać. Żeby to jeszcze było takie proste! Nie ma pojęcia o kowalstwie, a we wszystko wtyka steryStery(więz.) wibrysy, huryjskie wąsy.! No ale przynajmniej dzięki temu Janga patrzy na mnie przychylniejszym okiem. Bo przecież nikt o zdrowych zmysłach nie wierzył już w to, że ucieczka z Młyna jest w ogóle możliwa. Niezmordowany demon był w Ugaidi, że mimo tylu lat w niewoli miała w sobie jeszcze taką wolę walki.

- Żyjesz tam, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode.? – zagadnął Aria, ten pardiański poeta i dziwak z celi obok, którego przenieśli do nas.

- E... Jestem! – odpowiedziałem.

- Zasnąłeś?

- Może trochę.

- W środku własnego zdania?

Tak... Podobno mi się to zdarzało. Szczególnie w tamtym czasie niewiele mi było trzeba, by się rozmarzyć i stracić kontakt z rzeczywistością. A rzeczywistość przerażała mnie wówczas do tego stopnia, że wolałem już śnić na jawie. Uciekałem od nieustannego głodu, od warczących spojrzeń Jangi i Ugaidi, od biernego Sharii, od kajdan na nogach i rękach, od oszukanego przeze mnie Turama, zdradzonej przeze mnie Vijani i zamordowanego przeze mnie Zinai. Śniłem niemal bez przerwy. Przypominać musiałem Gwayę, tego onkianaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., co myślami był już tylko w tej swojej dżungli – nawet wówczas, gdy oberwał odłamkiem cegły prosto w brzuch... Nie mam pojęcia, jakim cudem ja tam wtedy nie zwariowałem?

Tamtego dnia Aria został na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel., w celi, bo dostał dzień pragnojki od arbajtuPragnojka od arbajtu(więz.) zwolnienie z pracy.. Dali mu go w nagrodę, a to nieliche wyróżnienie. Pamiętam to doskonale, bo cała nasza burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. otrzymała olbrzymią rakietę z szamunkiemRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody., a sami bukaciBukat(więz.) strażnik. chwalili Arię za to, czego dokonał. Poprzedniego dnia odkrył schody na kolejny poziom. Mimo słabej pozycji w hierarchii, jaką wówczas miał, ubłagał naszych oraz ciurmakówCiurmak(więz.) strażnik., by objął przodek i wskazał kierunek. Zaczęli drążyć, a zejście na ósemkę znaleźli jeszcze tego samego dnia, dokładnie tam, gdzie się go spodziewał! Tak... mieliśmy już wtedy osiem poziomów w głąb ziemi. Któżby na początku odgadł, że tyle tego będzie, a przecież miało być jeszcze więcej. I ciągle nie było widać końca...

W każdym razie gdy Aria był wtedy w celi, opowiedziałem mu o mojej przyjaźni z Turamem, o Siostrze, o mojej próbie UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. – jak zszedłem z klucznikiem na niższe poziomy, jak ukradłem mu klucze i zamknąłem go na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel.; o tym jak mnie złapali i zakuli w kajdany... Pierwszy raz ktoś z takim zainteresowaniem słuchał tego, co miałem do powiedzenia.

- Miałeś mi pokazać twoje zwierzęta – powiedział.

- No tak... Chodź, zobacz. Ten tu to bawółBawół(przyr.) duże rogate zwierzę kopytne, zamieszkujące sawannę., tutaj jest gazelaGazela(przyr.) gatunek małych antylop., a tam są dwie jaszczurki. Kiedyś lubiły zamieniać się w słoniaSłoń(przyr.) duże, gruboskórne zwierzę oddychające przez długą trąbę. Źródło cennej kości słoniowej., ale je obrysowałem, to przestały. – Pokazałem Arii wszystkie moje zdobycze, jakie już od dłuższego czasu mieszkały na ścianie celi. Aria wpatrywał się z zaciekawieniem to na mnie, to na moje dzieła.

- To znaczy, że one tu żyją?

- Te akurat nie za bardzo, bo są obrysowane. Ale żyją wszystkie inne!

- Wszystkie inne? – Rozejrzał się po ścianach celi.

- Tak. Wszystkie dookoła.

- Ach, już rozumiem, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode.... To znaczy, że na przykład tutaj jest jakaś skrzydlata bestia? – Aria wskazał na ciemniejszą plamę na cegłach.

- Tak, to smokSmok(przyr.) mityczny stwór latający.!

- A tutaj wyrasta paszcza krokodyla! O, a tam jest jego ogon!

- Rzeczywiście! – Byłem oczarowany. Aria to widział! On naprawdę widział to, co ja! A nawet więcej niż ja! W lot zrozumiał to, czego niegdyś nie potrafiłem wytłumaczyć Vijani.

- Moja teoria się sprawdza – powiedział wtedy.

- Teoria?

- Tak. Chodziła mi po głowie już wtedy, gdy drążyliśmy siódemkę. Najpierw wpadłem na pomysł ze schodami. Każde kolejne są mniej więcej po drugiej stronie Młyna względem poprzednich. Gdy schody na szóstce są przy ścianie zewnętrznej, to schody na siódemkę też będą przy ścianie zewnętrznej, ale po przeciwległej stronie Młyna. Są symetryczne jak jedna ręka względem drugiej. Tak z grubsza. To pierwsza zasada. Druga dotyczy ornamentów: im bliżej schodów na kolejny poziom, tym bardziej wszystkie zdobienia na kolumnach są takie, jakie będą na tym kolejnym poziomie. W tej celi nikt tego nie chce dostrzec, zresztą i moi, to znaczy moja dawna burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. zza ściany, pewnie też by tego nie widzieli. Traktują mnie jak furiata, gdy próbuję im coś tłumaczyć, ale to nieistotne. I tak wiem, że mam rację. Przez całą piątkę przewijają się proste, symetryczne linie i koła, ale blisko schodów na szóstkę wszystko zaczyna tracić ten porządek. Linie zaczynają falować i przybierać fantazyjne kształty, które właśnie na szóstce będą dominować. Tak jest za każdym razem. Trzecia zasada też dotyczy ornamentów, ale chodzi o ich naprzemienność: co drugi poziom jest w pewnym sensie do siebie podobny. To znaczy, że uporządkowane linie i koła, które dominowały na piątce, przypominają symetrycznie zdobienia roślinne na siódemce oraz toporne, ostre kształty z trójki.

- Byłem na trójce, nawet na czwórce – przerwałem Arii.

- Tak, pamiętam. Wszystkie burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. nie mogły wyjść z podziwu. Targnąłeś się na coś niemożliwego i niemalże ci się to udało. Na mnie zrobiłeś duże wrażenie.

- Czyli na piątce jest tak jak na trójce?

- Właśnie! Natomiast kolumny z czwórki podobne są do tych z szóstki, a nawet tych z ósemki, co je ledwo wczoraj zaczęliśmy odkopywać. Proste, prawda? Trzeba tylko było na to wpaść! Jak na razie wszystkie te trzy zasady działają bezbłędnie stąd aż na sam dół Młyna, choć bukatomBukat(więz.) strażnik. wolę tego nie zdradzać. Przestałbym być im potrzebny.

- Chciałbym to kiedyś zobaczyć.

- Ależ to nic prostszego! Wystarczy, że zamkniesz oczy. Wyobraź sobie: schodzisz po solidnych, równych stopniach. Są zimne jakby z metalu kute. Zewsząd czuć stary oleisty zapach. Z każdej niemal kolumny wyrastają skamieniałe obręcze zębate połączone w ciągi i skupiska. Obok nich koła, kotły, pierścienie, walce, zmontowane ze sobą niezwykłą plątaniną rur w maszynerię monstrualnej wielkości...

Aria zdawał się mówić moim własnym, wewnętrznym językiem. Nie potrzebowałem więcej. Byłem tam. Widziałem to parowe monstrum. Te mechaniczne bestie. Tryby zamiast stawów; metal w miejsce skóry; olej płynie w rurach niczym krew. Zrośnięte w jeden, wspólny organizm zawieszony pod sufitem. Zdaje się jakby tylko na chwilę przystanęły w bezruchu; jakby ożywić się miały zaraz ze zgrzytem, jękiem i świstem pary... Obserwują. Może śpią. Nie czas ich jeszcze...

Otworzyłem oczy. Cela znów tam była.

- Ario? – zagadnąłem.

- Słucham, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode..

- A może te wszystkie kolumny żyją?

- Tak właśnie mi się wydaje.

- Mi też. Choć przecież są z kamienia!

- Każda kolumna jest inna – odparł po krótkiej chwili. – Każda bowiem podlega nurtowi swego poziomu, ale każda w mniejszym lub większym stopniu odstępuje od niego, ujawniając własny styl. Manifestuje go w swych ornamentach, fakturze, przekroju, przyporach, wijących się pod sklepieniem. Jakim cudem? Otóż każda kolumna miała niegdyś demona, który nią targał (takiego samego, jakiego zdobywają w MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość. hurie i hurianki). Jestem tego pewien. Każda niegdyś żyła, choć dla każdej z nich ciałem był ten zimny kamień. Każda chciała być wielka: znakomitsza i piękniejsza od pozostałych; każda chciała zrodzić zdobienia, jakich świat nie widział, pokazać swą potęgę, wytrwałość i talent. Każda piąć się chciała w górę, przypory jak gałęzie rozpostrzeć jak najdalej, być podparciem dla kolejnych kolumn, co wzrosną z niej na wyższych poziomach. Gdy sił braknie, a błękitne niebo zakryte zostanie kamiennym sklepieniem, gałęzie w korzenie się obrócą, z których na nowym, wyższym poziomie wykiełkują nowe kolumny, wspierając się na barkach swych rodzicieli. A ci, od światła odcięci do cna skamienieją w bezruchu. Czasem słychać nawet, jak szeptają coś przez sen. Młyn żyje. Dla mnie to więcej niż pewne.

- A co zjada Młyn? Skoro żyje, to pewnie coś je?

- Nie mam pojęcia.

- Myślę, że to my jesteśmy jego pożywieniem. Młyn nas zjada. Widzę czasem na ścianach twarze hurii z mojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Albo z innych. A nawet bukatówBukat(więz.) strażnik..

- A wiesz, mały? Nigdy na to tak nie patrzałem.

Od tamtego dnia Aria stał się moim przyjacielem. Rozumiał mnie jak nikt inny w całym Młynie – jakby był częścią mnie. Dzielił ze mną swoje pasje, a ja zwierzałem mu się z wszelkich, najgłębszych nawet lęków i tajemnic – z tego, że kiedyś, bawiąc się w tunel, rozwaliłem ścianę celi; że na górnym pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. spotkałem ludzkiego chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode.; że wskrzesiłem do życia Siostrę; a nawet to, jak zdradziłem Vijani, oskarżając ją i wydając na pastwę burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., oraz to, jak w złości sprowadziłem śmierć na Zinaę. Niczego przed Arią nie ukrywałem. Niczego. A on mi wierzył. Nawet moja Siostra się go nie bała. Wychodziła ze szczeliny obok gieruGier(więz.) toaleta. nawet wtedy, gdy był w celi, jakby nie pamiętając tego, że kiedyś się na Nią rzucił, dawno temu, jak był jeszcze w burcie Radży za ścianą – wtedy, gdy go tak bukaciBukat(więz.) strażnik. skatowali. Pokazałem Arii kilka Jej sztuczek, a on czerpał z tego przyjemność nie mniejszą niż ja. Niezaprzeczalnie stał się w Młynie moim duetemDuet(więz.) przyjaciel., a codzienna udręka dzięki niemu nabierała jakichś barw. Więcej nawet: stał się moim łącznikiem z rzeczywistością. Gdy otrzymywał w ramach nagrody za odkrycia na poziomie dzień pragnojki od arbajtuPragnojka od arbajtu(więz.) zwolnienie z pracy., czas biegł niemiłosiernie szybko i zawsze było go za mało, by się wszystkim podzielić pod nieobecność burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.. Wieczorami, a nieraz i w nocy, też zdarzało nam się debatować na te czy inne tematy, ale to nie to samo.

Aria dzięki swym odkryciom zyskał posłuch i pozycję w mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., a z jego zdaniem liczył się nawet Ordin A’Martern – sam bratanek MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik.. Stał się kimś ważnym. Podobno bukaciBukat(więz.) strażnik. w ramach nagrody chcieli go przenieść do figurFigura(więz.) więzień funkcyjny., ale zdołał ich uprosić, by mógł zostać na naszym pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Dostawał kolejne wolne dni, a nasza burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. – kolejne premiowe rakiety z szamunkiemRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody.. Nawet Janga, nasz raisRais(hur.) wódz., któregoś dnia ugiął się i uznał go za hurię, choć zarzekał się przecież, że będzie to możliwe dopiero po tradycyjnej ceremonii MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość.. Tym bardziej więc niesamowite, że Aria tak żywo interesował się mną, zwykłym tigriańskim chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode..

rozdział

Któregoś dnia obudziło mnie delikatne światło sączące się zza krat i gryzący zapach małej, oliwnej lampy, z jakiegoś powodu skręconej tak bardzo, że knot ledwo się żarzył. Niosący ją bezogonBezogon(więz.) człowiek. szedł niemalże na oślep – powoli sunął po korytarzu z wyciągniętymi przed siebie rękami, kurczowo trzymając się ścian. Dla mnie światła było dość, by od razu poznać, kogo przyniosło na pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Zresztą po samym zapachu mogłem być tego pewnym. Był to ten ludzki, bujnogrzywy checkechea, na którego natknąłem się w celi Turama – tamtego dnia, gdy podchodziłem do UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy.. Wstałem z ziemi, zbliżyłem się do krat i zagadnąłem:

- Cześć!

Zaskoczyłem go tym nieco, ale podszedł do krat, podsunął lampę do firanekFiranki(więz.) kraty., nawet zwiększył na chwilę płomień, by lepiej mi się przyjrzeć. Miałem na sierści jego oddech, chłonąłem jego nukieNukie(hur.) ślady zapachowe., zaś po nukach Nuki(hur.) ślady zapachowe. czuć było wyraźnie, że się bał, acz rozpromienił się i powiedział:

- To tu cię trzymają... Dzięki za wtedy.

- Wtedy?

- Wtedy, gdy chciałeś stąd uciec w siną dal.

- Nie chciałem stąd uciekać w siną dal.

- Jak to? To co ty tam robiłeś?

- Chciałem tylko zobaczyć słońce i gwiazdy. Potem bym wrócił.

- Nie widziałeś nigdy słońca ani gwiazd? – BezogonBezogon(więz.) człowiek. podrapał się po nosie.

- Nigdy. Muszę je zobaczyć, by stać się huremHur(hur.) młodociany huria..

HuremHur(hur.) młodociany huria.?

- Tak. To taki test. Próba.

- Czyli ci się nie udało... Tak czy siak dzięki, że narobiłeś wtedy rabanu, żeby odciągnąć strażnika, co już szedł na mnie. Nie powinno mnie być tam, gdzie mnie znalazłeś. Ten tępy barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. złośliwie chował klucz do spiżarni na najwyższą półkę...

- Turam?

- No, jakoś tak mu było. Na szczęście go przenieśli. Tak czy siak, dzięki.

- Przenieśli go? Dokąd? Gdzie teraz jest?

- Nie mam pojęcia. Gdzieś tam się kręci na górze.

- To znaczy, że może przenieśli go do funkcyjnych! – krzyknąłem, ciesząc się, że w ogóle żyje.

- Ciii... Przecież mówię, że nie wiem. Mój dziadek jest zdania, że nie warto nadmiernie interesować się dzikusami. Nawet jeśli mają wysoki stopień. Nie mam pojęcia, po co go dziadek uczynił w ogóle tym klucznikiem?

- To znaczy, że jesteś... wnukiem MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik.?

MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik.? Zabawne. Mój dziadek jest tu naczelnikiem! No, tak w zasadzie mój prawdziwy dziadek zginął na wojnie, na Bakburcie, a naczelnik jest raczej moim wujem, bo to wuj mojego taty. Ale pozwolił mi, bym go nazywał moim dziadkiem. A wy tu, na dole nazywacie go MłynarzemMłynarz(więz.) naczelnik.?

Przytaknąłem.

- Ciekawe, czy się zezłości, gdy mu o tym powiem? Może zarządziłby chłostę, gdyby o tym usłyszał!

- Nie mów mu tego!

- Powiem. Chyba że coś mi obiecasz.

- Obiecuję – wypaliłem od razu.

- Nawet jeszcze nie wiesz, co! Obiecaj, że nikomu nie powiesz, że tu byłem. Nikt ma się o mnie nie dowiedzieć. Tata złoiłby mi skórę.

- Nikt się nie dowie! Nikomu nie powiem!

Pokiwał głową, uśmiechnął się i stwierdził:

- Śmiesznie mówisz.

- A ty śmiesznie pachniesz!

- Co? – zapytał zaskoczony, sprawdzając podeszwy swoich butów w świetle latarni. – Normalnie pachnę!

- Wcale nie. Pachniesz inaczej niż strażnicy i zupełnie inaczej niż hurie. – To prawda, jego nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. były zupełnie inne od wszystkiego, co znałem do tamtej pory. Nie miałem wówczas żadnego obeznania w nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe. obcych gatunków, bo i jakież można mieć, jeśli przez całe życie tkwi się w zamknięciu pod ziemią, a jedyne, co można wąchać obcego, to szereg intensywnie spoconych zbrojnych nie dbających o higienę i nie rozróżniających własnych nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe. od nukówNuki(hur.) ślady zapachowe.?

Wtedy z kolei on mnie zaskoczył. Zapytał mnie:

- Mogę cię... pogłaskać? Nie ugryziesz mnie?

Psia jucha z tymi ludźmi! Odruchowo zjeżyłem się i cofnąłem na samą myśl, ale w końcu mu pozwoliłem. Niech tam... Nie wiem, czemu niektórzy bezogoniBezogon(więz.) człowiek. tak bardzo garną się do czochrania nas po głowach? Przełożył wpierw jedną, a potem drugą rękę przez kraty i zanurzył się w mojej sierści, pozostawiając mi na głowie i karku mnóstwo tych swoich dziwacznych nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe., których potem trudno było się pozbyć. Sprawiał wrażenie, jakby miał z tego sporo frajdy – tym bardziej, że powiedział wtedy:

- Ale ty jesteś fajny! Wtedy, na górze, gdy cię zobaczyłem po raz pierwszy, pomyślałem, że jesteś wytworem mojej wyobraźni.

No coś podobnego! Mówię wam: bezogonomBezogon(więz.) człowiek. bardzo brakuje sierści i na każdym kroku nam jej zazdroszczą!

W którymś momencie obwieścił:

- Nazywam się Ordin.

- Ordin? – Aż mi ciarki przeszły po plecach aż do końca ogona, ale niepotrzebnie.

- Ordin, ale nie Ordin A’Martern, bo to mój tata. Ja jestem Ordin A’Nachtigall, ale tata i wszyscy tutaj mówią na mnie Frei. Ty też możesz mi tak mówić.

- Ordin A’Nachtigall Frei?

Zdziwiło mnie to wówczas, że miał już imię, nawet kilka imion, a przecież było oczywiste, że był dopiero checkecheą, tak jak ja. Potem się dowiedziałem, że bezogoniBezogon(więz.) człowiek. tak to już mają, że nadają imiona swoim checkecheom na prawo i lewo, nim te zdążą udowodnić, że są tego w ogóle warte.

- A ty masz jakieś imię? – zapytał.

- Nie. Ale Bradach mówi na mnie Orm.

- Bradach? Ten dzikus z kuźni?

- Nie jest wcale taki dziki! Popatrz, jakie mi wykuł kajdany!

Obejrzał je fachowym okiem, zważył w ręku i tak podsumował:

- Rany! Ciężkie jak sto kazarów! Jak stado mambuli! Zakuł cię w kajdany, a ty go za to jeszcze chwalisz? To przecież bez sensu! – Może i miał rację. – Ten Bradach to dzikus, łotr i dezerter. W dodatku leniwy. Znam go. Ciągle przychodzi do dziadka i nęka go o to, by mu kogoś wynalazł do pomocy. Wtedy, dzień po tym, jak byłeś u nas na górze, też przyszedł. Wiesz czego chciał? Nie zgadniesz!

- Czego?

- Ciebie. Chciał cię zaciągnąć do pracy w tej jego kuźni. Przyszedł i powiedział, że właśnie ty jesteś mu potrzebny. Tyle że dziadkowi się to nie spodobało i się nie zgodził.

- Szkoda – rzuciłem zasmucony. – Podobało mi się tam przypis  Tak, tak, pamiętam. Mówiłem, że pracuję w kuźni u Bradacha, że karmi mnie swoim prowiantem, że pomagam mu przy miechu i kowadle, a nawet że wącham bukackie zbroje i broń. Mówiłem, że zabierają mnie tam zaraz po śniadaniu, a wracam przed obiadem. Tyle że wszystko to działo się w wyobraźni, wewnątrz mojej własnej głowy. Zazwyczaj byłem tego świadom. Nie pierwszy i nie ostatni raz miałem światu za złe, że nie chciał doścignąć moich marzeń....

- To jeszcze nie koniec – ciągnął Frei. – Mój tata był przy tym wszystkim i wbrew dziadkowi od razu stwierdził, że to świetny pomysł. „Wilk syty i owca cała”, mówił. Prawie się o to pokłócili, jak zwykle zresztą, bo oni ciągle się o coś kłócą. Tata przytaczał dziadkowi jego własny regulamin, a dziadek ciągle swoje, że to byłoby złe dla ciebie i dla tych wszystkich innych kotów, co z nimi tu mieszkasz. Stanęło na tym, że mój tata miał pomówić z tym kotem, co wami rządzi, i uzyskać jego zgodę.

- Czyli z Jangą... – dopowiedziałem z niesmakiem.

- Nie, jakoś inaczej go nazwał... To był taki duży kot z gęstą, rudą grzywą.

- Sharia?

- O, możliwe. Wiem jak wyglądał, bo byłem przy tej rozmowie.

- Byłeś przy tym? Jakim cudem? Co mówili?

Frei popatrzył na mnie, podrapał się po nosie, pomyślał i rzekł:

- Nie powiem, chyba że mi znów coś obiecasz.

- Co tym razem?

- Obiecaj, że nikomu tego nie powiesz ani nawet nie dasz po sobie poznać, że wiesz. Wszyscy by na tym stracili, gdyby ktoś z twoich się dowiedział.

Przyrzekłem mu także i to, choć Lōzi w mojej głowie ciągle powtarzała mi, by niczego nie obiecywać. A ten mały bezogonBezogon(więz.) człowiek. zaczął tak:

- Byłem tam, bo mnie tata ze sobą zabrał. Najpierw mi opowiedział o tym, jakie wtedy zrobiłeś zamieszanie na naszym poziomie, i o tym, jak następnego dnia ten dzikus Bradach przyszedł do dziadka w twojej sprawie. Potem zaproponował mi, bym zobaczył, jak się kotom obcina pazury. Ty pewnie wiesz, jak to wygląda?

- Nie. – Pokręciłem przecząco głową. – Jeszcze nigdy mnie tam nie wzięli.

- No tak, tata mi mówił, że ty w ogóle nie pracujesz i nigdzie stąd nie wychodzisz... Co kilka dni robią rutynowy przegląd podczas pracy, sprawdzają każdego z waszych po kolei. Podchodzą do ciebie, każą ci wyciągnąć pazury. Jak nie współpracujesz, robią to siłą. Jeśli uznają, że masz za długie, to wraz z innymi, co się kwalifikują, biorą cię na trójkę, czyli poziom niżej niż ten tu. Tam jest takie małe, szczelnie zamykane pomieszczenie, co w nim trzymają kilofy, łopaty i inne narzędzia. Codziennie rano strażnicy wydają je stamtąd kotom i wieczorem je odbierają i liczą, czy żadnego nie brakuje. Musi się zgadzać co do jednego. A dodatkowo obcina się tam kotom pazury. Przytrzymują cię i ostrymi obcęgami obcinają tyle, ile tam trzeba.

- No i tamtego dnia – opowiadał dalej Frei – tata, inni strażnicy i ja zeszliśmy na siódemkę. Zabraliśmy kilka kotów na górę, w tym także tego z grzywą, co jest waszym wodzem.

- Sharię.

- Właśnie.

- Nie jest już naszym wodzem.

BezogonBezogon(więz.) człowiek. wzruszył ramionami:

- Jego strata. Zabraliśmy wtedy na trójkę jego i tych pozostałych. W ogóle się nie rzucał, gdy strażnicy obcinali mu pazury. „Jest sprawa, Sharia”, powiedział mu mój tata. „Obiecałem StaremuStary(więz.) naczelnik.”, to znaczy: dziadkowi, „że spytam cię o zdanie, choć to kuriozalne samo w sobie, bym cię o cokolwiek pytał. Bierzemy tego małego skokobrykaSkokobryk(więz.) dzieciak. z waszej celi”, to znaczy ciebie – Frei wskazał na mnie palcem – „i dajemy go do pracy w kuźni, na noc będzie wracał. Będzie blatBlat(więz.) zgoda., nie mylę się przypis  Było, zgoda.?”. No i wtedy ten wasz wódz podniósł głowę, oczy tak jakoś zmrużył i aż mi ciary po plecach przeszły, gdy przemówił: „Po moim trupie, poruczniku!”

- Tak powiedział? – dopytywałem.

- Co do słowa! Tata mu na to, jak on śmiał tak się w ogóle odezwać, a on jeszcze więcej mówił: „Wiem coś, czego nie wiecie, poruczniku. Mam tajemnicę wartą wymiany.”

 - Sharia chciał mu wyjawić jakąś naszą... tajemnicę? Chcesz mi powiedzieć, że jest... uchemUcho(więz.) donosiciel.?

- I to najlepszym ze wszystkich jakie mamy, z tego, co mi tata mówił. Ale to nie wszystko. Powiedział wtedy jeszcze tak: „Przysięgam jednak, że jeśli zaprzęgniecie małego do pracy, zamilknę po grób i zaprzestanę jakiejkolwiek przyszłej współpracy. Jego życie cenniejsze jest nad życie każdego z mej celi, jak również moje własne”.

- Tak powiedział?

- Dokładnie tak. Tata zgodził się na ten warunek i kazał mu wyjawić tę jego tajemnicę. Wtedy ten wasz wódz dokładnie opisał kota, który planował zamordować jednego z naszych strażników.

- Zinaa. To on wsypał Zinaę! Nasz własny raisRais(hur.) wódz. nas zdradził!

- Chronił was! – rzucił Frei. – Pomyśl, co by się stało, gdyby ten cały Zinaa rzeczywiście na kogoś się rzucił. Za karę cała twoja cela nie dostałaby obiadu co najmniej przez tydzień, a jego pewnie by stracili!

- To zamiast go stracić obcięli mu ogon!

- Chyba lepiej stracić ogon niż życie?

- Nic nie rozumiesz, bezogonieBezogon(więz.) człowiek.! Na demony!

Frei aż się mnie przeląkł, zrobił krok w tył i wyjąkał:

- Tylko pamiętaj, co mi obiecałeś. Nikomu tego nie powiesz, ani nie dasz po sobie poznać, że wiesz. Nikt by na tym nie zyskał. Nikt.

Byłem zdruzgotany. Jakby ktoś wbił mi nóż w plecy! Chciałem gryźć, drapać i szarpać wszystko ze wściekłości! Przecież gdybym nie próbował uciec, nie złapaliby mnie, nie trafiłbym do kuźni, Bradach by mnie nie przyuważył, Sharia nie musiałby zdradzać Zinai, by mnie nie zabrali do tyrkiTyrka(więz.) praca., bukaciBukat(więz.) strażnik. nie obcięliby Zinai ogona, Janga nie szukałby w celi uchaUcho(więz.) donosiciel., a ja nie wydałbym Vijani, by się przed nim bronić, i nasi w odwecie nie obcięliby jej ogona; nie musiałaby opuszczać naszej celi by się chować między figuramiFigura(więz.) więzień funkcyjny.. To wszystko była moja wina!

- Po coś tu w ogóle przyszedł, bezogonieBezogon(więz.) człowiek.? – zakrzyknąłem.

- Cicho! Obiecałeś! – odpowiedział tylko i umknął w stronę głównej kraty. Prędko zamknął ją za sobą i bezszelestnie rozpłynął się w powietrzu niczym zjawa.

rozdział

Zastanawiałem się potem tamtego dnia, czy to wszystko zdarzyło się naprawdę? Czy sobie tego wszystkiego nie wyśniłem? Historia z Sharią jako uchemUcho(więz.) donosiciel. zdawała mi się wówczas zupełnie niewiarygodna. Wziąłbym ją za wytwór mojej bujnej wyobraźni, gdyby nie fakt, że powietrze na wylot nasiąknięte było swądem palonej oliwy, a w sierści wciąż miałem zapach tego albińskiego chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode.. Tak się wżarł, że aby się go pozbyć, musiałem kilka razy myć głowę wodą znad gieruGier(więz.) toaleta., a potem starannie nanosić własne nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.. Cela od razu by go wywąchała, a w końcu nikt nie miał się dowiedzieć. Przecież obiecałem...

Znacznie trudniej było mi dotrzymać drugiej obietnicy. Nie mam pojęcia, dlaczego tak usilnie chciałem jej w ogóle dotrzymać? Gdy burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. przytaszczyła z poziomu swoje ciała i wypełniła nimi celę, Sharia apatycznie ułożył się w swojej koi i zamarł w oczekiwaniu na obiad. Jak gdyby nigdy nic. Miałby powiedzieć o mnie bukatomBukat(więz.) strażnik., że moje życie cenniejsze jest nad życie każdego z tej celi – nawet jego własne? To jakaś bzdura! Wbrew wszelkiej hierarchii? Jakim cudem? Przecież byłem tylko chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode.. Frei musiał coś źle zrozumieć, albo w ogóle sobie to wszystko wymyślił. Dlaczego Sharia miałby nie chcieć, bym pracował w kuźni? Miałby zdradzić własną mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. i poświęcić Zinaę tylko po to, by mnie tam nie zabrali? To niedorzeczne! Tym bardziej, że ja przecież tak bardzo chciałem tam pójść! Podobało mi się tam! Bradach był zupełnie w porządku. Tyle że Sharia pewnie o tym nie wiedział. Tak bardzo chciałem mu o tym powiedzieć, ale przecież... obiecałem...

Nigdy, do końca dni w Młynie, nie złamałem tej obietnicy. No, powiedziałem jedynie Siostrze i, rzecz jasna, Arii, ale obiecali mi, każde z osobna, że nikomu nie powiedzą. I nie powiedzieli – przez te wszystkie dni milczeli jak głazy. Wiem to. Zresztą to było co innego. Traktowałem ich przecież jakbym był ich częścią albo jakby oni byli częścią mnie. Aria stał się moimi oczami, uszami, wibrysami, nosem. Karmiłem się jego słowami, za którymi czułem głód większy niż za mięsem. Tak było! W tamtym czasie wieczorami wtulałem się w jego futro, a on – niemal codziennie – mówił mi o pracy na poziomie, o kolumnach, ornamentach, znaleziskach, wypadkach. Jakże on pięknie opowiadał! Czułem, jakbym tam był wraz z nim, ramię w ramię; jakbym oddychał tym samym, gęstym od pyłu powietrzem; jakby mi sierść kleiła się od tabunów stęchłego piachu. Aż w uszach kajdany dzwonią z każdym ruchem, lina trzeszczy pod naporem mięśni, kosz za koszem idzie w górę; piach sypie się po oczach; ciemność rozrzedzają kopcące pochodnie; wszędzie duszno, gorąco i wilgotno...

Aria stał się moim oknem na świat. Na ten rzeczywisty świat. Sporo z tego, co wydarzyło się wówczas w Młynie, znam właśnie z przekazu Arii. Poza nim świat zewnętrzny niemalże już dla mnie nie istniał.

Pewnie dlatego nawet nie przejmowałem się już tym, że wciąż i wciąż byłem zaledwie chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode., choć przecież mijały dni, miesiące, lata i cykle. Janga nigdy nie zmienił co do mnie swego zdania. Jednakże chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode. byłem tylko w tym rzeczywistym świecie – wystarczyło bym zamknął oczy, a w jednej chwili szara cela zmienia się w jaskinię, gierGier(więz.) toaleta. – w podziemny strumień, derki na posadzce – w bujną, soczystą trawę, mieniącą się rosą, a rzędy kolumn – w zielony las skąpany w słońcu; na każde drzewo mogę się wspiąć, w każdych zaroślach mogę się skryć, a każde zwierzę – dogonić bez trudu. Ceremonię UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. przechodzę bez problemu na każdy możliwy sposób, a czasem podchodzę nawet i do MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość., czając się na któregoś ze strażników, pijąc jego krew i dzieląc się jego mięsem z mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.. Zajadam najsmakowitsze kąski, delektuję się koalim nektarem, oddaję się jamii, drzemię w hamaku wśród przyrośniętych do pni maszkaronów, a nawet staję do pojedynku i przejmuję władzę w celi. Już nikt nie szczerzy na mnie kłów. Wystarczyło tylko, bym zamknął oczy...

Ten rzeczywisty świat trwał wówczas jakby obok mnie. Coraz rzadziej czułem się jego częścią; coraz trudniej było mi się w nim odnaleźć. To tak, jakbym stał nad brzegiem szerokiej rzeki i przyglądał się czasem temu, co działo się po drugiej stronie. Świat po mojej stronie zawsze był ciekawszy. No i zawsze był mój. To, co było na drugim brzegu, nie mogło się tak łatwo przedostać – broniła mnie szeroka rzeka. A tą szeroką rzeką był Aria. To za nim się kryłem przed własną mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.. Nigdy nie zaszedł w hierarchii wyżej niż Janga czy Ugaidi, ale to wystarczyło, bym przeżył ich agresję, gdy było trzeba.

Coraz rzadziej dosięgał mnie ten świat z drugiego brzegu – ta agresywna codzienność, co wyrywała mnie z marzeń. Dosłownie i w przenośni. Głód, brud, pył, przemoc, jamia, śniadanie, obiad, światło pochodni, czyjeś pazury, przydepnięty ogon, krzyki bukatówBukat(więz.) strażnik., pałka po prętach krat... BurtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. wciąż odkopywały coraz to nowe kolumny; czasem odkryły kolejny poziom. Życie Młyna trwało w swym transie jak zawsze.

W którymś roku Aria opowiedział mi, jak do szybu windy wpadł z powierzchni rozjuszony iakk. Urwał się figuromFigura(więz.) więzień funkcyjny. czy coś. W locie wziął ze sobą wciągany na górę kosz z urobkiem i rozpłaszczył się na piątce, przygniatając dwóch pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). z trzeciej celi, których tamtego dnia przydzielono do lin. Trafili zaraz pod instrumenty i aparaty rakarzaRakarz(więz.) lekarz., ale jeden nie przeżył tej interwencji i umarł tego samego dnia, a drugi długo dochodził do siebie w swojej celi – spadające bydlę połamało mu żebra i ręce. Cudem uszedł z życiem. Górę najwidoczniej dotknęło to zdarzenie, bo po jakimś czasie przybył do Młyna krasnoludzki inżynier, by przebudować całą tę windę. Dobudował kolejny szyb, idący z piątki na niższe poziomy, i usprawnił wentylację. Nikt z naszych się tego nie spodziewał, ale nagle warunki pracy tam, na dole, znacznie się polepszyły – wreszcie było czym oddychać, jak mówili. Praca zaczęła iść szybciej i sprawniej – tym bardziej, że kolejne poziomy zasypane były coraz łatwiejszym materiałem do usunięcia – o ile na trójce i czwórce między kolumnami była lita skała, to na piątce i szóstce stopniowo zamieniła się w luźny gruz, jeszcze niżej był już tylko żwir, a potem to nawet piach. Zupełnie odwrotnie niż by to wynikało z górniczej sztuki.

Tyle że poziomy stawały się coraz wyższe. Na naszym pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. z ledwością mogli się wyprostować niektórzy co wyżsi z bezogonówBezogon(więz.) człowiek., podobnie było na trójce. Stropy na czwórce i piątce sięgały już trzech metrów, na szóstce – czterech, a na siódemce – aż ośmiu. Ośmiometrowe kolumny gęsto zdobione na całej swej wysokości – jak mówili, to było coś niesamowitego. Tak było do czasu, gdy odkryto ósemkę i odkopano ją do poziomu posadzki. Ta była już gigantyczna, według pomiarów bukatówBukat(więz.) strażnik. była wysoka na 16 metrów – to jak z ziemi do czubka tamtego drzewa! Światło pochodni z ledwością rozjaśniało majaczące gdzieś tam w górze sklepienie. Dziewiątka była nieco niższa – miała 12 metrów.

Za to dziesiątka zaskoczyła wszystkich – w ogóle nie miała końca. To znaczy tak bardzo długo sądzono. To była wielka piaszczysta wydma, kilofów nawet nie brali już z magazynu, w ruch szły wyłącznie łopaty. Ze względu na sypkość materiału kopać musieli dość płasko, niemal odkrywkowo. Wykopywali ogromne ilości piachu, nieprzerwanie kursowały kosze z urobkiem, zresztą specjalnie dla dziesiątki wykuto nowy szyb, kolumny rosły, strop znikał w mroku, schody wiły się od jednej kolumny do drugiej, a posadzki wciąż nie było. Byliśmy tacy mali względem tego...

Gdy powszechnie nasi sądzili, że tak dziesiątka, jak i cały Młyn już nigdy się nie skończą, Aria odkrył, że zewnętrzne ściany z każdym metrem w głąb są coraz bliżej siebie. Nikt ze strażników tego wcześniej nie zauważył. Dość dobrze było to widać właśnie ze względu na to, że kopali tak płasko – stopniowo odsłaniali wszystkie zewnętrzne ściany Młyna, cały mur okalający ten kamienny las kolumn. Aria podejrzewał, że wcześniejsze poziomy też stawały się coraz węższe wraz z głębokością, więc wrócono burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. na dziewiątkę i wyżej, by to zweryfikować. Okazało się, że miał rację! Po kilku tygodniach, a może i miesiącach drążenia, zmierzono wreszcie, że rzeczywiście poziomy były tym węższe, im głębiej schodziło się pod ziemię. Odkryto nawet, że zewnętrzne ściany nie były wcale pionowe, a nieznacznie pochylały się pod takim samym kątem na wszystkich poziomach. Młyn okazał się zatem nie walcem, jak wszyscy dotąd sądzili, a stożkiem – wielkim, odwróconym do góry nogami stożkiem przypis  Czyli miał taki kształt jak chociażby... korzeń drzewa. Przy powierzchni jest najgrubszy, a im głębiej pod ziemię, tym staje się cieńszy. Z Młynem było tak samo..

Jak mówili bukaciBukat(więz.) strażnik. między sobą, MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik. tak się tym odkryciem zafascynował, że zamknął się w swojej jamie na górze i nie wychodził stamtąd kilka godzin. A gdy już wyszedł, oświadczył, że hurie musiałyby pokonać jeszcze kilkanaście razy taką drogę w dół, co do tamtej pory z samej powierzchni – tyle musielibyśmy wykopać, aby dotrzeć do wierzchołka tego odwróconego stożka. Byliśmy zatem ledwo na początku drogi, tyle że dalej miało niby pójść szybciej – do wydobycia był już tylko piach, a i przecież poziomy były coraz węższe.

Jakoś w tamtym czasie umarła Dhahiri – ta wiekowa arufiankaArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii. z dawnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. Sharii. Zapylenie piachem. Przez wiele dni przed śmiercią kaszlała sucho, nie mogła złapać tchu, potem pluła krwią. A jeszcze wcześniej oczy zaszły jej mgłą, była niemal ślepa. Nie doczekała do końca. Powiedziała tylko to swoje „wszystko siedzi w głowie” i oddała ducha. Złe demony zawsze chętnie polują na starszyznę; przez te ostatnie lata zmarło jeszcze kilka hadhówHadhi(hur.) stary huria. i hekalHekala(hur.) stara hurianka. z trójki i czwórki, ale nie pamiętam ich imion. Nas w pierwszej celi została siedemnastka.

Gdy wreszcie dotarli do dna na dziesiątce – a stało się to może z rok po odkryciu, że Młyn miał kształt stożka – mogłem mieć z dziewięć lub dziesięć lat. Nie odkryli wówczas wierzchołka, a kolejną posadzkę; ściany zewnętrzne, jak mówili, rzeczywiście były zdecydowanie bliżej siebie niż na wyższych poziomach, ale do wierzchołka było jeszcze daleko. Nasi wybrali z dziesiątki cały piach, jaki tam był; odkopali wszystkie kolumny, co do jednej. Wysokość tego poziomu była gigantyczna. Nic, co odkopano do tamtej pory, nie robiło takiego wrażenia. BukaciBukat(więz.) strażnik. potrzebowali kilku lin, by to jakoś zmierzyć. Dwie mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. i piętnaście metrów. Takie to było olbrzymie. Coś niesamowitego. Tyle co najwyższe drzewa, może i więcej. Problem w tym, że nigdzie na tej dziesiątce nie było schodów na dół.

Zaczęto podważać płyty posadzki, próbując się przez nią przebić, była jednak nad wyraz gruba i twarda. Sprawdzano też ściany zewnętrzne, ale nawet Aria nie mógł wpaść na właściwy trop. Ostatecznie bez większych nadziei wrócono burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. na poziom dziewiąty, potem również ósmy – by odszukały przejście, które być może wcześniej przeoczyły.

Z biegiem czasu wszystkie te zdarzenia rzeczywistego świata miały dla mnie coraz mniejsze znaczenie. W miarę jak burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. szły w głąb Młyna, ja coraz bardziej pogrążałem się w świecie mojej wyobraźni. Z czasem nie byłem już w stanie odróżnić jawy od snu; jedno zlewało się z drugim i nie miałem już żadnej pewności, który z tych dwóch światów był prawdziwy – ten, w którym żyłem, czy ten, o którym opowiadał mi Aria. Wówczas gorąco wierzyłem, że prawdziwe były oba; dziś powiedziałbym raczej, że prawdziwy nie był żaden z nich...

rozdział

- Czas wracać, schodźmy już – nagli Chuma Ugaidi, obserwując teren i licząc coś jeszcze w pamięci.

- Tak tu pięknie zielono, hidayoHidaya(hur.) dorosła hurianka. – odpowiada Chuma Vijani, siedząc wśród traw i bawiąc się własnym, śnieżnobiałym ogonem, zupełnie zahipnotyzowana odległym pasem zieleni.

- Zapamiętajmy ten zapach – mówi dudniącym głosem Chuma Sharia, a grzywa jego mieni się w złotych promieniach słońca i faluje na lekkim wietrze. – Te nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. to wolność.

- Tak. Warto było, ale czas już na nas – ucina onkiankaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych).. – Zaraz rozpocznie się apel.

Trzy huryjskie sylwetki zbliżają się do krawędzi Młyna. Wspinają się na drewnianą konstrukcję dźwigu, jakim zwykle transportowany jest z dołu urobek. Po górnych belkach, zawieszonych między jedną z kolumn a krawędzią Młyna, docierają pod wielkie koło, przez które przerzucona jest lina. Chwytają oba jej kawałki przez kilka warstw starych kadzienniakówKadzienniaki(więz.) łachmany. – tak dla ochrony rąk – i z gracją ześlizgują się w głąb szybu. Werble w rytm. I w dół! Metr za metrem. Światło słońca zostaje w górze. Tu tylko słaba poświata błękitnej pochodni. Mijają jedynkę (to jest poziom bukatówBukat(więz.) strażnik.) i zatrzymują się na naszym pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel., na końcu bocznego korytarza, tuż przy kracie, przez którą ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. zwykły ładować mięso na obiadowy wózek.

- Na psaPies(więz.) strażnik. urok – warczy Chuma Ugaidi, stojąc na skrawku posadzki nad urwiskiem szybu i ciągnąc za żelazne pręty. – Zamknięte! Jak teraz wejdziemy?

Chuma Sharia z błyskiem w oku mówi ściszonym głosem:

OnkiankoOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., żadna stal nie może się równać z potęgą wyobraźni!

Wtedy arufianArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii. chwyta jedną ręką za kratę, zapiera się drugą i jednym mocnym szarpnięciem rozrywa stalowy mechanizm zamka. Brzdęk i drzwi stoją otworem. Gotowe.

Otworzyłem oczy. Byli tam.

- To przecież wy! – szepnąłem sam do siebie, z uśmiechem wpatrując się w śpiącego Sharię, wciśniętego między łańcuch a ramę własnej koi, i Ugaidi, oblepioną huriami i huriankami z ferajnyFerajna(więz.) zżyta grupa. Jangi.

Byli tam...

- Pobudka, ścierwa! Do pionu! – Ten okrzyk i łomot pałki tłukącej się o pręty naszej celi skutecznie wyrwał wszystkich ze snu. Jak co dzień.

SfelajSfelać(więz.) odejść., psiePies(więz.) strażnik. przypis  To znaczy: odejdź.! – odgraża się Chuma Ugaidi. – Dałbyś pogarowaćGarować(więz.) spać. przypis  Tak jest, pospać.!

- Stan liczebny siedemnaście, obecnych siedemnaście, zdolnych do pracy szesnaście, wszyscy zdrowi – wyrecytowała Ugaidi na apelu.

- Do tego jeden zdolny i zdrowy, co przeszło od trzech lat garnie się do pracy w kuźni – dopowiada Chuma Ugaidi.

Dozorca zignorował jednak tę uwagę. Kiwnął tylko głową i poszedł dalej, pod celę Radży. Za chwilę miało być śniadanie. Ktoś szturchnął mnie w ramię:

- Masz, tobie bardziej się przyda.

Odwracam się i co widzę przed sobą? To Chuma Vijani, we własnej osobie! Nachyla się nade mną i wręcza mi blaszkę, żelazną tabliczkę z symbolem ryby.

- No, bierz – mówi.

Niesamowite! Nigdy w Młynie coś takiego mnie nie spotkało! Ściskam mocno ten niecodzienny prezent i wraz ze swoją drewnianą miską dumnie podchodzę pod firankiFiranki(więz.) kraty. – jako jeden z pięciorga wyróżnionych. BukatBukat(więz.) strażnik. nabiera mi zupę prosto z suterynySuteryna(więz.) dno kotła., a do tego dorzuca najprawdziwszą rybę. Czysta rozkosz! Kruche, delikatne ścinki najlepszej cielęciny pływające w tłustym wywarze na kościach oblepionych świeżym, pachnącym mięsem. Krtań napełnia mi się istnym nektarem bogów. A ryba! Już sama skóra smakuje tak wybornie, że aż tracę grunt pod nogami, padam na derki; a w głowie mi się kręci.

Trask! Szczęknął mechanizm zamka. Zgrzytnęły zawiasy kraty. Już czas. Cała burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., szurając łańcuchami, wysypała się z celi na korytarz.

- Pilnuj mego rewiru pod moją nieobecność, mały – rzuca mi na odchodne Chuma Sharia.

Ruszyliśmy. Skręciliśmy w prawo, w główny korytarz. Jak co dzień; jak mantra. Dolna krata. Strome schody. Bezkres trójki. Echo. Światło ginące w mroku. Narzędziownia. Kilka kilofów, reszta – szpadle i łopaty. A my jak w transie wyuczoną ścieżką schodziliśmy głębiej, poziom za poziomem. Nogi już same nas prowadziły. Ósemka. Tamtego dnia odkopywaliśmy ósemkę. Najwyższy poziom nie licząc ostatniego, dziesiątego. Większość kolumn w całości – od posadzki aż po sklepienie – pokryta była ornamentami. 16 metrów zdobień z góry na dół. A były one tak bogate, tak misterne, tak szczegółowe, że zapierały dech w piersiach nawet najsurowszych bukatówBukat(więz.) strażnik.. Na żadnym z poziomów nie było takiego przepychu i nadmiaru jak tam.

Ósemka była zasypana gruzem zmieszanym z ziemią, ale praca na niej była trudna i niebezpieczna ze względu na jej wysokość. Najgorzej zawsze było na początku, zaraz po odkryciu poziomu – kopaliśmy wtedy korytarze o maksymalnie stromych ścianach, by jak najszybciej odnaleźć schody. Nieraz dochodziło do zawałów. A zawał szesnastometrowego słupa ziemi i gruzu do błahostek nie należy. Tak zginął Zinaa. I kilku innych. W tamtych jednak dniach było znacznie bezpieczniej, bo usuwaliśmy całą ziemię z poziomu. Kopaliśmy płasko od góry na dół, tworząc pochyłe, ukośne chodniki. W jednym miejscu przy szybie windy zostawiliśmy stromą skarpę, aby zrzucać z niej urobek na posadzkę. Inni z naszych zbierali ten gruz do koszów – zawsze można było ich potem poznać po gwałtownych napadach kaszlu i futrach tak zapylonych, że z trudem można było odgadnąć ich kolor. Na twarzach nosili podczas pracy mokre szmaty, ale niewiele to dawało. Pełne kosze wciągali windą na piątkę – tam była stacja przeładunkowa, z której inne, wyznaczone na dany dzień hurie wciągały je już na samą górę, na powierzchnię. W miejscu załadunku dyżurował zawsze specjalny bukatBukat(więz.) strażnik., co był wybrany do prowadzenia rachunków. Przezywaliśmy go szpagatemSzpagat(więz.) strażnik od rachunków.. Miał za zadanie notować każdy kosz urobku na konto właściwej celi oraz pilnować, by były załadowane do pełna. Potem zliczał wszystko i określał, która burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. pracowała najwydajniej.

- Wy, tam na górze, nie ociągać się! – ryknął bukatBukat(więz.) strażnik. z samego dołu.

Z bombyZ bomby(więz.) szybko., tępe futra! – pieniPienić się(więz.) denerwować się. się do wtóru Chuma Ugaidi. – RakietyRakieta z szamunkiem(więz.) dodatkowa porcja w ramach nagrody. to my za nic nie wyrwiemy z taką smugąSmuga(więz.) nieudana praca.!

- Jej się chyba zdaje, że jest psemPies(więz.) strażnik.! – mruknął pod nosem Aria, tkwiąc pod samym sklepieniem i wybierając ziemię obok jednej z kolumn. Całą sierść umorusaną miał w ziemi aż mu ledwo było cętki widać. – Za pięknie tu, by się śpieszyć!

- Siedemnaście mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. i cztery – powiedział tuż obok niego Gwaya, ten hurHur(hur.) młodociany huria., co dostał niegdyś cegłą w brzuch. – Siedemnaście mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. i pięć – dodał po chwili. Nie liczył jednak łopat gruzu ładowanych do kosza, choć tym właśnie zajmowały się jego ręce. Liczył skrzydlatych bezogonówBezogon(więz.) człowiek.. To znaczy akurat w tamtym czasie, a łatwo było stracić rozeznanie. Liczył tak długo, aż mu się liczby nie skończyły, potem wybierał inny obiekt kolumnowych maszkaronów i zaczynał od nowa. Na ósemce miał prawdziwą klęskę urodzaju. Kiedyś liczył smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający., pamiętacie?

- Śpisz?

Zerwałem się na równe nogi. Znów byłem w celi. Zza krat dobiegało do mnie ledwie żarzące się światło oliwnej lampy. Pociągnąłem nosem. Tak, to był Frei – ten ludzki chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode. o bujnej grzywie. Trochę zmienił się z wyglądu, ale nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. pozostały te same. Aż trudno uwierzyć, że w rzeczywistym świecie minęły trzy, może cztery lata od czasu, gdy widziałem go po raz ostatni. To było wtedy, gdy mi powiedział, że Sharia był uchemUcho(więz.) donosiciel..

- Czego chcesz? – zapytałem, może nazbyt ostro.

- Spokojnie, jestem po twojej stronie.

- Po mojej stronie?

- Tak, po twojej. – Kiwnął głową na potwierdzenie. – Pamiętasz, jaką mi dałeś obietnicę, jak byłem tu ostatnio? Nawet dwie. Nie złamałeś żadnej z nich. Coś bym o tym wiedział. Dlatego myślę, że mogę ci zaufać i... pomóc.

- Chcesz mi pomóc?

- Tak, w tej twojej próbie. Chciałeś zobaczyć słońce i gwiazdy.

W oczach zabłysła mi nadzieja. A Frei mówił dalej:

- W najbliższy hamis, to jest za cztery dni, przyjeżdża do Borwoldu sam książę Herrhausen, najwyższy naczelnik Banku Albińskiego. Wszystkie siły zbrojne z okolicy są powołane do zapewnienia mu bezpiecznego pobytu. Borwold jest niedaleko stąd, więc tutejsi strażnicy zostaną oddelegowani do służby przy ochronie księcia. Zostanie tylko garstka niezbędna do utrzymania podstawowego wydobycia. Będziesz miał szansę się przemknąć! Przyjdę tu tak jak dziś, będę miał klucze od twojej celi. Wiem, gdzie je trzymają i kiedy ich nikt nie pilnuje. Tyko nie da rady przemycić cię przez główną bramę wejściową. Zamiast tego uciekłbyś szybem windy. Zdobędę klucz do tamtej kraty. – Frei wskazał ręką boczny korytarz. – Wystarczy, że wskoczysz do kosza z gruzem i niepostrzeżenie wyskoczysz na powierzchni. Co ty na to?

- Informacja na wagę złota, pętaku! – woła Chuma Ugaidi ze swej koi w celi. Zaskoczony odwracam się w jej stronę. – Toż to wymarzona okazja na postawienie dębaDęba stawiać(więz.) uciec.! Wręcz idealna! No, na cóż czekasz? Zgódź się na propozycję tego tępego bezogonaBezogon(więz.) człowiek.!

- Czemu chcesz mi pomóc? – zapytałem Freia.

- Bo cię lubię. To jak, umowa stoi?

Nie widział ani nie słyszał onkiankiOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., siedzącej wewnątrz celi. Wysunął otwartą dłoń w moim kierunku. Uścisnąłem ją przez kratę i pokiwałem głową. To albiński gest na zgodę.

- Cztery dni. Czekaj na mnie. Bywaj, Orm. – uśmiechnął się do mnie, odszedł, zamknął za sobą główną kratę i bezgłośnie zniknął na schodach, tak samo jak ostatnim razem.

- Brawo, chekecheoChekechea(hur.) huryjskie młode., kolejna szansa na UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. – podsumowuje Chuma Sharia.

- Ależ gdzie tam? – warczy Chuma Ugaidi. – Przecież mówię, że trzeba stąd wydębićWydębić(więz.) uciec.! Zryw! Bunt! Wszystkie burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.! LotLot(więz.) okazja., jaki nigdy się już nie powtórzy! Przecież garstkę ciurmakówCiurmak(więz.) strażnik. bez wsparcia z góry to ubijemy choćby i samymi kilofami i łopatami! Mamy przewagę!

- Zobaczcie na to! – To mówi Chuma Vijani. Siedzi skulona na posadzce przy gierzeGier(więz.) toaleta. i trzyma w rękach... moją własną Siostrę! Nic a nic się nie boi, choć hurysaHurysa(hur.) młodociana hurianka. głaszcze ją po sierści od głowy do ogona.

- Toż to zwykła mysz – ocenia chłodno onkiankaOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)..

- Nie taka znów zwykła – dopowiada Chuma Sharia. – Widziałem ją już kiedyś. Zna wiele sztuczek.

- Jej istnienie to moja tajemnica – mówię.

Pokazuję im, co potrafi. Mysia magia robi na nich wrażenie, szczególnie na Chumie Vijani. Daję tigrianceTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. trochę bomsuBoms(więz.) chleb., by mogła Ją nim nakarmić. Pokazuję im też moje obrysowane ziemią zwierzęta na ścianie. Rozumieją mnie i widzą to, co ja. Nareszcie!

Po jakimś czasie dobiegła nas kakofonia szuranych łańcuchów. To wracała z dołu burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Jangi, moja mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado.. Dzień się kończył. Zbliżała się pora obiadu. Spoglądam na trójkę hurii w mojej celi.

- To wy tam idziecie – mówię im. – Jesteście tam.

rozdział

- Skąd ty to wiesz, Ugaidi? – dopytywał ktoś z celi.

- Zawrzyj szamotSzamot(więz.) pysk.! – odpowiedziała. – Po prostu wiem. I już.

Sam byłem trochę tym zaskoczony. Wyobraziłem sobie, że to przecież naturalne, by Ugaidi pamiętała dokładnie to samo, co Chuma Ugaidi – wizerunek, jaki na podobieństwo tej onkiankiOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych). powstał w mojej głowie. I stało się.

- Uderzamy za cztery dni – kontynuowała. – Najlepiej jakoś w połowie pierwszej zmiany warty. Będą wtedy najbardziej zmęczeni, a druga warta będzie jeszcze smacznie garowaćGarować(więz.) spać. w swoich jamach.

- Mamy lecieć w kitLecieć w kit(więz.) wierzyć. na tę jej trefnąTrefne(więz.) oszukane. szpulęSzpula(więz.) opowieść. przypis  Czyli uwierzyć w jej wątpliwą relację.? – burknął zza ściany Radża. – To nieumnośćNieumność(więz.) głupota. przypis  Głupota.! Uroiła sobie to wszystko i śle nas na rzeź!

- Ależ z ciebie tępe futro, Radżo!

- Ja jej wierzę i wy też powinniście – dopowiedział Janga. Patrzył na hidayęHidaya(hur.) dorosła hurianka. w zamyśleniu. Nie przerywał, gdy mówiła, nie protestował. Naprawdę jej wierzył. W końcu była drugim ogonem w mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. – My uderzymy. Jeśli chcecie tu zostać i zgnić w kajdanach, droga wolna.

- A co z trójką i czwórką? – pytał ktoś od nas. – Z nimi też trzeba się ustawićUstawić(więz.) umówić..

- Tak, ale nie będziemy przecież yczećYczeć(więz.) drzeć się. do nich przez korytarz – odparła Ugaidi przypis  Yczeć to szaleńczo drzeć się bez opamiętania, zwykle na dźwiękach.. – Podrzucimy im gryps jak za dawnych lat.

- A jeśli mają tam uchoUcho(więz.) donosiciel.? – zagadnął hadhiHadhi(hur.) stary huria. Haramisha. – Wszystko się rypnie jak piesPies(więz.) strażnik., mówię wam.

- Jakie uchoUcho(więz.) donosiciel., hadhiHadhi(hur.) stary huria.? Już ci to z kojbraKojber(więz.) głowa. wypadło przypis  Czyli z głowy.? Już tu nie ma Vijani, ciurmakiCiurmak(więz.) strażnik. sprzątnęły ją stąd na górę kilka lat temu!

- O, wypraszam sobie! – wtrąca Chuma Vijani spod ściany z gieremGier(więz.) toaleta.. – Ciągle tu jestem i wszystko słyszę!

- A jeśli jest tu gdzieś jeszcze jakieś uchoUcho(więz.) donosiciel. – kontynuowała Ugaidi, nie zwracając uwagi na hurysęHurysa(hur.) młodociana hurianka. – to sama wyrwę mu chlipałoChlipadło(więz.) język., gdy je dorwę!

Kątem oka spojrzałem na Sharię. Ani powieką nie mrugnął niewzruszony.

- A figuryFigura(więz.) więzień funkcyjny.? W późniejszym etapie mogłyby nam się przydać – zaproponowała bodaj Lōzi.

- Mam gdzieś tę mochęMocha(więz.) grupa. służalczych psówPies(więz.) strażnik.! – warknął Janga. – Najchętniej ubiłbym ich wszystkich za jednym zamachem wraz z bukatamiBukat(więz.) strażnik.!

Wieczorem nasza cela pochłonięta była preparowaniem grypsu. Podobno w dawniejszych czasach była to powszednia praktyka komunikacji, później nikt nie miał już na to sił. Dla mnie był to rzadki widok. Janga wydarł kawałek ze starej derki i oznaczył jego brzeg swoimi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe.. Potem nasi spierali się między sobą o to, jaka powinna być treść przekazu. Ostatecznie, ze względu na brak istotnych składników zapachowych, postawiliśmy na ogólność i prostotę. Z tego też powodu powstały dwa grypsy – osobno dla trójki i osobno dla czwórki. Oba pachniały podobnie: „Za trzy dni wielki bunt”.

Grypsy podrzuciła sama Ugaidi następnego dnia, podczas tyrkiTyrka(więz.) praca. na poziomie. Sprawnie, zręcznie, bez problemów. Gorsze było co innego. W którymś momencie podczas drugiej zmiany bukatówBukat(więz.) strażnik. zszedł z papugamiPapuga(więz.) strażnik, konwojent. Ordin A’Martern. Nasi aż się wzdrygnęli z przerażenia. Bratanek MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik. budził niepokój samą już swoją obecnością, a co dopiero, gdy w planach mieliśmy ucieczkę z Młyna.

- Grupami w szeregu na baczność, koty! – zakrzyknął. – Wity naprzód! – Tego nam jeszcze było trzeba. To oznaczało kontrolę pazurów.

Ordin wybrał ze wszystkich burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. kilkanaście hurii i hurianek. Był wśród nich Sharia. Pod bukackąBukat(więz.) strażnik. eskortą ruszył wraz z resztą ku schodom na górę. Aria z przerażenia nie mógł oderwać od niego wzroku. Jako jedyny oprócz mnie znał przecież tajemnicę naszego dawnego raisaRais(hur.) wódz.. Sharia był uchemUcho(więz.) donosiciel.! Zdradził Zinaę i demony raczą wiedzieć, kogo jeszcze!

Byliśmy skończeni!

- Jak tam, Sharia? – pyta Ordin w tym specjalnym pomieszczeniu na trójce wśród dźwięków obcinanych obcęgami piórPióra(więz.) pazury.. – Spokój w haremie?

A Chuma Sharia odpowiada:

- Bez zmian. Wszystko w porządku.

- Na pewno? Nikt niczego nie planuje?

- Na bank, poruczniku. Jestem pewien.

- Dobrze. Pokażę ci coś. – Ordin sięga po coś z półki z narzędziami i z lekkim obrzydzeniem podaje to arufianowiArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii.. Przedmiot okazuje się być... naszym własnym grypsem zapisanym na kawałku wydartym ze starej derki! – Znalazłem ten kawałek cuchnącej szmaty u szczotkiSzczotka(więz.) huria., której przed chwilą cięliśmy tu pazury. Czymś ci to pachnie?

Chuma Sharia doskonale wie, czym to pachnie, ale... nawet wąs mu nie drgnie. Jedynie udaje, że wnikliwie wącha nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. – tak naprawdę nosem oraz nadgarstkami niepostrzeżenie rozciera znaki, doszczętnie zacierając ich sens.

- Huryjskim moczem, oczywiście – odpowiada wreszcie.

- Zatem ten zapach nie niesie ze sobą jakiegoś ukrytego przesłania?

- Nic z tych rzeczy, poruczniku. Jedyne ukryte przesłanie jest takie, że huria, który nasikał na tę szmatę, ma problemy z nerkami i zdecydowanie za mało pije wody.

- No trudno. Przezorności nigdy za wiele. – Ordin uśmiecha się kącikiem ust. – Idź. Jesteś wolny. Dobrze wiedzieć, że wszystko jest pod kontrolą.

Bunt rozpoczął się dokładnie wtedy, na kiedy zaplanowała go Ugaidi – w połowie pierwszej zmiany w czwarty dzień po wizycie Freia. Bębny. Dyskretnie, powoli nabierają tempa. Gdy tamtego dnia wychodzili rano z celi, wszystko było dopięte na ostatni guzik. Noże naostrzone, umysły zwarte, wszystkie cztery burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. w gotowości. Każdy z naszych miał swoje zadanie; każda kolumna, każda skarpa ziemi i każdy bukatBukat(więz.) strażnik. – wszystko było uwzględnione w planie Ugaidi. Nie mogło się nie udać.

Równo w połowie pierwszej zmiany warty rozpoczęła Ugaidi:

- Teraz, hurie! – zakrzyknęła po naszemu.

I ruszyliśmy. Jak lawina. Jak szarańcza. Zewsząd. Kilofy, łopaty, noże, pazury, kły. Ze wszystkich sił! W bębny bić! W trąby dąć! Wszystko w szał! Drzeć! Gryźć! Szarpać! Ciąć! Na wszystkie demony!

Pierwszego powaliliśmy nim zdążył sięgnąć po miecz. Gruchnęły blachy. Zgraja hurii w momencie była już na nim. Aż go widać spod nas nie było. Ci za hełm targali, inni paski zbroi cięli, blachy rwali, łopatami boki tłukli, skórę pióramiPióra(więz.) pazury. orali, mięso na kafleKafle(więz.) zęby. brali. Wszędzie krew. Nożem piesPies(więz.) strażnik. błysnął i któregoś drasnąć zdążył jeszcze, nim Ugaidi kilofem zmiażdżyła mu głowę z taką siłą ogromną, że aż posadzka popękała.

Padali kolejni strażnicy. Totalnie zaskoczeni i przerażeni. Takiego zrywu Młyn nie pamiętał i nigdy się taki już nie powtórzył. Efekt zaskoczenia minął, ale i tak tryumfowaliśmy. Nasi obrywali co prawda, lecz masą parliśmy naprzód, a bukaciBukat(więz.) strażnik. ginęli jeden po drugim. Martwym wyrywaliśmy miecze, noże, pałki i rzucaliśmy się na kolejnych. Mieliśmy przewagę. Niektórzy z odsłoniętych części ciała rwali bezogonomBezogon(więz.) człowiek. ich mięso i jedli je pośpiesznie, nie czekając nawet na ich śmierć. Jakże demony nasze w siłę w nas rosły, jakże jaśniała nadzieja na zwycięstwo i upragnioną ucieczkę. Żądza mordu tętniła w sercach; nukiNuki(hur.) ślady zapachowe. ludzkiego strachu wypełniały płuca; a bukackaBukat(więz.) strażnik. krew głęboką czerwienią farbowała futra. Czuliśmy się jak na najprawdziwszym polowaniu, zresztą czymże innym to było?

- Alarm! Bunt! – darli się bukaciBukat(więz.) strażnik., wzywając swych pobratymców. Nadaremnie! Nikt przecież nie mógł im już pomóc! Byli sami!

Garstka psówPies(więz.) strażnik., jaka została przy życiu, jakimś cudem przedarła się do schodów. Ostrzami i pochodniami utorowali sobie przejście przez tych, co mieli pilnować drogi ucieczki. Ruszyliśmy za nimi, ale było zbyt wąsko, by ich tam okrążyć. Nasi w ciągłym szale szturmowali, próbując ich zrzucić, oni stopień po stopniu wycofywali się coraz wyżej. Reszta naszych obrzucała ich gruzem i kamieniami tak długo, jak się dało.

Dotarliśmy na siódemkę. BukaciBukat(więz.) strażnik. uciekali w popłochu w korytarzach drążonych między kolumnami. Jednego czy dwóch udało się tam dorwać w biegu i zmasakrować. Reszta, oganiając się pochodniami, dotarła do schodów na szóstkę. Było ich wtedy już ledwo kilku.

Trzask! Nagły hałas wyrwał mnie ze świata wyobraźni. To była główna krata przy schodach – ta, którą ledwo widać, jak się dobrze wychylić przez pręty dzielące celę od korytarza. Zawiasy pośpiesznie zaskrzypiały i zamilkły. Brzmią posępne bębny. Bom-bom; powolny rytm, leniwie tętniący pod skórą. Do korytarza wlała się błękitna łuna pochodni, złowieszczy stukot stalowych butów i krzyki popędzających się nawzajem bezogonówBezogon(więz.) człowiek.. Poderwałem się gwałtownie, aby doskoczyć pod same firankiFiranki(więz.) kraty. i cokolwiek zobaczyć.

To zbrojni! Przelewali się przez główną bramę i biegli w kierunku schodów na niższe poziomy. No tak, zapomniałem o nich – musiała być przecież jeszcze druga zmiana. Ale to tyle, pomyślałem, wszystkich pozostałych powołano do pilnowania tego księcia w Borwoldzie. Pośpiesznie liczyłem bukatówBukat(więz.) strażnik., ale na dwudziestym pierwszym straciłem rachubę. Było ich więcej i więcej. Niemożliwe! Skąd oni się tam wzięli? To dawno już nie była druga zmiana! Jeden za drugim, bez przerwy wbiegali kolejni – z obnażonymi mieczami, zakuci od stóp do głów w stal. Zbyt wielu! Było ich zbyt wielu!

Na demony! Pomyliłem dni? A może to Frei pomylił dni? Albo książę się rozmyślił i nie przyjechał? Albo Ordin, znalazłszy nasz gryps, wzmógł czujność mimo zapewnień Sharii? A może Sharia jednak nas wydał? Przecież tak naprawdę nie było mnie przy jego rozmowie z Ordinem! Tylko ją sobie wyobraziłem! Albo ktoś z trójki lub czwórki okazał się być uchemUcho(więz.) donosiciel.? Albo Vijani – przecież Chuma Vijani słyszała nasze plany jak i to, co wówczas mówił pod celą Frei. A może Frei wszystko to sobie wymyślił? A może to ja wymyśliłem sobie Freia i cała ta historia o albińskim księciu to był jedynie wytwór mojej wyobraźni?

rozdział

To działo się na szóstce. Bębny. Goniliśmy tych kilku niedobitków, gdy z góry zaczęła wbiegać cała atandaAtanda(więz.) oddział. przypis  Oddział zbrojnych.. Wszyscy uzbrojeni po zęby. Musieli usłyszeć szufirSzufir(więz.) hałas. i bukackie jęki. Nie tak miało być! Mieliśmy ich zaskoczyć na jedynce i poderżnąć im gardła podczas snu! I na pewno nie miało ich być aż tylu! Był ich cały legion! Skąd się nagle tylu wzięło?

Zatrzymaliśmy się w zwartym szeregu w poprzek szerokiego korytarza. BukaciBukat(więz.) strażnik. ustawili się jakieś pięćdziesiąt metrów od nas w zwartym szpalerze, blokując drogę do schodów na piątkę. Bom-bom. Naramiennik przy naramienniku, hełm przy hełmie, miecz przy mieczu, kusza przy kuszy. A po drugiej stronie – bom-bom – kilofy, łopaty, pałki, kilka wytarganych bukatomBukat(więz.) strażnik. mieczy trzymanych przez bandę spracowanych i wychudłych niewolników, których jedyną zbroją były żelazne kajdany na nogach i rękach. Wówczas to oni mieli przewagę. Bom-bom.

Stali tam tak. I my staliśmy. W napięciu wpatrywaliśmy się w siebie. A z góry, z kolumn przypatrywała się nam niezliczona rzesza kamiennych bestii, skrzydlatych aniołów, diabłów, upiorów, demonów, pegazów, smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający., syren... Na szóstce najpiękniejsze były stworzenia. Obserwowały nas. A my – zęby zaciśnięte, ogony nerwowe, oddechy płytkie, wzrok skupiony na stalowej ścianie przed nami. Czekaliśmy.

- Niech to larwa! – jęknęła Ugaidi.

- Do psaPies(więz.) strażnik. podobne! – dopowiedział Haramisha.

- Dwie mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. i sześć – rzucił Gwaya.

- Na demony! Oni nas zmasakrują! – szepnęła Lōzi.

- Poddajcie się teraz, koty – szczeknął dozorca z drugiego końca korytarza. – Rzućcie broń i nie róbcie głupot!

- Chodźcież tu na kafleKafle(więz.) zęby., psie pyski – krzyknął zaczepnie Radża, ale nawet w jego głosie słychać było lęk. Drżeliśmy, myśląc, czy by się nie wycofać w głąb Młyna, na niższe poziomy.

I wtedy niespodziewanie przemówił Sharia:

- Jeżeli mam zginąć w tym podziemiu, zginąć chcę jako huria z podniesionym ogonem, a nie jako niewolnicze ścierwo, jakie wyhodowali sobie bukaciBukat(więz.) strażnik. na iakkowym mięsie. Czeka na nas poranna kąpiel w złotych promieniach słońca, dzika krew wśród drzew i miękki sen w ich koronach! Naprzód, hurie!

Podziałało. Nie wiem jakim cudem, ale podziałało! Zakrzyknęliśmy wielkim chórem i cwałem ruszyliśmy przed siebie, wszystkie burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi.. Zbrojni odpowiedzieli błyskawicznie salwą ze swych kusz, potem z okrzykiem na ustach ruszyli na nas.

To była rzeź. Istna rzeź! Nasi padali jak muchy. Ci, którzy od razu nie oberwali bełtem, wpadli w kolczasty gąszcz mieczy, z łatwością przeszywających nasze kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany. i drących nasze ciała na strzępy. Zewsząd tryskała huryjska krew. Któryś ze zbrojnych stracił równowagę i runął na posadzkę, przygniatając mnie zupełnie. Zaraz rzuciła się na niego sfora naszych; myślałem, że mi kości połamią. Niejeden bezogonBezogon(więz.) człowiek. zginął w tamtej bitwie, ale widok strat po naszej stronie był porażający. Gdy próbowałem wydostać się spod dogorywającego cielska, na własne oczy widziałem jak kolejni, których znałem z naszej lub z pozostałych burtBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi., ginęli pod naporem śmiertelnych ciosów. Widziałem... jak bukackieBukat(więz.) strażnik. ostrze przeszyło Gwayę tak głęboko, że aż wybiło mu się na wylot przez plecy; widziałem... głowę Lōzi, gdy odcięta od ciała wirowała w powietrzu i przefrunęła mi przed oczami, a potem jak toczyła się po posadzce; widziałem... jak któryś z bukatówBukat(więz.) strażnik. wbił miecz w moją Matkę, gdy ta klęczała na posadzce, a bełt strażniczej kuszy wystawał jej z gardła. Kolejni i kolejni dogorywali, leżąc na trupach tych, co już umarli.

Nie! Nie! Nie! To nie mogło tak się skończyć!

Leżałem tam zupełnie sparaliżowany, nie wierząc temu, co widziałem, a wir szaleńczej walki dział się wokół mnie, jakby mnie ignorując. Zdruzgotany spojrzałem w górę. I wtedy je dostrzegłem. Nie były wytworem mojej wyobraźni. A jeśli nawet, to wyszły z niej i stały się prawdziwe. Wszystkie one były tak bardzo prawdziwe...

Kamienne maszkarony przytwierdzone do kolumn zaczęły nagle ożywać. Odrywały się ze skały, przeciągały, rozpościerały skrzydła i nagle z wrzaskiem tak wielkim, jakby sama otchłań ryczała, dawały nura prosto w dół. Wszelkiej maści bestie i poczwary spadały zewsząd w nasz korytarz i jak wściekła szarańcza rzucały się na bukatówBukat(więz.) strażnik.. Twardymi pazurami przebijały ich pancerze, zębatymi paszczami szarpały za kończyny, szponami oręż wytrącały, ciężkimi ogonami z nóg zwalały. Były po naszej stronie! Role ponownie się odwróciły! Znowu staliśmy się łowcami, a oni – naszą zwierzyną. Trąby, grać! Skrzypki, do wtóru! Niechaj grzmią radośnie! Nasi – to jest ci, co przeżyli – z zapartym tchem obserwowali, jak armia kamiennych maszkaronów roznosi w puch bukacką atandęAtanda(więz.) oddział.. Zbrojni z początku stawiali opór, ale po chwili zaczęli się w popłochu wycofywać na schody. „Żadna stal nie może się równać z potęgą wyobraźni!” – zagrzmiało echo i rozeszło się między kolumnami.

Parliśmy naprzód. BukaciBukat(więz.) strażnik. z coraz większym przerażeniem uciekali w górę Młyna, próbując nie dać się okrążyć przez rozwścieczony kamienny legion. Nie istniała taka siła, która byłaby w stanie ten żywioł zatrzymać. Na kolejnych poziomach dołączały nowe zastępy stworzeń. Na piątce były to ogromne mechaniczne bestie pachnące metalem i olejem, wirowały w nich najróżniejsze koła zębate i przekładnie, a z ich ciał buchała gorąca para. Na czwórce ożyły te wijące się ornamenty i niczym krwiożercze łodygi lub gałęzie chwytały bukatówBukat(więz.) strażnik. za ręce i nogi. Na trójce powitał zbrojnych cały zastęp kanciastych sylwetek bezogonówBezogon(więz.) człowiek. o pięściach jak młoty. Trójka była tak niska, że parowe monstra z piątki kroczyć musiały schylone, a i tak iskry o sklepienie krzesały. Wszystko się trzęsło, myśleliśmy, że cała ta wupaWupa(więz.) więzienie. zaraz runie. Niewielu bukatówBukat(więz.) strażnik. przemknęło przez te wszystkie poziomy. Garstka, która ostała się przy życiu, dotarła do schodów na dwójkę. Wbiegli na nasz mieszkalny pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel., ale zatrzymali się – najwyraźniej trafili na dolną kratę i nie mogli jej w pośpiechu otworzyć. Pierwsza linia kamiennych bestii rozerwała ich wszystkich na strzępy, a żelazne pręty wyrwała z wielkim hukiem.

Wówczas już bez żadnego oporu biegliśmy naprzód przed siebie głównym korytarzem, a kamienna armia bestii dotrzymywała nam kroku. Na rozwidleniu, przed główną kratą przy schodach na górę zatrzymało nas czyjeś wołanie z lewej:

- Zatrzymajcie to albo kociak zginie!

Otworzyłem oczy. Byłem z powrotem w celi. Obudził mnie czyjś okrzyk. Spojrzałem za pręty krat. To był Ordin. Ordin A’Martern, bratanek MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik.. Przez kratę mierzył do mnie z kuszy.

- Ani drgnij, skokobrykuSkokobryk(więz.) dzieciak. – szczeknął ciszej w moją stronę, wzroku nie spuszczając z rozwidlenia.

- Ależ strzelaj śmiało! Toż to tylko chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.! – krzyknęła echem z głównego korytarza Ugaidi.

„Może i chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode., ale to dzięki mnie żyjesz”, pomyślałem wtedy. „Moje życie cenniejsze jest nad życie każdego z twej celi, onkiankoOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., nawet twoje własne”, dopowiedziałem w myślach, cytując słowa dawnego raisaRais(hur.) wódz.. Wreszcie pojąłem, o co mu wtedy chodziło! Wtedy, gdy zdradził Zinaę, by mnie bronić od pracy w kuźni. Nie wiem, skąd on wiedział, że miałem w sobie demona o tak wielkiej mocy, ale nawet Ordin w to uwierzył, skoro próbował cokolwiek wskórać, grożąc im moją śmiercią. A miałem niegdyś tyle wątpliwości, że Frei wszystko to sobie wymyślił...

I właśnie wtedy go zobaczyłem – pomiędzy nogami kamiennych bestii, co stały w korytarzu przed główną kratą. Tuż za jej prętami, pod ścianą kulił się przerażony Frei, ściskając w ręku pęk kluczy. No tak! Przybył mnie uwolnić, bym mógł zobaczyć słońce i gwiazdy. Taki był jego plan...

Tymczasem Ordin wciąż mierzył do mnie z kuszy, a kamienna armia wciąż stała z huriami w głównym korytarzu. „No, dalej!”, pomyślałem tylko. Nasi nie zdążyli nawet mrugnąć okiem. Dwa małe, kamienne, skrzydlate smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający. wystrzeliły z miejsca i w jednej chwili błyskawicznym susem dopadły Ordinowi do gardła.

Usłyszałem tylko klang zwalnianej cięciwy i świst rozpędzonego bełtu.

Potem widziałem jak te kamienne smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający. rozerwały na strzępy stalowe płyty zbroi Ordina, jak pożarły jego ciało. Potem widziałem jak Frei doskoczył do głównej kraty, blokującej naszym drogę na wyższe poziomy. Słyszałem jakieś głosy z oddali:

- Tępy karakanieKarakan(więz.) mały i niski więzień.! Co ty wyprawiasz?! Frei, ty zdrajco! – To pewnie bukaciBukat(więz.) strażnik. z wyższych partii schodów krzyczeli tak na swego pobratymca.

Potem widziałem... gdy krata stała już otworem i nasi biegli na górę... widziałem jak któryś z hurii zatrzymał się nad Freiem, jak... zamachnął się kilofem i wbił go w ciało tego bezbronnego chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode., po czym wyrwał z jego ręki... pęk kluczy... Frei był przecież po naszej stronie! Był po mojej stronie... Gdy patrzyłem, jak umierał... któryś z parowych golemów zachwiał się i... runął całym swym skalistym cielskiem na główną kratę... Aż iskrami sypało, gdy z ogromnym zgrzytem... giął sobą żelazne pręty, wyrywając niektóre ze ścian... Kamienny golem z łoskotem padł na ziemię... i rozpłynął się w powietrzu... Pozostał po nim zastęp pyłowych bestii, jakie swym złotem zalały cały korytarz...

Potem spojrzałem w dół... Klęczałem... Ręce i dłonie oblepione miałem jakimś złotym pyłem... Sierść – zalaną krwią, a z klatki piersiowej... wystawał mi bełt strażniczej kuszy... Z trudem podniosłem głowę. Za kratą celi stali... Chuma Sharia... Chuma Vijani... Chuma Ugaidi... Wpatrywali się we mnie... A ja... w nich... Powoli rozpływali się w powietrzu... Pozostawiali po sobie... chmury złotego pyłu... Nie mogłem... złapać tchu... wszystko ogarniała... wszechobecna... ciemność... Ostatkiem sił prze-






Część druga




Szedłem przez główną kratę, pogiętą i wyrwaną niemal z posad, i ruszyłem w górę, w kierunku ciepłego, żółtego światła. Biło ono z pochodni na schodach. Z trudem brnąłem przed siebie, myśląc o tym, ilu z naszych zostawiliśmy martwych za sobą. Wszystkie te ożywione kamienne stworzenia, jakie nam towarzyszyły, nagle rozpłynęły się w powietrzu, pozostawiając po sobie pył i piach. Zostaliśmy sami. Była nas ledwo garstka – niewiele ponad dwadzieścia jeden hurii przypis  Ciii... wszystko się wyjaśni w swoim czasie..

Wpadliśmy na jedynkę. Strażnicy najwyraźniej uciekli z Młyna, zresztą niewielu ich mogło pozostać żywych. Zdecydowana większość zbiegła przecież w pełnym rynsztunku tłumić nasz bunt. Rozdzieliliśmy się na kilka grup, szukając niedobitków. Ci, co byli z Radżą, moim dawnym raisemRais(hur.) wódz., poszli znaleźć i zamordować MłynarzaMłynarz(więz.) naczelnik.. Inni splądrowali spiżarnię pełną luksusowego mięsiwa, starczyło tego dla wszystkich. Ja wraz z kilkoma huriami z trójki i czwórki odnaleźliśmy kuźnię.

- Luźne stylisko! Cóż to ma znaczyć? – rzucił zaskoczony kowal, gdy wtargnęliśmy do środka. To był Bradach. Chekechea wiele mi o nim opowiadał. Brodaty barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. o twarzy pokrytej bliznami porzucił wykuwanie rozgrzanego do czerwoności miecza i zgodził się współpracować. – Jestem z wami, hurie – mówił nawet.

Pozbyliśmy się kajdan. Po tylu latach niewoli jakaż to była ulga!

Z pomocą kowala i jego narzędzi sforsowaliśmy bramę wejściową na końcu głównego korytarza. Łuna dziennego światła biła od strony schodów, w nozdrzach wirowała feeria niespotykanych nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe.. Po kamiennych stopniach wyszliśmy na otwartą przestrzeń najwyższego poziomu. Łapczywie wciągając świeże, chłodne powietrze, szliśmy przez kamienny las kolumn. Przez wielkie połacie niedokończonego, lub nawet niezaczętego jeszcze, stropu przebijała się jasność dnia. Zewsząd sterczały rusztowania, a wiele z filarów było ledwo zaczętych – zupełnie tak, jak w opowieści Vijani.

Dotarliśmy do drewnianych schodów, przylepionych do zewnętrznej ściany Młyna – tych, o których Chekechei opowiadał z kolei Bradach. Delektowałem się każdym krokiem. Nadeszło to, co przez tak wiele lat zdawało się niemożliwe. Byliśmy wolni!

rozdział

Byłem rozczarowany. Nie tego się wtedy spodziewałem. Ten kolorowy świat, jaki nas mamił przez te wszystkie lata i ze wszystkich sił zachęcał do ucieczki, okazał się naiwną ułudą. Ciepłe promienie słońca miały nas oblewać magicznym światłem, złotem malować miały te kolumnowe konary, gałęzie i rusztowania poprzyklejane w górze niczym gniazda wielkich ptaków. Szarość przeistaczać miały w pomarańcz, by tą z kolei przemieniać w czerwień. Zaś niezliczona horda kamiennych demonów i bestii ostrymi konturami wycinać miała w kamieniu coraz dłuższe czarne mozaiki cieni. Stąpać mieliśmy po miękkiej sierści zielonej trawy. Chekechea wierzył, że tak to właśnie będzie wyglądać, gdy już wyjdziemy; zresztą sam kładłem mu do głowy te farmazony, próbując przy okazji oszukać samego siebie. Zamiast po trawie stąpaliśmy po hałdach młyńskiego żwiru i gruzu; zamiast kolorowych promieni słońca było chłodno, szaro, ponuro i mokro.

Chociaż...

Niebo zasłaniały ciemne i gęste chmury, ale nas tak bardzo oślepiał ich blask, że aż mrużyliśmy oczy. Powietrze było tak świeże i tak rześkie, że wręcz się nim krztusiliśmy – tak bardzo byliśmy do niego nieprzywykli. Na sierści poczułem podmuch wiatru. Choć zimny był i wilgotny, miał w sobie coś... kojącego. Szum odległego lasu zdawał się być jakąś... muzyką, o której istnieniu zdążyłem dawno już zapomnieć. Napierający zewsząd bezkres nieograniczony z żadnej strony paraliżował, ale... jednocześnie odurzał jak najlepsze kileoKileo(hur.) huryjskie trupinium..

I wtedy zaczęło padać. Woda spadająca z chmur. Istny cud natury, pomyślałem sobie. Zacząłem ją pić prosto z nieba; zlizywałem z własnego nosa, była jak boski nektar! Strugami spływała mi po sierści – spływała i zabierała ze sobą młyńskie nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.. Jakże symboliczne.

Przedziwne było to pierwsze doświadczenie wolności. Infantylne rozczarowanie zderzyło się z nieoczekiwaną rozkoszą.

To, co robili inni, pamiętam jak przez mgłę. Gdy wyszliśmy na powierzchnię, nie było tam już nikogo. BukaciBukat(więz.) strażnik., którzy przeżyli szturm i zdołali się wycofać na górę, uciekli. Nawet figuryFigura(więz.) więzień funkcyjny. porzuciły swe zajęcia i też gdzieś umknęły, korzystając z okazji. Janga gdzieś się stracił, ale nikt nie widział, by umierał. Sharii też nie było. Większość tych, co pozostali z celi numer jeden, skupiła się wokół Ugaidi i Haramishy. Wraz z kilkoma huriami i huriankami z trójki i czwórki nie chcieli zostawać ani chwili dłużej. Mimo deszczu ruszyli pośpiesznie przed siebie, pragnąc odnaleźć utraconą ojczyznę. Reszta, skupiona wokół Radży, zdecydowała się wrócić do Młyna, by zabrać to, co mogło się nam jeszcze przydać.

Z jakiegoś powodu zostałem z nimi, acz tak w zasadzie to zastanawiałem się, co ja tam jeszcze robię pod ziemią? Gdy zeszliśmy na szóstkę, niemal nie zemdlałem, gdy zobaczyłem te wszystkie ciała. Ledwo trzymałem się na nogach, gdy słyszałem, jak szlachtują kolejnych z naszych, by skrócić im cierpienia.

- Przecież tak nie można! – wołał któryś. – Chcecie ich wszystkich tu zostawić na pewną śmierć?

OczewidnoOczewidno(więz.) oczywiście., że nie przypis  Czyli: oczywiście, że nie.! – zagrzmiał swym tubalnym głosem Radża, po czym wbił bukacki miecz w serce hidayiHidaya(hur.) dorosła hurianka. dogorywającej na ziemi w kałuży własnej krwi. – Dobijcie wszystkich ciurmakówCiurmak(więz.) strażnik. i tych z naszych, co nie pójdą o własnych siłach. Niechże tu nie skomlą!

Wszechobecny zapach krwi drażnił zmysły aż do bólu, zresztą w śliskiej mieszance huryjskiej i bukackiej farbyFarba(więz.) krew. brodziliśmy nawet i po skoki. BurtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. obdzierała martwych bukatówBukat(więz.) strażnik. z tych kawałków zbroi i broni, które mogły okazać się przydatne. Większość stalowych płyt była pogięta i podziurawiona przez te kamienne bestie, co nam wówczas pomogły. Spojrzałem w górę. Maszkarony przytwierdzone do filarów spoglądały na nas w bezruchu jak gdyby nigdy nic. Stałem tam oparty o ścianę, nie mogąc już patrzeć na to, co robili pozostali, ani tego słuchać. Być może to dlatego zagadnąłem wtedy do Radży:

- A martwi? Powinniśmy przenieść ich na powierzchnię i zorganizować ceremonię MaitiMaiti(hur.) rytuał pogrzebowy..

PrawilnaPrawilnie(więz.) naprawdę. nieumność! – odparł, wyszarpując z bukataBukat(więz.) strażnik. zdatny jeszcze naramiennik. – Nie ma na to czasu! PastuchyPastuch(więz.) strażnik., co nam wydębiłyWydębić(więz.) uciec., wezwą pomoc. Może dziś, może jutro będzie tu pełna szajbaSzajba(więz.) wojsko. przypis  To jest pełno wojska..

- Zatem ciała wszystkich tych hurii i hurianek mają tu zgnić, a ich demony mają się błąkać po tych lochach po kres dni?

- Ależ z ciebie jest frantFrant(więz.) głupiec.! Wygraliśmy starcie, ale jeśli zaczniemy się zajmować umarłymi, wnet podzielimy ich los. Przestańże tam robić za szpagataSzpagat(więz.) strażnik od rachunków., pardianiePardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., i śmigaj skoro do roboty!

- Śpieszno ci, by mordować bezogonówBezogon(więz.) człowiek.! Pragniesz zemsty!

- Ano śpieszno! Śpieszno nam wybić tylu, ile zginęło tu naszych, a jak sił starczy, to nawet i więcej! Trzeba wytrzebić ten ograniczony gatunek! Wybierzemy czułe punkty i tak w nie dźwiękniemy, że aż echo zahula. Jeśli trafimy w naprawdę czułe punkty i nie opuści nas fart, to lawiną rozsypią się te ich wsie, miasta i narody. Tylko tak ocalimy nasze ziemie za Wielką Wodą przed tą rozprzestrzeniającą się zarazą. Świat będzie piękniejszym miejscem, gdy wszystkich tych ludzi pogrzebie już ziemia!

Wtedy coś mnie tknęło i tak się mu postawiłem:

- Skąd ta pewność, że my jesteśmy lepsi od nich?

Radża zdziwił się tym zupełnie i spojrzał na mnie wnikliwie:

- Udam, że nie słyszałem tej zdradliwej obelgi – warknął. – Miej się na baczności i lepiej nie wchodź mi pod pióraPióra(więz.) pazury.!

Zagadnęła mnie jeszcze Fadhili, moja milcząca siostra:

- Gdzie pójdziesz? – pytała. – Nie ma już domu. BezogoniBezogon(więz.) człowiek. wycięli nasze lasy i wypalili nasze rewiry. Nie pamiętasz? Chcesz przeprawić się przez Wielką Wodę i tam wrócić? Przestańże żyć marzeniami, Ario.

Posępnie jej odparłem:

- Jakbym przestał żyć marzeniami, przestałbym żyć w ogóle.

Wtedy ostatni raz widziałem moją siostrę. Nigdy już jej później nie spotkałem. Nie poszedłem z nimi. Gdy odeszli, zostałem w Młynie sam.

Może tak było lepiej?

Zrobiło się tak cicho i pusto. Kolumny echem odbijały moje kroki, skwierczała tląca się jeszcze pochodnia, gdzieś w oddali dudniła kapiąca woda. Podszedłem pod celę numer jeden. Ciało tigriańskiego Chekechei leżało za jej kratami w kałuży krwi. Głęboko wbity bełt wystawał z klatki piersiowej. Rozejrzałem się. Nieopodal znalazłem rozszarpane szczątki bezogonaBezogon(więz.) człowiek. – kończyny miał oderwane od ciała, twarz zupełnie zmasakrowaną, ale po nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe. można było wyczuć, że był to Ordin A’Martern. Wszyscy od dawna życzyli mu takiego końca i cóż... ziściło się. Pęk kluczy, którym otworzyłem kratę z jedynki, znalazłem na poziomie bukatówBukat(więz.) strażnik. – porzucony przy głównej kracie na zewnątrz. Wyciągnąłem ten sterczący bełt, po czym przyklęknąłem obok martwego ciała Chekechei, by szepnąć mu na ucho:

- Bracie mój, tobie mówię, wstań!

Nie podziałało, oczywiście, ale warto było spróbować, pomyślałem... Zaniosłem jego ciało na górę, na najwyższy poziom. Wówczas już nie padało. Za pomocą liny, jaką znalazłem w lochachLoch(więz.) dziura, pomieszczenie mieszkalne strażników. na jedynce, wciągnąłem je na którąś z wyższych kolumn, jakie tam były, i przytroczyłem do rusztowania na jej szczycie. Było to może dwa i pół, może trzy metry nad posadzką, a jakiś metr nad poziomem gruntu. Dość improwizowana wyszła z tego ceremonia MaitiMaiti(hur.) rytuał pogrzebowy., ale nie miałem wtedy środków, by zorganizować to należycie przypis  Huryjski rytuał pogrzebowy nakazuje oddanie ciała zmarłego drapieżnym ptakom latającym na pożarcie poprzez pozostawienie go na ceremonialnym stosie lub drewnianej konstrukcji. Według huryjskich wierzeń, ptaki poprzez konsumpcję przejmują demona, który w tym ciele zamieszkuje. Gdy wzlecą w powietrze pod samo niebo, demon, będąc samemu nieśmiertelnym, ulatuje wyżej, ponad nasz świat. W ten sposób domyka swoją ziemską wędrówkę – od sfer najniższych, podziemnych aż do sfer niebiańskich. Hurie nie wierzą w odradzający się cykl życia. Są zdania, że demony jedynie tymczasowo zamieszkują ich ciała – pochodzą z głębin ziemi i, wzrastając na sile, starają się wędrować tylko w jednym kierunku – wzwyż, ku niebu – przyp. tłum.. Wziąłem ze sobą ciepłą derkę i trochę prowiantu, po czym wspiąłem się na inną kolumnę – tak by nie tracić z oczu ciała Chekechei. Ptaki zleciały się może po godzinie, może po dwóch. Był już ciemny wieczór.

W zasadzie do dziś nie jestem pewien, dlaczego to wszystko wówczas uczyniłem – przecież to był tylko chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.. Ale zżyłem się z nim. Był w Młynie moim najlepszym duetemDuet(więz.) przyjaciel.. I jedynym...

W nocy się rozpogodziło. Ciemne chmury, co zasłaniały niebo, przewiał wiatr, odsłaniając gwiazdy. Jaki to był cudowny widok! Byłem nim oszołomiony. Mam wrażenie, że nigdy już później nie widziałem tak bardzo rozświeconego nieba. Ten mały Chekechea może nie do końca tak sobie wyobrażał swoje UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy.. Ale właśnie się spełniało... na swój sposób. Miały być gwiazdy nad głową, no to były. To chyba wtedy wpadł mi do głowy kaprys, by przejść tę próbę zamiast niego – tak, jak tam byłem.

Jakaż szkoda, że nie mógł zobaczyć własnymi oczami tego świata, o którym tak bardzo marzył. Z tęsknoty za wolnością zaczął żyć we własnym świecie, w naiwnym świecie własnej wyobraźni. Z czasem przestał już odróżniać jawę od snu.

Urodził się w celi Młyna. Jakież to było nierozważne, by w tamtych warunkach decydować się na chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode., ale może czegoś tam nie wiem. Bliżej poznaliśmy się przez ścianę, gdy jeszcze byłem w dwójce, w mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. Radży – to było po tym, gdy rzuciłem się na strażnika w dzień śmierci Remby Roho, a bukaciBukat(więz.) strażnik. zamknęli mnie w kabarynieKabaryna(więz.) karcer. i stłukli tak mocno, że ledwo to przeżyłem. Kiedy w celi dochodziłem do siebie, zagadnął do mnie zza ściany. Wówczas był mi obojętny – wręcz trochę mnie irytował. Zmieniło się to dopiero wtedy, gdy dla kaprysu przenieśli mnie do jedynki, pod Jangę. Jakimś cudem znaleźliśmy z tym Chekecheą wspólny język. Co mnie zaskoczyło, zdawał się dostrzegać to, czego nie zauważali inni. Zaufałem mu i opowiedziałem o swoich spostrzeżeniach na temat Młyna, on – zwierzył mi się ze swych lęków i marzeń.

Od samego początku zostawiany był sam w celi na całe dnie, gdy my wszyscy szliśmy do tyrkiTyrka(więz.) praca. pod pokładPokład(więz.) posadzka na poziomie cel.. Z tej samotności wymyślił sobie, że odwiedza go nowy klucznik Młyna, Turam, przezywany przez pozostałych Tuflem albo drewnianą nogą. Fakt, pojawił się taki mniej więcej wtedy, gdy wetknięto mnie do karceru. Codziennie otwierał i zamykał kraty, ale szczerze wątpię, by każdego dnia schodził i przynosił małemu luksusową żywność. Po co jakikolwiek strażnik miałby to robić? Prawda, czasem było czuć pod jedynką mglistą sugestię zapachu wybornej kiełbasy, gdyśmy z tyrkiTyrka(więz.) praca. wracali do celi, ale przecież zmysły z wycieńczenia i nam płatały figle.

Z samotności wymyślił też sobie, że odwiedzała go mysz, że ją dokarmiał bomsemBoms(więz.) chleb. i oswoił. Ubzdurał sobie, że to jego siostra. Nigdy jej nie widziałem, ani nie czułem jej zapachu. Którejś nocy rzeczywiście trafił do jedynki jakiś zabłąkany gryzoń, ale to Zinaa go upolował, zabił i zjadł. Mały uroił sobie, że to była właśnie ta jego siostra oraz że ją wskrzesił siłą własnych myśli. Siłą własnych myśli miał też spowodować zawał za poziomie i zabić w odwecie Zinaę. Ten zdolny i urodziwy pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). rzeczywiście zginął przywalony gruzem i kamieniami, a Chekechea obwiniał się o jego śmierć.

No ale ta jego próba UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. z udziałem klucznika zamkniętego na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. jego własnymi kluczami była jak najbardziej prawdziwa, było o niej głośno; tak samo jak prawdziwe były jego nowe kajdany na nogach i rękach. Wątpiłem tylko w tego ludzkiego chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode., którego miałby spotkać tam na górze, i który potem miałby pojawiać się pod celą – raczej go sobie wymyślił. Co miałby robić ludzki chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode. wśród gromady wojskowych z dala od swej matki? Podczas szturmu nie czułem nigdzie jego nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe. ani nie znalazłem jego ciała. A jeśli już mowa o tej naszej ucieczce z Młyna, to cała ta historia o albińskim księciu i zmniejszeniu straży była wytworem jego chorej wyobraźni. Byłem tego pewien. Tylko nie wiedziałem, jakim sposobem skłonił Ugaidi, by w to uwierzyła i uznała za pewnik. Tak samo do dziś nie mam pojęcia, skąd się wzięła ta armia kamiennych bestii, tam w dole. Widzieli je wszyscy, bez nich strażnicy wybiliby nas co do jednego. Ten mały Chekechea miałby obudzić je do życia za pomocą jakiejś wrodzonej magii? To przecież niedorzeczne.

Przykryty derką przed chłodem podziwiałem z wysokiej kolumny ten kamienny las. Ten Młyn... Spędziłem w nim ogromną część mojego życia. Odniosłem wrażenie, że spośród wszystkich hurii i wszystkich bezogonówBezogon(więz.) człowiek. najlepiej zdołałem go pojąć. Choć po dziś dzień pozostał dla mnie tajemnicą bez odpowiedzi. Skąd się tam wziął, czym był, kto go zbudował i po co? A raczej: jaka siła tchnęła w niego życie i nakazała piąć się w górę?

To przedziwne miejsce pożarło łapczywie jakąś cząstkę mnie i już nigdy mi jej nie zwróciło. Część mnie pozostała tam już na zawsze. Raz uwięzieni pozostajemy więźniami do końca swych dni. Może dlatego tak trudno było mi się wówczas rozstać z Młynem...

rozdział

Obudził mnie oślepiający blask. Zdawał się palić moje oczy. Czułem ból. Myślałem, że umarłem. A to słońce było. Piękna, złota słoneczna tarcza, wychylająca się zza horyzontu. Jeszcze przez kilka tygodni moje oczy cierpiały z tego powodu – tak bardzo odzwyczajone od dziennego światła.

Zostałem tam na dłużej, na tej kolumnie. Podziwiałem błękit nieba, różnorodność chmur, majaczące w oddali góry, szybujące w powietrzu ptaki; napawałem się ciepłem słonecznych promieni, błogim lenistwem i brakiem strażników. Jakie to było szczęście wreszcie ich nie widzieć ani nie słyszeć. Oto wolność była!

Wyruszyłem dopiero pod wieczór. Prócz derki, jaką miałem ze sobą, niczego z Młyna nie wziąłem. Szedłem na Południe, a w tamtej części świata oznaczało to kurs na Dziób, może odrobinę na dziobową Sterburtę. Wschodzący księżyc Polemos swą krwistoczerwoną poświatą wskazywał mi kierunek, podczas gdy większy, zimnoszary Eirini, chyląc się już ku zachodowi, wciąż jeszcze intensywnie rozjaśniał moją drogę. Nie byłem pewien, dokąd właściwie zmierzam. Fadhili miała rację –na naszych dawnych terytoriach za Wielką Wodą najprawdopodobniej nie było już czego szukać. Wiem tylko jedno: tamtej nocy rozpocząłem podróż, która nigdy się nie skończyła; trwa po dziś dzień i trwać będzie. Tak być musi.

Na dziobową Sterburtę od Młyna szedł jakiś ubity trakt, widać było na nim ślady wozów i żelaznych butów. Pamiętacie, co mówił Radża? Po jednym lub dwóch dniach od naszej ucieczki miała się tam zjawić kohorta zbrojnych. Nie miałem pojęcia, czy w ogóle wysłano jakiekolwiek wojsko na tłumienie naszego buntu, ale wolałem go nie spotkać, więc na wszelki wypadek wszedłem w gęsty las. Tak zresztą łatwiej było upolować coś na ząb.

Pamiętam jak dziś smak drobnego królika, którego upolowałem tamtej nocy gołymi rękami i zjadłem zupełnie na surowo. Cudowne, dzikie, ciepłe jeszcze mięso. Dopiero wtedy stałem się w pełni wolnym hurią. Czułem jak nowy demon wypełnił moje ciało. Namęczyłem się, by go schwycić, jakbym nigdy w życiu nie podchodził zwierzyny! Gdy polowałem poprzednim razem, byłem ledwo chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode....

Jak to dobrze było zamienić kamienne drzewa na te prawdziwe! Zapach świeżej żywicy orzeźwiał mnie i pchał dalej przed siebie. Dniem i nocą szedłem niezmordowanie przez ten las. Przedzierałem się przez wysokie trawy, gęste zarośla, zapuszczone zagajniki, pnie powalone przez wichury, obrośnięte mchem i pnączami. Spałem niewiele, acz dogodnych gałęzi wśród koron drzew było pod dostatkiem. Po drodze, bez żadnej broni upolowałem jeszcze bażanta i jakiegoś porzuconego warchlaka; znajdowałem tropy lisa, wilka, jelenia i prawdopodobnie forrestera, do dziś nie jestem pewien. Ileż w tym lesie było życia, ileż zapachów, barw, dźwięków. Byłem nimi oszołomiony! Doświadczałem ich przecież po raz pierwszy w życiu. Było pięknie!

Dlaczego tam nie zostałem? Nie wiem. Coś pchało mnie naprzód. I wcale nie był to strach przed ludźmi.

Rankiem drugiego dnia mojej wędrówki dotarłem na skraj lasu. Teren przez całą noc, falując to w górę, to w dół, powoli wznosił się wyżej i wyżej – ewidentnie wspinałem się na jakieś wzniesienie. Drzewa ustąpiły miejsca niższym krzakom i zaroślom, odsłaniając szerokie zbocze, częściowo tylko porośnięte niską roślinnością. Wdrapałem się na grzbiet, a gdy rozejrzałem się tam, na górze, aż usiadłem z wrażenia.

Na dziobowej Sterburcie słońce ledwo co wyszło znad horyzontu zasłonięte jeszcze mlekiem poranka. Poniżej rozpościerała się równinna kraina – zza wschodzących mgieł wyłaniały się przytłumione barwy zielono-pomarańczowego futra lasów i nie mniej kolorowe skrawki gołej ziemi lub szorstkiej sierści pól, na których bezogoniBezogon(więz.) człowiek. zwykli uprawiać swoje zielsko. W promieniach słońca mieniła się odległa rzeka, przebiegająca slalomem przez to widowisko. Przede mną, w kierunku Dziobu, zbocze schodziło w głęboką dolinę jeszcze jednej rzeki, płynącej kręto z Bakburty na Sterburtę. Na Sterburcie wpływała do jakiegoś ludzkiego miasta, w oddali majaczącego zarysem swych murów. Zarówno rzekę, jak i miasto bezogoniBezogon(więz.) człowiek. nazywali Alm, później się o tym dowiedziałem. Po drugiej stronie doliny teren wspinał się na zalesione zbocze grzbietu, który zasłaniał mi dalszy widok na Dziób. Na Bakburcie grzbiet ten wchodził w wyższe wierchy, o żółtych w porannym słońcu, skalistych szczytach. Gdy odwróciłem się za siebie, w kierunku Rufy, zobaczyłem piękną, olbrzymią kotlinę okoloną w oddali wysokim pasem zaśnieżonych gdzieniegdzie gór, a wypełnioną gęstym lasem, niknącym w bajecznych mgłach. Gdzieś w tej puszczy, myślałem, musiał być Młyn. Nie było go jednak widać.

Zboczem ruszyłem w dół doliny. Wzdłuż rzeki biegła wąska ścieżka. Być może było to nieco ryzykowne, wszak wciąż kryłem się przed albińskim wojskiem, ale poszedłem tą ścieżką w dół rzeki po odkrytym terenie, nie mając nawet pojęcia, dokąd mnie ona doprowadzi. Chyba próbowałem za wszelką cenę odsunąć moment, w którym musiałbym zanurzyć się w tej lodowatej wodzie, by iść dalej na Dziób.

Opłaciło się. Minęło może pół godziny, może mniej, gdy dostrzegłem zawieszony nad rzeką drewniany most. Wybawienie! Mostem poprowadzono szeroką drogę, idącą mniej więcej z Rufy na dziobową Sterburtę. Do drogi tej nieco powyżej brzegu dobijała ta ścieżka, którą szedłem.

Już wcześniej nieraz zastanawiałem się, co zrobię, gdy kogoś spotkam? Będę kogoś udawać? A może lepiej mówić prawdę? W ogóle jak długo miałem się tak ukrywać? Nieraz żałowałem, że nie poszedłem z Radżą. Nie miałem wówczas bladego pojęcia o albińskim świecie – wiedziałem jedynie to, co usłyszałem od Chekechei, co jemu z kolei opowiedział klucznik Turam. Na ile było to wiarygodne, na ile zmyślone – mogłem jedynie zgadywać.

Wówczas, gdy podchodziłem bliżej, w oddali, po drugiej stronie rzeki dostrzegłem pod słońce jakiś kształt. Nie było się gdzie schować, same trawy i mokry żwir. Dość nieroztropnie zdecydowałem, że wyjdę kształtowi na spotkanie, przystanąłem przed mostem, na poboczu. Ślady wyryte w ziemi obręczami kół, głębokie odciski kopyt i butów oraz wszelkiej maści, mieszające się ze sobą świeże nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. i nukiNuki(hur.) ślady zapachowe. obwieszczały, że trakt ten był mocno uczęszczany.

Kształt okazał się być zwykłym wozem ciągniętym przez dwa iakki. Opatulony w pelerynę woźnica obserwował mnie bacznie spod ronda swego kapelusza, gdy mnie mijał. Wiózł całą masę drewnianych skrzynek, beczek, jutowych worków, jakiś kufer. Gdy to wszystko przemknęło obok mojego nosa, cały bukiet krzyczących zapachów obwieścił mi zawartość: ogrom solonych ryb, sporo alkoholu, trochę suszonego mięsa, wędlin, sera, oliwy. To mogło być zaopatrzenie Młyna, pomyślałem. Gdy wóz przejechał, woźnica wstał jeszcze z kozła, obejrzał się na mnie z obrzydzeniem i pogonił iakki – pilnował pewnie, bym mu się nie dosiadł albo czego nie zwinął. Miałem na to ogromną ochotę, nie powiem, ale powstrzymałem się. BurtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Radży połknęłaby pewnie taki smaczny kąsek w całości – wraz z iakkami i bezogonemBezogon(więz.) człowiek. w ramach deseru.

Wtedy spojrzałem na siebie. Moje postrzępione, brudne, oblepione pyłem i najgorszymi nukamiNuki(hur.) ślady zapachowe. kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany. nie mogły wzbudzać przychylnych reakcji. Przez tyle lat w Młynie tak bardzo mi przeszkadzały, a po wyjściu na wolność zapomniałem, iż mam je na sobie – jakbym do nich przyrósł. Na kilometr przecież manifestowały swym zapachem, że zbiegłem z jakiegoś więzienia. Jak mogłem wcześniej tego nie poczuć?

Podszedłem nad brzeg i tam zerwałem z siebie te cuchnące szmaty. Z ulgą obserwowałem, jak płyną z prądem w dół rzeki. Dalej jednak czułem wszędzie ich odór, który tak nagle zaczął mi przeszkadzać. W amoku pozbyłem się więc i derki, również przesiąkniętej młyńskim zapachem, którą okrywałem się przez ostatnie noce. Nieznośny smród trwał nadal. A to sierść moja była! Tak dalece wżarł się w nią Młyn, że miałem ochotę wyskoczyć z własnej skóry! Nie mogłem wytrzymać z samym sobą już ani chwili dłużej! Na samą myśl o wylizaniu z tych nukówNuki(hur.) ślady zapachowe. całego futra zbierało mi się na wymioty. Rozwiązanie było jedno.

Spiąłem się w sobie i jednym susem wskoczyłem do tej lodowatej wody. Zanurzyłem się od wibrysów po czubek ogona. Nie była to jakaś rwąca rzeka, ale prąd i tak mnie porwał i wytarmosił o kamienne dno. Myślałem, że tam utonę! Wyszedłem z wody na drugim brzegu. Cóż. Jak się okazało, most w ogóle nie był potrzebny. Młyński zapach przepadł. Znów odniosłem to wrażenie, że dopiero wówczas stałem się naprawdę wolny.

Wówczas nie miałem przy sobie absolutnie niczego. Nie istniało już nic, co by łączyło mnie z poprzednim życiem. Mogłem zacząć nowe! Każdy fragment mojego ciała jęczał z bólu i chłodu, ale czyż tego samego nie doświadczają chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode. w chwili swych narodzin? Ruszyłem prosto na Dziób, wspiąłem się na jakiś pagórek, z którego dobrze widać było most oraz drogę, przycupnąłem pod jakimś samotnym drzewem i oddałem się myciu. To był pierwszy raz od wielu lat, gdy nie musiałem się z tym śpieszyć. Powoli i z namaszczeniem zastępowałem rzeczny zapach moimi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe.. Nareszcie zaczynałem pachnieć tak jak trzeba.

Ciepły, jesienny dzień sączył się leniwie. Obserwowałem sunące po drodze wozy, ludzi maszerujących samotnie, w grupach bądź ciągnących za sobą iakki, highcattle lub mambulle. Te ostatnie to różne gatunki bydła, jakie bezogoniBezogon(więz.) człowiek. hodują w swych zagrodach dla mięsa, mleka, skór i futra. W którymś momencie dnia, jakoś niedługo po południu, zza wzgórza wyszła kolumna zbrojnych. Przyczaiłem się aż w trawach, choć i tak byli o wiele za daleko, by mnie dostrzec. Szli na Rufę w trzech grupach – w każdej po kilkanaście ciężkozbrojnych żołnierzy piechoty. Czyżby to było to wojsko, o którym mówił Radża – to, które miało spacyfikować nasz bunt w Młynie? Za daleko byłem, by słyszeć, co mówili między sobą.

Pod wieczór tamtego dnia, gdy słońce chyliło się ku zachodowi, zbudził się we mnie głód. Oprócz tego zrobiło się chłodno i wilgotno – aż przez chwilę żałowałem, że tak pochopnie pozbyłem się tej ciepłej derki. Ruszyłem przed siebie na dziobową Bakburtę.

rozdział

Wszedłem w las, ale nie udało mi się niczego upolować. Znajdowałem tylko tropy i to niezbyt świeże. Rzuciłem się w pościg za jakimś lisem – tropiłem go chyba z pół godziny i nic z tego nie było. Chłonąłem jego nukieNukie(hur.) ślady zapachowe., ale nie dopadłem go. Umknął mi i schował się w głębokiej norze – on i ta jego ruda szkitaSzkita(więz.) ogon.. Do tego zaczął siąpić deszcz. Była późna noc, gdy wyszedłem z lasu na otwarty teren. Natrafiłem na drogę, być może tą samą, którą obserwowałem poprzedniego dnia – wyczułem w ziemi drobną sugestię podrdzewiałej stali i przepoconych wojskowych kaftanów. Takie nukiNuki(hur.) ślady zapachowe. po tylu latach w Młynie były trudne do pomylenia z czymkolwiek innym nawet wtedy, gdy padało. Poczułem wówczas coś jeszcze: wapno. Dobrze pamiętam, jak pachniało – gdy stawialiśmy górne pokładyPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. Młyna, byliśmy umorusani w murarskiej zaprawie po łokcie. Podążyłem za tropem.

Niedaleko od drogi stało samotnie wśród pól wiejskie obejście – kilka zbudowanych obok siebie ceglanych budynków krytych strzechą. Zakradłem się do tego z nich, z wnętrza którego ulatniały się zwierzęce nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.. Ktoś zostawił otwarte drzwi, wdarłem się więc do środka. Zamknięta ścianami przestrzeń przypominała mi młyńską celę, choć przecież pomieszczenie to było znacznie przestronniejsze – ze trzy albo cztery razy większe; sporo też wyższe. No ale pod dachem przynajmniej nie padało; całą sierść miałem doszczętnie przemoczoną! Nim moje oczy się przyzwyczaiły do ciemności, słuch schwycił kilka iakków, dyszących niespokojnie ze swych boksów; zaś węch natrafił na kilka klatek z zającami. Wymacałem, że zamknięte były na najzwyklejszy, drewniany skobel. Nic prostszego: otwarłem, pochwyciłem jakąś niezbyt okazałą, wystraszoną kulkę sierści, skręciłem jej kark i zjadłem na surowo na jakiejś stercie siana w rogu pomieszczenia. Marne, chude, hodowlane mięso. Potem miałem tylko nadzieję, że przez to nie przypałętał się do mnie jakiś tchórzliwy demon, bo wówczas z głodu nie zwracałem na to większej uwagi. Połknąłem na deser jeszcze jednego zająca, umyłem się szybko i pomimo wciąż żywo zaniepokojonych iakków i tego ostrego siana, z którego uczyniłem sobie posłanie, zmógł mnie głęboki sen.

Obudziły mnie ostre promienie wschodzącego słońca. Wpadały do wnętrza przez szparę uchylonych drzwi. W słupie jaskrawego światła stała jakaś niewysoka postać, a kontur jej sylwetki i bujnej, długiej grzywy jaśniał w tym blasku na złoto. Po chwili dostrzegłem, że wpatruje się we mnie i to... z przerażeniem. Ostrożnie podniosłem głowę i rzuciłem po albińsku:

- Cześć, człowieku!

BezogonBezogon(więz.) człowiek. wrzasnął cienkim głosem i co sił w nogach umknął na zewnątrz. Pewnie go wystraszyłem, zresztą czułem to po nukachNuki(hur.) ślady zapachowe.. Zaś po nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe. czuć było, że to raczej... ona, a nie on. Najwyraźniej natknęła się na mnie jakaś albińska chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.. Przypominać to pewnie musiało pierwsze spotkanie z Freiem, o którym mi opowiadał w Młynie nasz mały tigrianTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii..

Zdążyłem tylko wstać i zejść na ziemię ze sterty siana, a z wielkim hukiem wpadła do pomieszczenia jakaś ogromna albińska hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka., oślepiając mnie światłem dnia. Była potężnej budowy, nogi miała jak pnie drzew, w grubych rękach ściskała siekierę, a jej oczy przepełniała żądza mordu. Pomyślałem, że to pewnie matka tej chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode., która to swoją drogą chowała się wówczas za spódnicą swej rodzicielki.

- Czego tu szukasz? – wypaliła hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. w moją stronę głosem, który mógłby burzyć mury.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Z wrażenia zapomniałem, co ja tam w ogóle robiłem. Przyszło mi do głowy tylko to:

- Szukam... smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający..

- Szukasz... smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.? W naszej oborze? I pewnie sprawdzałeś, czy ich nie trzymamy razem z naszymi zającami? – spytała podirytowana albinka, wskazując dwie otwarte przeze mnie klatki.

- Mamusiu! – zapiszczała chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.. – On przecież je pożarł! Ten potwór pożarł pana Dum i pana Dei!

- To nie potwór, Wildo, to huria. Taki duży kot – wyjaśniła hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka., nie spuszczając ze mnie wzroku. Następnie zwróciła się już do mnie, zaciskając dłonie na siekierze: – To prawda? Zjadłeś nasze zające?

- Byłem głodny, ale... – próbowałem jakoś ratować moją sytuację – ale nie były zbyt smaczne, jeśli was to pocieszy. Zresztą jeden został.

- To pan Moggel! – pisnęła z wyrzutem w głosie Wilda.

- Tylko spokojnie, nikt nie ma złych zamiarów – artykułowała hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka., gestykulując siekierą. – Nikt tu nikogo nie będzie zjadać. Czego ty chcesz? Jesteś głodny?

Pokiwałem po albińsku głową.

- Dobrze więc – powiedziała. – Przejdziemy teraz do kuchni. Tylko bez gwałtownych ruchów!

Tak trafiłem do drugiego budynku. Był trochę większy, w ścianach miał okna, wokół rosły kolorowe kwiaty. Drzwi, przez które mnie prowadziła, były niższe i węższe od tych z obory. Ewidentnie nie wprowadzali tamtędy iakków. Tuż za progiem uderzyła mnie chmura różnorodnych zapachów – zioła mieszały się ze zgnilizną, alkohol z rozkładem, wędliny ze zwierzęcymi odchodami, a wszystko to przesiąknięte było ludzkimi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe. i nukamiNuki(hur.) ślady zapachowe. przypis  Przebywając tak długi czas wśród hurii, nauczyłem się odróżniać od siebie poszczególne składniki zapachów, dostrzegać subtelne różnice między nimi i poprawnie je nazywać w huryjskim narzeczu. Naszemu językowi wciąż brak określeń, by precyzyjnie przełożyć wszystkie te nazwy, ale zdecydowałem się próbować oddawać choćby tylko w przybliżeniu ich znaczenie – choćby schematyczne i nieporadnie. Węch jest dla hurii tym, czym dla nas są nasze oczy. Zbyt późno uzmysłowiłem sobie, jakże uboga staje się ta opowieść, gdy pomijam w niej wszystkie te zapachy, o których mowa – przyp. tłum. . Kuchnia okazała się być niewielką izbą przesyconą wilgocią, spalenizną i zapachem dorodnego grzyba, ale ze względu na duże, otwarte palenisko na jednej ze ścian było tam znacznie cieplej. HidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. odprawiła swoją córkę, zaś mnie posadziła za drewnianym stołem i postawiła przede mną miskę jasnej, ciepłej breji.

Było w niej sporo iakkowego mleka, trochę tłuszczu, drobne, chrupiące kawałki smażonego mięsa, a całe dno miski wypełniały jakieś miękkie, napęczniałe nasiona. W zasadzie nic specjalnego, ale wówczas, po młyńskim wikcie, zdawało mi się, że jem jak król! Błyskawicznie wszamałemSzamać(więz.) łapczywie jeść. całą porcję, a gdy domagałem się kolejnej, hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. sprawiała wrażenie uradowanej. Skończyło się na trzech – ostatnią wlała mi prosto z kociołka, jaki podgrzewał się nad ogniem.

- No, dość już zjadłeś. Nie mam więcej – rzuciła, gdym skończył. – Jesteś zatem łowcą smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.?

­- Między innymi – odparłem, samemu nie wiedząc, czy w to brnąć.

- Dobrze ci z oczu patrzy. Ale gdzie twój miecz? I tarcza? I stalowa zbroja? I rączy kazar? Taki z ciebie łowca smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający. jaki ze mnie erabski kalif! Jesteś zwykłym złodziejem, prawda?

- W żadnym razie! Albińskie wojsko pochwyciło mnie i wtrąciło do więzienia. Przeszło dwadzieścia jeden lat temu. Ledwo co zdołałem stamtąd uciec.

- Zabiłeś jakiegoś człowieka?

- Nie.

- To pod jakim zarzutem cię uwięzili?

- Chyba wystarczyło jedynie to, że mam sierść i ogon.

Albinka pokiwała tylko głową i skwitowała:

- Taki już los hurii... Potrzebujesz zatem schronienia. Przynajmniej do czasu aż przestaną cię szukać. Masz jakieś piętno?

- Piętno?

- Znak wypalony w skórze rozżarzonym metalem. Zaznacza się w ten sposób iakki i inne zwierzęta, aby było wiadomo, do kogo należą. Mogliby cię po tym poznać. Masz coś takiego?

- Nie mam. Nie jestem iakkiem!

- Wierz mi, że dla wielu ludzi nie ma żadnej różnicy. Własność to własność. Za takiego iakka albo huryjskiego niewolnika można dostać na targu mnóstwo pieniędzy. A znakowanego piętnem sprzedać już trudniej.

- Sprzedajecie nas na targach? Jak... przedmioty? Jak... towar? – robiło mi się niedobrze, bynajmniej nie z powodu albińskich praktyk handlowych, to musiało być coś w tej zupie, którą mi podała.

- Skądeś się urwał, że się temu dziwisz?

Wtedy poderwał mnie na krześle szczęk otwieranych drzwi z holu. Ktoś wszedł z zewnątrz, tupiąc głośno butami. Wśród świeżego zapachu błota, trawy i żywicy dominował swąd nieświeżych, przechodzonych nukówNuki(hur.) ślady zapachowe., któremu nieśmiało towarzyszyła też sugestia męskich nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe..

- W samą porę, Carstenie! – zakrzyknęła albinka.

- Nic dziś nie mam – odparł mężczyzna przez ścianę. Sądząc po nukachNuki(hur.) ślady zapachowe. zdejmował właśnie buty. – Wojsko wszystko płoszy – dodał.

- A ja owszem! Mam! Chodź prędko, to zobaczysz!

Zaczęło mi się kręcić w głowie. Wszystko było jasne. Ta sprytna hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. zatruła czymś zupę i podała mi ją do wszamaniaSzamać(więz.) łapczywie jeść., by mnie obezwładnić, zawieźć na targ i sprzedać z zyskiem. Brzuch przewracał mi się do góry dnem. Gdy mężczyzna wszedł do kuchni, jakaś wewnętrzna siła targnęła mną i wyrzuciła ze mnie całą zawartość mojego żołądka, która z impetem rozbryzgała się na posadzce. Poczułem nawet pewną ulgę.

- Istotnie spektakularne – podsumował Carsten, patrząc to na podłogę, to na resztki jedzenia, które odbiły się rykoszetem i trafiły w jego spodnie. – Znalazłaś kogoś, komu nie brak odwagi, by tak wylewnie skrytykować twoją owsiankę.

Był to wątłej postury albin, twarz zarastała mu siwiejąca gdzieniegdzie szczecina, grzywę miał krótką i przerzedzoną, policzki zapadnięte, a oczy tak głęboko osadzone, aż można było odnieść wrażenie, że ktoś wetknął mu je siłą w głąb czaszki. Patrzeliśmy tak na siebie przez chwilę. Dzieliły nas jakieś dwa metry i ten wielki kleks nadtrawionej owsianki na posadzce.

- Jesteś uciekinierem z tej kopalni na Rufie? – zapytał wprost.

Pokiwałem głową.

- Zostanie u nas – stwierdziła twardo hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka.. – Potrzebuje schronienia. Szuka go wojsko.

- Dobrze, Ricardo – zgodził się Carsten. Zdecydowanie to nie on był raisemRais(hur.) wódz. w tej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., a ona. – Ale nie tylko jego szukają. Wczoraj szli zbrojni z Warenfortu, by odszukać i pojmać kilkudziesięciu huryjskich niewolników, co uciekli stamtąd przed kilkoma dniami i rozpierzchli się po okolicy. Te hurie wyrżnęły w pień niemal całą załogę strażników!

- Ten nikogo nie zabił. Znajdziemy mu jakiś kąt. I to tutaj, w domu, nie w oborze. To łowca smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.!

Mężczyzna nie myślał nawet się spierać, zagadnął tylko do mnie:

- Jak do ciebie mówić, hurio?

- Aria – odparłem. – Tak mam na imię.

I tak mnie przygarnęli do swego domu. Wcale nie wywieźli na targ, by mnie tam sprzedać. Jeszcze tego samego dnia zorganizowali mi miejsce do spania w niewielkiej komórce za kuchnią – to znaczy jak już posprzątałem po sobie posadzkę. Pachniało tam zbutwiałym drewnem, zgniłymi owocami i odchodami korników. Nie było okien. Światło wpadało przez szczeliny w deskach, zaś jedna ze ścian była w całości z kamienna – był to bowiem tył kuchennego paleniska. Wymarzone miejsce na własną kojęKoja(więz.) prycza.! Wtulony w kamienie i stary siennik upajałem się bajecznym ciepłem, mrucząc z rozkoszy. Myślałem sobie, że musieli mnie uznać za kogoś okrutnie ważnego, skoro oddali mi do dyspozycji swoje najlepsze pomieszczenie...

rozdział

Byli dla mnie nad wyraz życzliwi, acz chyba z tydzień trwało, nim zrozumieli, że huriom nie służy owies i inne zboża. Z trudem przełknęli fakt, że trawię tylko mięso, jaja kobudów i iakkowe mleko. By mi dogodzić, podawali mi nawet wędzoną wołowinę i wieprzowinę – pachniały wyśmienicie, ich smak był iście genialny, lepszy nawet od tych luksusowych kiełbas z młyńskiej spiżarni bukatówBukat(więz.) strażnik., którymi najedliśmy się podczas ucieczki. Tęskniłem jednak za dzikim mięsem. Nie byli w stanie tego zrozumieć.

Na moje szczęście Carsten był myśliwym i czasem przynosił jakieś zwierzę, pachnące jeszcze wolnością. Jego łowiectwo ograniczało się do zastawiania w lesie sideł na drobne ptactwo oraz żelaznych, sprężynowych potrzasków na dziki, wilki i jelenie. Już trzeciego poranka zgodził się, bym z nim poszedł. Niczego wówczas nie przynieśliśmy, ale od tamtego dnia wspólne polowania stały się naszą małą tradycją. Pokazał mi jak strzelać z łuku, choć z racji wieku samemu nie miał do tego już oczu ani zręczności. Ja uczyłem go o zwierzęcych nukachNuki(hur.) ślady zapachowe. i nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe., o tropach, o śladach, o podchodzeniu, o własnym zapachu i kamuflażu. Nic ponad zupełne podstawy, które nawet dla was, chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode., są zupełnie oczywiste, a o których on, albiński łowca, nie miał zielonego pojęcia.

Prace, które wykonywałem wraz z Ricardą, były znacznie mniej atrakcyjne. Szykowaliśmy paszę dla zwierząt, karmiliśmy je, doglądaliśmy, podbieraliśmy jaja kobudom. To prawda – była to zwykła, beznadziejna i dołująca hodowla, ale wówczas, świeżo po przeżyciach w Młynie, tak na to nie patrzałem. Zajęcy okazało się być więcej niż początkowo myślałem – klatki z samiczkami trzymali w drugiej części obory, a ja uśmierciłem dwóch z trzech rozpłodowych samców. Wilda ciągle była na mnie za to obrażona. Wszystkie zające były pod jej opieką. Rozpoznawała je po umaszczeniu sierści, dla każdego miała inne imię. Szczątki pana Dum i pana Dei, których pożarłem, zagrzebała w ziemi pod drzewem koło domu, urządzając im coś na kształt albińskiego pogrzebu.

Wilda wyprowadzała też iakki na pastwisko i doglądała ich tam. Ja w tym czasie miałem sprzątać ich boksy. Iakkowe nukiNuki(hur.) ślady zapachowe. paskudnie wżerały mi się w futro, potem musiałem porządnie się wylizywać. Gdy któregoś dnia pod wieczór wprowadzaliśmy je z powrotem, zauważyłem w boku jednego z iakków jakąś zmianę w sierści. Był to symbol koła i kilku kresek. Zaraz sprawdziłem pozostałe zwierzęta – miały identyczne znamiona w tych samych miejscach.

- To przecież nasz znak – odburknęła Wilda, gdy ją o to zapytałem. – Wypalamy je w skórze zwierząt rozżarzonym do czerwoności metalem, aż syczy i dymi! Tobie też powinniśmy taki wypalić! – dorzuciła, zaciskając ze złości zęby. – Jesteś przecież nasz!

- Nie jestem wcale wasz! Wybij to sobie z tej tępej głowy! – syknąłem. – I lepiej dobrze obejrzyj swoje własne ciało! – dodałem.

W odpowiedzi wybałuszyła oczy, pokazała język i cała zła wybiegła z obory. Do dziś trudno mi zrozumieć wszystkie te ludzkie gesty.

Spojrzałem na iakka. Czyli tak wyglądało to piętno, o które pytała mnie niegdyś Ricarda. Ta hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. wcale nie była tak wspaniałomyślna dla swego bydła, jak mi się wcześniej wydawało. Własność to własność. O nie! Nie pozwoliłbym dać sobie zrobić czegoś takiego! To przecież coś jak tatuaż – tyle że taki, co zostaje już na całe życie! Niedorzeczne ograniczenie własnej wolności! przypis  Huryjskie tatuaże manifestują przynależność do stada lub pełnioną funkcję. Ani jedno, ani drugie nie jest określone raz na zawsze, toteż i tatuaże nie mogą być wieczne. Hurie, o czym pisałem już wcześniej, barwią włosy, a nie skórę. Z czasem naniesiony wzór blednie i znika zupełnie, umożliwiając zmianę stada lub funkcji – przyp. tłum.

Innego dnia miałem za zadanie przyrządzenie paszy dla świń (świnie trzymali w małej przybudówce, do której wchodziło się przez oborę). Miałem mieszać w kociołku gotujące się warzywa. Zleciła mi to Ricarda, sama zajęła się czymś w domu. W pewnym momencie, gdy tak mieszałem tę gęstą breję, poczułem w powietrzu jakieś nieznane mi ludzkie nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.. W domu był ktoś jeszcze. Wyszedłem z kuchni, by się rozejrzeć. Nos doprowadził mnie po schodach na poddasze domu, nie było mnie tam wcześniej. Na górze były dwie pary drzwi. Z jedynych, które były otwarte, dobiegały jakieś pomruki i szurania. Podszedłem ostrożnie. Wewnątrz pomieszczenia była Ricarda, nachylała się nad łóżkiem, w którym był... jakiś chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode.. Miał dziwny, jakby nieobecny wyraz twarzy.

- Co tu robisz, Ario? – zagadnęła do mnie zaskoczona hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka., gdy zorientowała się, że się przyglądam jej i temu chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode..

Nic nie odpowiedziałem, ale zrozumiała, o co chciałem zapytać.

- To Ignatz, mój syn – wyjaśniła.

- Jest chory? – zapytałem.

- Chory. Nieuleczalnie. Nigdy nie wstanie z łóżka. Kiedyśmy mu urządzali rytuał stania, by mu imię nadać, to musiały go chłopy trzymać w pionie. Nigdy się nie usamodzielni. Nie będzie nawet mówić.

- Nie możecie z tym nic zrobić?

- Nic. Medycy byli bezradni. Musimy się nim opiekować.

- Nie możecie go po prostu zjeść?

- Co?

- Zjeść. Pozbyć się. Zostawić na skraju lasu. Cokolwiek.

Albinka zdumiała się tak bardzo, że aż zaniemówiła. Dopiero po chwili zagrzmiała tym swoim potężnym głosem:

- To... nieludzkie! Skąd ci to przyszło do głowy?

- U nas tak się robi. To nic strasznego.

- Nic strasznego? To przerażające!

- Nie rozumiem.

- Chcesz mi powiedzieć, że u hurii chore i kalekie dzieci się zjada lub zostawia w lesie?

- Tak.

- To barbarzyństwo przypis  Zaiste, to istne barbarzyństwo! Co zaskakujące, wszystkie te młode, które co noc się tu temu przysłuchują, pozostają zupełnie niewzruszone; żadne nie protestuje – przyp. tłum.! Ludzie nie zabijają swoich dzieci!

- W tym tkwi problem. Ludzie wolą zabijać się nawzajem, gdy dorosną. To dopiero marnotrawstwo! Gdzie tu sens?

- Wojny i zabójstwa to co innego. – Ricarda próbowała zebrać myśli i jakoś mnie przekonać do swojego światopoglądu. – A skąd wiemy, czy nie stanie się cud i taki mój Ignatz nie wstanie kiedyś z łóżka i nie wyrośnie na geniusza, który ulepszy ten świat?

- To próżne gdybanie! – odparłem niewzruszony. – A skąd wiecie, czy nie byłoby geniuszem to dziecko, na które się nie zdecydowaliście, bo ciężarem jest wam już to jedno? Zdrowe ma większe szanse stać się kimś wielkim niż chore, a poza tym nie trzeba się przy nim tyle narobić!

- Przecież dzieci to dar od bogów! Jak moglibyśmy go odrzucić?

- Dar od bogów? – zapytałem zdziwiony, spoglądając to na Ignatza, to na Ricardę. – To macie chyba jakichś złośliwych bogów... Naprawdę nie wiesz, skąd się biorą dzieci, czy tylko udajesz?

Ricarda była tym zupełnie zażenowana. Otwierała i zamykała usta, nie wiedząc, co powiedzieć. Z lekkim obrzydzeniem patrzyła na mnie i kręciła głową. Wtem zaniepokojona pociągnęła nosem:

- Warzywa! – zakrzyknęła. – Miałeś ich pilnować!

Zadziwiające, że pierwsza poczuła zapach spalenizny. Zbiegliśmy do kuchni. Połowa paszy dla świń była tak przypalona, że trzeba było ją wyrzucić na kompost. Nie wróciliśmy już nigdy do tematu Ignatza, a mnie nie przestało dziwić, że Ricarda całymi godzinami się nim opiekowała – karmiła go, myła, przebierała, zmieniała mu pościel, opowiadała mu jakieś historie... Ludzie poświęcają swoim chekecheomChekechea(hur.) huryjskie młode. tak wiele czasu, że nie starcza im go dla siebie! Nie mają ani chwili nawet na sjestę! Niekiedy to nie mogłem zgadnąć, po co oni w ogóle żyją?

Jeszcze innego dnia, może jakiś tydzień po moim przybyciu, gdy wszyscy wspólnie jedliśmy obiad przy kuchennym stole, rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi. Ricarda poderwała się, by otworzyć. Do domu wtargnęli zbrojni.

- W imieniu Imperium Terahandearu – dudnił jeden z nich – prosimy o uzupełnienie prowiantem naszych zapasów. Wędliny, mięsiwa, chleb, ziemniaki, pasza dla stenów, co tam macie.

Podenerwowana Ricarda wbiegła do kuchni, by pośpiesznie zebrać ze spiżarni jakieś jedzenie; zbrojny wszedł za nią i stanął w drzwiach, kiwając nam głową na powitanie. Nagle ryknął w naszą stronę:

- Stać! A ten kot, to co? – wskazał na mnie, sięgając już po broń.

- Mamy go od początku lata, to nasz niewolnik – odparła Ricarda bez najmniejszego nawet zająknięcia.

„Co? Mam być niewolnikiem?”, pomyślałem sobie. Jak to? To po to odzyskałem przed chwilą wolność, by znów służyć bezogonomBezogon(więz.) człowiek.? To jakieś kpiny! Ale przecież, tak w zasadzie, już nim się stałem. Dobrze chociaż, że nie miałem na sobie kajdan...

- Niewolnik? – zdziwił się żołdak. – I je z wami przy jednym stole? Tak zupełnie nagi? A gdzie ma obrożę?

- Zdjęliśmy mu, bo go w szyję obcierała – zełgała kobieta, oddając w żelazne łapska całe naręcze aromatycznych wieprzowych kiełbas.

- To niedorzeczne! Niewolnik musi mieć obrożę. Inaczej jak byśmy poznali z daleka, że jest czyjąś własnością? I ubierzcie go w coś, dzieci patrzą! – Pokręcił głową zniesmaczony. – Strzeżcie się! Niedaleko stąd, na Rufie, grasuje banda uzbrojonych kotów. Uciekli z pobliskiej kopalni i plądrują samotne farmy, mordują ludzi i chowają się po lasach. Są skrajnie niebezpieczni. Na drodze z Borwoldu napadli na wóz samego księcia Herrhausena, najwyższego naczelnika Banku Albińskiego. Zaszlachtowali go i wybili całą jego obstawę przypis  Zabójstwo księcia Herrhausena zdarzyło się naprawdę – 34 dnia Krionii 22 cyklu – zob. Paul Bruckenbaum: Historia Ekonomii. Teriegard, nakładem Banku Albińskiego, rok pierwszy 90 cyklu, s. 61. – przyp. GE.. To okrutny cios dla imperium. Okrążymy ich i wybijemy w pień. Tu, w Hof bel Mond, powinniście być bezpieczni. Chociaż akurat wasza chata jest tak na uboczu wsi, że radziłbym mieć psa.

Aż zamarłem, gdy usłyszałem te wieści. To przecież była burtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Radży! Na pewno! A ten książę to przecież ten sam, o którym słyszałem od Chekechei – jego wymyślony przyjaciel, Frei, mówił mu, że ten cały Herrhausen miał gościć w Borwoldzie. Przecież z tego w ogóle się wziął pomysł na naszą ucieczkę z Młyna! Czyżby więc Chekechea sobie tego nie wymyślił? A może ten jego Frei też był prawdziwy? Byłem tym oszołomiony.

Wojsko przemaszerowało, a ja tym bardziej potrzebowałem schronienia. Wbrew poleceniu żołnierza nie zmusili mnie wcale, bym się w coś ubierał (choć próbowali mnie do tego przekonać), nie założyli mi żadnej obroży na szyję, nie przestaliśmy jeść przy jednym stole, a gdy mieli dla mnie jakieś zadanie, zawsze o to prosili, nigdy nie nakazywali. Byłem gościem, a nie niewolnikiem. Dobrze mi tam się żyło u tych bezogonówBezogon(więz.) człowiek.. To była poczciwa albińska rodzina. Sprawili, że zmieniłem zdanie i polubiłem ten... ludzki gatunek.

Z czasem nawet Wilda zrewidowała poglądy na mój temat. Na którymś polowaniu wraz z Carstenem tropiliśmy właśnie sarnę, gdy z zarośli wyszedł młody, nieporadny jeszcze wombat i zaczął nieświadomy niczego spacerować po miękkim mchu. Jego sierść lśniła cudownie w promieniach słońca, przebijających się przez las. Od razu wiedziałem, co robić. Podkradłem się na czterech najbliżej jak się dało. Carsten obserwował to z tyłu, a ja ostrożnie stąpałem pod wiatr, by wnet skoczyć i schwycić tę futrzastą kulkę – bez pazurów, na tyle delikatnie, by nie pogruchotać jej kości; ale i na tyle mocno, by się nie wymknęła.

Wildzie tak bardzo się spodobał ten wombat, że aż przytuliła się do mojej sierści i powiedziała zupełnie bez typowej dla siebie złośliwości:

- Dziękuję ci, Ario! Bo wiesz? Ja to zawsze marzyłam, by mieć wombata! Teraz to jestem jak szlachcianka z Alm! Albo z Borwoldu... A tu, w Hof bel Mond, żadna takiego nie ma, nawet córka hrabiny! – Wyszczerzyła zęby w zawadiackim uśmiechu, nieustannie głaszcząc futrzaną kulkę po grzbiecie. A potem dodała: – Już się na ciebie nie gniewam. Wiem, jak nazwę tego wombata. Nazwę go Pan Hasen!

- Wildo, ależ... to nie jest on! To jest ona. Samce tak nie pachną!

- Umiesz rozpoznawać płeć po zapachu?

- Nie tylko płeć.

- Tak? A co jeszcze?

Wzruszyłem ramionami i wymieniłem, co mi przyszło do głowy:

- Gatunek, dojrzałość, choroby, dietę, zawartość kieszeni, nastrój, strach, gniew, ochotę na pieszczoty...

- A marzenia też?

- Nie, marzenia nie pachną, Wildo.

- Szkoda... Wiesz co? Powiem ci. Bo ja to marzę o tym, byś znalazł dla niej braciszka, samej będzie jej tu smutno.

Spełniłem jej prośbę. Poszedłem następnego dnia w to samo miejsce i upolowałem jej jeszcze jedno wombacie szczenię – tym razem małego samca. Po nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe. byłem pewien, że pochodziły z tego samego miotu. Byli rodzeństwem. Wilda opiekowała się tą parą – z wielkim zapałem karmiła je, doglądała, nadała im imiona. Przywłaszczyła sobie te dwa małe demony...

rozdział

Mieszkałem tak w tej ciepłej komórce za kuchennym paleniskiem jakieś dwa miesiące, może dwa i pół. Pomagałem przy hodowli zwierząt, przy wyrywaniu z ziemi warzyw, przy bieleniu ścian wapnem, łataniu dziur w dachu. Nie mam pojęcia, jak oni tam sobie radzili wcześniej beze mnie, szczególnie że Ricarda większość czasu i energii poświęcała na opiekę nad Ignatzem, tym chorym chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode., co leżał w łóżku na piętrze. Niemniej jednak najwięcej frajdy sprawiały mi te wspólne polowania z Carstenem, acz z dnia na dzień robiło się coraz zimniej, a on coraz bardziej narzekał na bóle w kościach. Ostatecznie sam zacząłem chodzić do lasu. Nadeszły słoty, chłodny wiatr, a kiedyś to nawet zaczął z nieba spadać biały pył, jaki ludzie zwali śniegiem. Pierwszy raz widziałem go na oczy. Chekechea mi o nim opowiadał, a jemu z kolei opowiadał Turam, klucznik Młyna. Szkoda, że tutaj, na sawannach nie pada śnieg. Miałybyście z niego mnóstwo frajdy, moje chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode..

Miałem tam wiele przygód, wiele też było nieporozumień. Jak choćby to, gdy Ricarda zbeształa mnie najpierw za drapanie wejściowych drzwi do domu, a potem za znaczenie ich nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe.. Wykrzyczała, bym znalazł sobie inne miejsce na toaletę i kategorycznie zabroniła mi sikać na drzwi. Możecie to sobie wyobrazić? Nie miała bladego pojęcia, że znaczę wspólny rewir! Wówczas nie miała również pojęcia, że zacząłem od kuchni i kilku par cuchnących butów, które od samego początku irytowały mnie swoim zapachem... Życie w domu bezogonówBezogon(więz.) człowiek. to trwanie w mieszaninie kłębiących się ludzkich nukówNuki(hur.) ślady zapachowe., których oni nawet nie zauważają. Nietrudno stracić cierpliwość...

Któregoś dnia znalazłem w potrzasku dorodnego wilka. Potężnej budowy samiec zażarcie walczył z żelastwem, które go uwięziło. Krwawą plamę wydeptał w białym śniegu. Gdym się tam zjawił, próbował odgryźć sobie nogę, by uwolnić się z pułapki; wściekle rzucał się na mnie, jak próbowałem podejść. Dobiłem go z łuku. Niezwłocznie wgryzłem się w jego szyję, wypiłem jego krew i skosztowałem jego mięsa. Cóż to był za smak! Tym sposobem, przez rytuał DudiiDudia(hur.) rytuał przejęcia demona przez konsumpcję ciała., zamieszkał we mnie najdzikszy wilczy demon, jakiego pamiętam. Odmienił mnie diametralnie...

Albińską rodzinę, w której żyłem, nagle zacząłem postrzegać jako wrogów. Albo wręcz jako... pożywienie. Nagle jakby przestali być moją mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado. – a niegdyś byli nią przecież. Walczyłem sam ze sobą, wykonując prace, które mi zlecali; wbijałem pazury w drewniane drzwi boksów, gdy wyprowadzałem z nich iakki; ogon chodził mi jak huśtawka, gdy obserwowałem Wildę, bawiącą się niewinnie z dwoma wombatami. Dom nagle stał się ciasny, a ja czułem się wolny dopiero na zewnątrz, chłonąc bezkres przestrzeni i zapach zimnego powietrza. To nie mogło trwać wiecznie...

Któregoś dnia moi gospodarze uradzili ze sobą, iż najwyższy czas wybrać się do miasta. Potrzebne były ciepłe koce, ubrania, nowe obcęgi, pilnik, wnyki, maść na ból pleców, erabskie perfumy, no i koniecznie nowy kociołek, bo stary się przepalił i nie było już w czym gotować ziemniaków dla świń, i jeszcze, jeśli się uda, to również jin-hański balgan lub ewentualnie jakiś inny importowany alkohol przypis  Co to jest jin-hański balgan? To dość mocny trunek, jaki uzyskują bezogoni ze Sterburty, karmiąc koale grzybami.. Miałem jechać wraz z Carstenem. Może ucieknę po drodze, myślałem. Lecz z drugiej strony ciekaw byłem tego albińskiego miasta, nigdy w żadnym nie byłem.

Bym się za bardzo nie rzucał w oczy, zapięli mi na szyi skórzany pasek, mający udawać niewolniczą obrożę, oraz ubrali mnie w jakąś jutową koszulę i takież spodnie. Ciasny materiał krępował ruchy, ciągnął za sierść i irytował mnie okrutnie samą swoją obecnością, choć przecież był dużo wygodniejszy od młyńskich kadzienniakówKadzienniaki(więz.) łachmany. i o niebo lepiej od nich pachniał.

Próbowałem jakoś uspokoić demona, który się we mnie burzył:

- Jedziemy ją przekazać komuś, kto jej potrzebuje? – spytałem, jakże naiwnie, gdy ładowaliśmy na sanie dorodną świnię wybraną z hodowli.

- Przekazać? – zdziwił się Carsten. – Jak to przekazać?

- No... oddać komuś, kto jej potrzebuje, a my dostaniemy od kogoś innego te koce, narzędzia, nowy kociołek i tak dalej, bo tego z kolei potrzebujemy my.

- Ty chyba nie masz zielonego pojęcia o handlu! – odparł, przeszywając mnie badawczym spojrzeniem. – Tak to u nas nie działa. Kto ci nawkładał do głowy takich głupot?

Już chciałem powiedzieć, że Chekechea, ale ugryzłem się w język.

- No może... – odparłem zamiast tego. – Ale wtedy, gdy przyszło wojsko po prowiant, przekazaliście im całe naręcze kiełbas, bo byli w potrzebie.

- Przekazaliśmy, bo mieli ostre miecze i było ich więcej. Jak masz ostry miecz i przewagę liczebną, to grzeczna prośba działa równie dobrze jak groźba.

- A Terahandear? Działali w imieniu tego waszego państwa.

- Cóż to za różnica jak się nazywa złodziej, który mnie okrada? Moje państwo kończy się tam, dokąd dojdę z sidłami i potrzaskami. Resztą nie zaprzątam sobie głowy. Bierzemy tę świnię, by ją sprzedać, Ario. Wymienimy ją na złoto, czyli pieniądze, za które kupimy to, czego potrzebujemy. Tak to działa.

- Złoto... – odparłem zadumany, myśląc o tym wszystkim, o czym kiedyś opowiadał mi Chekechea. Toż to zwykłe bajki były! To Turam nawkładał mu do głowy tych głupot. Przecież nie mógł nie wiedzieć, jak wyglądają podstawy ekonomii jego własnego kraju! Był barbarzyńcąBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. co prawda, ale przecież nawet barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. używają między sobą pieniędzy. Czemu więc zmyślał?

Swoją drogą wykazałem się nie lada naiwnością, bezkrytycznie wierząc Chekechei, że ten ograniczony gatunek bezogonówBezogon(więz.) człowiek. byłby w stanie zorganizować taką współpracę – że mógłby działać jak jeden spójny organizm. Łowca miał przekazywać mięso górnikowi, górnik rudę żelaza oddawać miał w ręce hutnika, hutnik żelazo wręczać miał kowalowi, zaś kowal miał z tego wykuć broń i przekazać ją łowcy. I tak w kółko, w każdej dziedzinie. Ależ bzdura! Prócz amfionówAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. nie znam gatunku, który mógłby temu podołać, a dziś wiem doskonale, że nawet oni mają w swoim kraju złote pieniądze...

Wyruszyliśmy z samego rana, jeszcze przed świtem. Było jasno, bo wszystko wokół pokrywała uczciwa warstwa śniegu. Z tego też powodu zaprzęgliśmy iakki w sanie, a nie w wóz. Zawinęliśmy świnię w derkę, sami przykryliśmy się kocami, mieliśmy też suszone mięso oraz paszę. Droga miała być długa, żmudna i zimna. Gdy Carsten żegnał się ze swoją mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado., ja – targany przez wilczego demona – miałem nadzieję, że nigdy już nie zobaczę tej potężnej hidayiHidaya(hur.) dorosła hurianka. i jej rozbrykanej córki...

Pogoda dopisywała. Niebo było czyste. Świeciło słońce. Odbijając się od śniegu, było tak jasno, że musiałem zasłaniać oczy kapturem. Sanie sunęły ślamazarnie, ale przynajmniej do przodu – często było trzeba schodzić i je pchać, gdy ugrzęzły w śniegu. Niestrudzenie parliśmy naprzód. Do czasu jednak. Jakoś późnym popołudniem błękit zasunął na siebie kołdrę ciemnych chmur – tak gęstych, że słońce nie mogło się przez nie przebić, a do tego zerwał się wiatr. Zimny wiatr prosto z Rufy. Rozszalała się śnieżyca. Droga zniknęła nam z oczu, wszystko było szarobiałe, nawet zapachy skryły się pod warstwą śniegu. Zeszliśmy, by iakkom było lżej. Nie wiem, jakim cudem Carsten wiedział dokąd iść.

- Jeszcze kawałek! – wołał. – Dwa sznury, może cztery przypis  Czyli 90-180 metrów – przyp. GE..

Nogi grzęzły mi w tym mokrym puchu po pas; nie wiedziałem już, czy to ja pomagam pchać sanie, czy to one ciągną mnie za sobą, orając moim ciałem tę białą ziemię. Nie czułem jednak zmęczenia – mój wilczy demon był w swoim żywiole. Wreszcie, po chwili, z zamieci wyłoniły się ściany jakiegoś budynku. Zatrzymaliśmy iakki, rozprzęgliśmy je, ustawiliśmy pod ścianą, odwiązaliśmy świnię, opróżniliśmy sanie, postawiliśmy je pionowo i oparliśmy je o iakki – tak, by tworzyły dla nich osłonę od śniegu; otuliliśmy je również derkami, by tam nie zamarzły. My zaś – to jest ja, Carsten i świnia – mieliśmy schować się w środku.

Budynek był niewielki, stary, cały z kamienia, jedynie drzwi były dębowe – niewspółmiernie ciężkie i masywne. Gdy z niemałym trudem je otworzyliśmy, stanąłem w progu jak porażony piorunem. Uderzył mnie zapach śmierci tak skondensowany, że aż oczy zaczęły mi łzawić. Zgnilizna, rozkład, zepsucie, pleśń, wilgoć, zbutwiałe drewno. Stamtąd, gdzie stałem, wyczuć się dało kilka martwych ciał bezogonówBezogon(więz.) człowiek. obu płci, które leżały tam kilkanaście do kilkudziesięciu lat. Czuć było całe pokolenia drobnego robactwa, które wzrastało i umierało, żywiąc się ich martwym mięsem i pozostawiając wszędzie pokładyPokład(więz.) posadzka na poziomie cel. swych odchodów. Powietrze było od tego tak gęste, tak przesycone, że dziwiłem się, jak ktokolwiek żywy mógłby z własnej woli wciągać je sobie do płuc.

- No chodź, nie bój się – ponaglał Carsten. – To tylko krypta. Hrabina nie miałaby nic przeciwko temu, jestem pewien. Chodźże, bo zimno wpada do środka!

A ja nie bałem się tego, co wpadało do środka – raczej tego, co wychodziło na zewnątrz.

- Zostanę na dworze – wydukałem z trudem.

- Aleś ty uparty! Ale jak tam sobie chcesz, Ario. Zobaczysz, zrobi ci się zimno, to przyjdziesz – burknął Carsten, wciągnął do środka świnię i zatrzasnął za sobą drzwi.

Na samą myśl, że moje futro mogłoby przesiąknąć takim swądem i że potem musiałbym go z siebie zlizać, zbierało mi się na wymioty. Tamtego dnia straciłem wszelki szacunek do albińskiego obrządku pogrzebowego, choć i tak nie miałem go przecież wiele. Zostałem na dworze, tuląc się do dwóch iakków i dzieląc się z nimi własnym ciepłem. Pocieszałem się myślą, że na pewno też były szczęśliwe, nie musząc spędzać nocy wewnątrz tego cuchnącego grobowca.

rozdział

Alm. Tak się nazywało to miasto. Zarysy jego murów widziałem już tamtego dnia, gdy ściągnąłem z siebie młyńskie kadzienniakiKadzienniaki(więz.) łachmany. i wykąpałem się w rzece. Tamta rzeka, swoją drogą, przepływała przez to miasto i pewnie dlatego też nazywała się Alm.

Dotarliśmy tam następnego dnia późnym popołudniem. Przez tę śnieżyce spóźniliśmy się na targ i większość handlarzy wyruszyła już w drogę powrotną. Nie stać nas było, by czekać do kolejnego dnia targowego – już samo zostawienie iakków z saniami w stajni przed miejskimi murami kosztowało majątek. Musieliśmy skorzystać z usług lokalnego kupca, przez to nie dostaliśmy za świnię zbyt dobrej ceny. To znaczy tak twierdził Carsten – moim zdaniem dostaliśmy rewelacyjną cenę jak za zwierzę, które tak bardzo przesiąknięte było stęchlizną i zapachem rozkładających się zwłok, jakby przez tydzień tarzało się w zbiorowej mogile! Zresztą Carsten nie pachniał wcale lepiej. Całą drogę między kryptą a Alm szedłem przed iakkami, aby nie czuć tego swądu. Udawałem, że idąc z przodu, chcę odciążyć sanie, acz i tak nieraz jeszcze utknęły w świeżym śniegu. Który z huryjskich rzeźników przyjąłby świnię zalatującą zepsutym mięsem od człowieka cuchnącego jak stare zwłoki? Myślałem, że ten handlarz wyprosi nas ze swego składu albo wręcz wezwie straże, by nas pojmały i zamknęły w lochach za zanieczyszczanie powietrza, a on, ku memu zaskoczeniu, odezwał się tak:

- Oj, gospodarzu, nie boicie się to chodzić tak z kotem po mieście?

- A czemuż to niby? – spytał Carsten, zerkając w moją stronę.

- Toż to nie wiecie? Koty to podstępne bestie. Nigdy nie wiadomo, której nocy wbiją nóż w plecy swemu właścicielowi. OgrinyOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj., owszem, słowa złego nie powiem, sam mam jednego na własność, jedzą takie mniej i naturę spokojniejszą mają, ale hurie... – Handlarz zrobił kwaśną minę i z dezaprobatą pokręcił głową.

Wilczy demon gotował się we mnie i szarpał; resztki zdrowego rozsądku ostatkiem sił trzymały go za futro.

- Ten człowieka nie skrzywdzi – bronił mnie naiwnie Carsten.

- Toż to, gospodarzu, pewnie nie słyszeliście o zbiegłej hordzie huryjskich niewolników, co z zimną krwią zamordowała księcia Herrhausena? Umknęli wojsku w Wendeleny, dzień drogi na Rufę od Alm. Zaszyli się w lasach tamtych gór, a teraz, przeszło tydzień temu, uderzyli w Thurimdorf. Piękne miasto, byłem nieraz. A te koty podłożyły ogień pod pałacem, gorzelnią, biblioteką, spichlerzami, składami oliwy – gniewnie wyliczał kupiec, spoglądając bez ustanku w moją stronę, jakbym to ja był temu wszystkiemu winien. – Istne piekło na ziemi! Połowę miasta puścili z dymem! Ofiar nikt doliczyć się nie może, a czarny słup stąd było widać, choć to przecież dwa dni drogi będą.

Radża, pomyślałem. To stare, szczwane futro realizuje swój plan! Fascynujące i przerażające zarazem...

Miasto pozostawiło we mnie mieszane uczucia, choć być może to przez tego wilczego demona, który wówczas we mnie siedział. Mrowie ludzi, przewalających się z jednej ulicy na drugą irytowało mnie i paraliżowało jednocześnie. Zewsząd napierały na mnie ludzkie nukieNukie(hur.) ślady zapachowe., przebijające się spod ciężkich nukówNuki(hur.) ślady zapachowe. najróżniejszego sortu. Być może mógłbym z czasem przyzwyczaić się do takiego natłoku, ale tamtego dnia był to dla mnie szok. Bezustannie musiałem się powstrzymywać, by na kogoś nie skoczyć i się nie wgryźć mu w kark. Myślałem już tylko o tym, by się porządnie umyć.

Natomiast same budynki zrobiły na mnie dobre wrażenie. Ich majestatyczna wielkość, równość układu, kolory ścian, błyszczące kafle, rzędy okien, wypukłe zdobienia, szyldy, freski, rzeźby, gargulce... Nie było to może aż tak spektakularne jak niektóre poziomy Młyna, ale i tak zdołało zachwycić moją artystyczną duszę. Budynek ratusza spodobał mi się chyba najbardziej – ale to nic dziwnego. Obradowali w nim ludzie najwyżsi w hierarchii miasta wraz z kimś w rodzaju ich raisaRais(hur.) wódz., toteż nic dziwnego, że ozdobili budynek najlepiej jak potrafili.

Swoją drogą nie umiałem sobie wyobrazić, jak taki raisRais(hur.) wódz. był w stanie zapanować nad swoją własną mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.. BezogoniBezogon(więz.) człowiek. mają wybitnie skomplikowany system hierarchii. Tworzą bardzo małe mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado., składające się z albina, albinki, ich potomstwa i czasem innych krewnych. Kilka takich mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. przylegających do siebie terytoriami tworzy wieś. Taka wieś ma osobnego raisa Rais(hur.) wódz.i wszyscy są mu podlegli. Jeśli tych mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. jest bardzo dużo, ich terytoria, a nawet i rewiry wielokrotnie zachodzą na siebie, a cały ich obszar ogrodzony jest jednym, wspólnym murem, to taką wieś nazywają miastem. Miasta są tak gęsto zaludnione, że poszczególne bezogonyBezogon(więz.) człowiek. nawet nie znają nawzajem swoich imion! A to jeszcze nie koniec. Większy obszar, na którym jest wiele miast i wsi, nazywają prowincją – ta też ma swojego raisaRais(hur.) wódz., który stoi w hierarchii wyżej od wszystkich bezogonówBezogon(więz.) człowiek. z tego obszaru w tym też raisówRais(hur.) wódz. poszczególnych miast i wsi. Zaś kilka albo kilkanaście prowincji tworzy królestwo, które prowadzi jeden, jedyny, najwyższy raisRais(hur.) wódz.. Nazywają go królem albo cesarzem – stoi ponad wszystkimi bezogonamiBezogon(więz.) człowiek., choć prawie żadnego nie widział na oczy.

Nie wszystkie budynki w Alm ujęły mnie swoim pięknem. Poszczególne dzielnice mocno różniły się między sobą – te bliżej zewnętrznych murów zdawały się być tak zrujnowane, jakby zaraz miały się rozpaść pod ciężarem mojego spojrzenia.

Ze względu na ceny noclegów podróż powrotną rozpoczęliśmy jeszcze tego samego dnia, pod wieczór. Nie udało mi się namówić Carstena, by zlizał z siebie ten paskudny zapach. Nie mógł w ogóle zrozumieć, o co mi chodziło.

- Czego chcesz? – zapytał mnie, gdyśmy późną nocą grzali się przy niewielkim ognisku, opatuleni derkami, zajadając pieczone dzikie zające, jakie upolowałem po drodze. – Przecież kąpię się regularnie!

Przyznałem, że ani razu tego nie widziałem.

- To oczywiste, że tego nie widziałeś – odpowiedział. – Przecież jesteś u nas dopiero od jesieni!

Na szczęście pogoda nam sprzyjała – nazajutrz śnieg był bardziej ubity, dzięki czemu sanie się w nim nie zapadały, zresztą bez świni były znacznie lżejsze. Dzięki temu mogłem zapuszczać się w las, by pod pozorem łowów nie musieć wąchać tej sunącej na płozach krypty. Taki podział ról bardzo mi odpowiadał – mogłem wreszcie puścić wolno tego rozjuszonego wilczego demona. Był w swoim żywiole. Nic w sumie nie upolowałem, ale czasem po prostu trzeba się wyszaleć na świeżym powietrzu w pogoni za dziką zwierzyną – inaczej życie traci swój smak... Już same zimne, zaśnieżone pola i dzikie leśne ostępy karmiły mnie wolnością i bezkresem.

Carsten, chcąc zdążyć na wieczór do domu, intensywniej poganiał iakki, a nawet zrezygnował z przerwy na obiad, więc i tak niczego byśmy nie zjedli. Gdy byliśmy już na naszym codziennym terytorium, umówiłem się z Carstenem, że sprawdzę po drodze sidła i wnyki. Mieliśmy się spotkać już w domu. Stało się jednak zupełnie co innego.

Pierwszy był zapach. I wcale nie chodziło o delikatny zapach młodziutkiej, zmarzniętej na kość łani, którą znalazłem zakleszczoną w żelaznych zębach potrzasku, a do której zaczął się już dobierać jakiś dziki pies. To był inny zapach. To były huryjskie nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.. Znałem je. Bardzo dobrze je znałem. Niewątpliwie była to hurianka, a ściślej: hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka.. Byłem tak zaskoczony, że nie mogłem sobie przypomnieć, która ze znanych mi hurianek tak pachniała. Potem poczułem też ludzką krew. Pewnie dlatego porzuciłem tę łanię i wśród śniegu i kęp suchych traw z łukiem w gotowości i nosem tuż przy ziemi zakradałem się do zabudowań. Wyjrzałem zza stodoły. Na środku podwórka stały sanie ciągle zaprzęgnięte w iakki. Jeden z nich lizał coś leżącego na ziemi. Tym czymś był... Carsten! Bełt sterczał z jego piersi. Krew zabarwiła śnieg na czerwono. Nie ruszał się. A iakk beznamiętnie lizał go po nodze.

- No, jesteś wreszcie! – zawołał jakiś znajomy głos. Obejrzałem się w stronę obory. W drzwiach stała tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. o śnieżnobiałej sierści. Nie miała ogona. No oczywiście! To przecież ona tak pachniała!

- Vijani! – zakrzyknąłem.

- Czarna Rozpacz, Kruczy Upiór, Biała Śmierć, Leśna Zmora – wyliczała, ruszywszy w moją stronę. – Vijani też mi pasuje. Dawno nikt mnie tak nie nazywał. – Było coś majestatycznego w jej krokach, coś magnetycznego w jej nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe., coś odurzającego w jej głosie; jej sierść falowała przy każdym ruchu, mieniła się w zachodzącym słońcu jak nigdy. Jedynie pręga świeżej, jeszcze mokrej krwi na torsie i ramieniu burzyła czarno-biały porządek pręg. Dawno nie widziałem hurianki tak pewnej siebie i tak wyzwolonej w każdym calu. Przez ramię przerzuconą miała tradycyjną, szeroką khangęKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode., wyciętą z jakiejś ładnej skóry. Na plecach dźwigała kuszę, taką samą jakich używali bukaciBukat(więz.) strażnik. z Młyna, ale zdawało mi się, że już samym spojrzeniem potrafiłaby przeszyć ciało aż do kości.

- Zabiłaś Carstena! – rzuciłem z pretensją albo z fascynacją, nie pamiętam.

- Był twoim panem, co? Po nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe., jakie tu wszędzie rozsiewasz, doszłam do wniosku, że trzymali cię tu w niewoli. A po twoim stroju widzę teraz, że się nie myliłam.

- To... tylko przebranie! – odparłem, szamocząc jutową koszulę, w jakiej wciąż tkwiłem. – Ale jego traktowałem niemal jak przyjaciela!

- Przyjaźniłam się niegdyś z pewnym chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode.. Czas dowiódł mi, że przyjaźń z kimś o tyle niższym od siebie powinna być tak długa, jak długi jest mój własny ogon!

- Vijani... wybacz... Tamtej nocy w Młynie...

- Dajże spokój! Co było, to było. Minęło. Tamten świat rządził się prawami, które nam narzucono i zmusił nas, byśmy byli kimś innym niż jesteśmy naprawdę. W tym świecie, tu i teraz, to my ustalamy prawa, które tym światem rządzą. A ty nie jesteś tamtym Chekecheą. Jesteś dojrzałym hurią, jak widzę... i jak czuję. Jak mam do ciebie mówić?

- Aria – odparłem.

- Aria – powtórzyła. – No tak. Dobre imię. Może być. Pasuje do ciebie...

Wtedy otarła się o mój bok na powitanie. A potem delikatnie przeciągnęła wibrysami po moim policzku i rzekła:

- Zostań moim raisemRais(hur.) wódz., Ario.

- Mam już swoją mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado., tigriankoTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii..

- Jak to? – zdziwiła się Vijani. – W ogóle ich nie czuć po tobie. Gdzie się chowacie?

- Tu, w tym domu – wskazałem budynek ręką.

- Byłam tam, nie ma tam innych huryjskich nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe. poza twoimi!

- Nie ma, bo moją mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado. są ludzie, którzy tam żyją.

- Ludzie?... Chybaś zgubił dynięDynia(więz.) głowa.! BezogonówBezogon(więz.) człowiek. wziąłeś za własną mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado.? To przecież... obrzydliwe!

Nic nie odpowiedziałem. Patrzałem tylko na tę tigriankęTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.. Ona przecież też nie miała ogona.

- Muszę cię zmartwić – oświadczyła z pogardą. – Twoi przyjaciele nie żyją. Wszyscy zginęli z mojej ręki.

- Wszyscy? Jak to wszyscy!?

- Wszyscy. Najpierw gruba albinka w kuchni. Miała tyle ciała, że bełt, który się w nią wbił, nie zrobił na niej większego wrażenia. Musiałam jej poderżnąć gardło, by skonała. Za to jej chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode. zagrzebany pod kołdrą na poddaszu zginął od razu, zresztą już wcześniej wyglądał na martwego. A teraz ten albin tutaj. Wszyscy.

Tak, zgadza się... Wilda. Nie wspomniała o Wildzie!

- Jak mogłaś, Vijani? – szepnąłem tylko, próbując zebrać myśli.

- Toż to nic trudnego. To przecież tylko zwierzyna... Powiedz, czy przez te wszystkie lata w Młynie nie przyszła ci do głowy nieposkromiona ochota na to, by jakiemuś człowiekowi odebrać życie? Mną targała każdego dnia! Szczególnie wtedy, gdy mnie brali na górę na te ich derbyDerby(więz.) spółkowanie zbiorowe..

- Polujesz na strażników.

- Poluję na ludzi. BukatówBukat(więz.) strażnik. niewielu już zostało przy życiu.

- I ty ich zjadasz?

- W żadnym razie! – warknęła groźnie Vijani. – Pod żadnym pozorem nie jedz mięsa bezogonówBezogon(więz.) człowiek.! Te ludzkie demony są jeszcze gorsze od hodowlanych.

- To po co na nich polujesz?

- By wyzwolić świat z tego plugawego, ograniczonego i bezrozumnego robactwa. Wszyscy bezogoniBezogon(więz.) człowiek. na to zasługują!

Cóż to za polowanie, jeśli nie jemy zwierzyny, którą upolujemy, prawda? Przecież to czyste marnotrawstwo. Dziś na pewno bym się jej sprzeciwił, ale wtedy... wtedy ten mój wilczy demon tak bardzo był zafascynowany słowami i poczynaniami Vijani, że i ja nie mogłem oderwać od niej swego wzroku. Inaczej nie potrafię wytłumaczyć tego wszystkiego, co działo się potem. Byłem zupełnie oczarowany tą tigriańską hidayąHidaya(hur.) dorosła hurianka.. Pewnie dlatego powiedziałem:

- Dobrze więc, ruszajmy stąd. Nic mnie już tu nie trzyma.

- Nie tak szybko, mój raisieRais(hur.) wódz.. Mam tu jeszcze coś do zrobienia.

Podeszła do martwego ciała Carstena, zdarła z niego zakrwawione spodnie i jakimś krótkim nożem odcięła jego umyUmy(hur.) męskie organy płciowe.. Wzięła je, spakowała do jutowego worka i zaniosła do obory. Stamtąd weszła do przybudówki i wysypała na ziemię pod nogi świń, któreśmy tam trzymali. Nie wzgardziły takim przysmakiem. Byłem tak zaskoczony zachowaniem Vijani, że nie wyrzekłem ani słowa. Musiała to robić już wcześniej, byłem pewien.

- Też bym coś zjadła – stwierdziła, gdy obserwowaliśmy, jak stara locha zajadała się rzuconymi jej umamiUmy(hur.) męskie organy płciowe.. – Musimy na coś zapolować. – Nie byłem do końca pewien, o co jej chodziło. Uchyliła bramkę boksu dla świń i puściła je wolno. Potem otworzyła wszystkie klatki z zającami oraz tą z wombatami, które upolowałem niegdyś Wildzie. Tak jedne, jak i drugie ani nie myślały, by z ciepłej obory wychodzić na śnieg.

- Chyba mam coś odpowiedniego, moja hidayoHidaya(hur.) dorosła hurianka. – powiedziałem, myśląc o tej zmarzniętej, dzikiej łani, którą znalazłem w potrzasku i porzuciłem gdzieś nieopodal zabudowań.

Jednak gdy wychodziliśmy z obory, usłyszałem jakiś szmer w stercie siana – tej samej, na której spałem pierwszej nocy, gdy przybyłem do gospodarstwa. Podszedłem bliżej i doszedł mnie jakiś cienki szept:

- Ario, to ja! Wilda! Ocal mnie, proszę!

Rzeczywiście, wszędzie czułem jej nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.. Musiała się tam schować przed Vijani. Nie miałem pojęcia, ile widziała, ale na pewno za dużo. Jakieś resztki zdrowego rozsądku błagały mnie, bym rzeczywiście ją ocalił... Ocalić ją? Ocalić ludzką rasę? A po co? – pytał wewnątrz mnie mój własny demon. – Nie jest jakoś szczególnie udana...

Wyciągnąłem z siana tę ludzką chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode.. Cała drżała.

- Nic się nie bój – szepnąłem, gdy garnęła się do mnie, po czym własnymi pazurami poderżnąłem jej gardło. Wciąż ją obejmowałem, gdy rzeka ciepłej krwi trysnęła gwałtownie i zalała tę jutową koszulę i spodnie, które wciąż miałem na sobie. Tak to się zaczęło. Dziś wcale nie jestem z tego dumny.


Przypis tłumacza

Niedobrze mi się robi, gdy słyszę takie rzeczy. Mam szczerą ochotę spakować się i uciec stąd z samego rana. Nie mam pojęcia, co ja tu jeszcze robię wśród tych morderców?! Najbardziej szokujące jest jednak to, że te wszystkie młode, które tego słuchają, nie widzą w tym niczego niestosownego. W ogóle nie przechodzi mi przez myśl, jak można dopuszczać je do takich historii. przypis  Są to luźne uwagi tłumacza dopisane po jakimś czasie na marginesie tekstu. Od tego miejsca pojawiają się regularnie, choć zazwyczaj nie mają związku z tekstem głównym – przyp. GE.

rozdział

- Brawo, mój raisieRais(hur.) wódz.! – odezwała się Vijani; pogarda, jaką miała wcześniej w głosie, zniknęła zupełnie. – Musiałam przeoczyć jej nukieNukie(hur.) ślady zapachowe., tyle tu śladów. Ale chyba nie każesz mi jej jeść? Nie jem mięsa bezogonówBezogon(więz.) człowiek..

- W żadnym razie, Vijani – zapewniłem, stojąc nad ciałem Wildy i myśląc o tym, że gdyby tak bardzo nie zaufała huriom, to wciąż by żyła. – Mam w zanadrzu coś odpowiedniejszego – powiedziałem.

- Taki lód? Kiedyś ty to złowił? – warknęła Vijani, gdy pokazałem jej moją zmarzniętą łanię. W czasie, gdy po nią szedłem, hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka. zdążyła rozprzęgnąć iakki z sań; gdy wróciłem przeciągała właśnie ciało Carstena przez próg do domu. Zostawiło po sobie wielką krwawą smugę, ciągnącą się po śniegu przez podwórko. – Zresztą nieważne. Grunt, że dzikie –przyznała, przyjmując moją zdobycz. – Mamy tu przecież ogień.

Gdy zająłem się kuchennym paleniskiem i zacząłem już nad płomieniami rozmrażać mięso, usłyszałem dobiegający z zewnątrz krzyk:

- Niech to ciężka larwa! Co za gipsGips(więz.) zapach.!

Rzuciłem łanię i w trzech susach wyskoczyłem na podwórko. Vijani rozeźlona i przerażona chwiała się, stojąc na rozprzężonych saniach. W jednej wyciągniętej ręce trzymała flakonik erabskich perfum, co go kupiliśmy w Alm; drugą rozpaczliwie machała przed twarzą.

- Co to jest, do demona? – rzuciła w moją stronę.

- To erabskie nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. – odparłem, parskając ze śmiechu.

- Chcesz powiedzieć, że erabowieErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu. tak pachną?

- To niewykluczone – przyznałem, gdy ten ponad wszelką miarę duszący zapach słodkich kwiatów dotarł do moich nozdrzy. – Żadnego jeszcze nie wąchałem.

- Ale po co komu taki odór zamknięty w butelce? – jęknęła Vijani. Ostrożnie odstawiła flakonik, zeskoczyła z sań i próbowała wytrzeć śniegiem swoją aromatyczną rękę.

- Ricarda go używała, ta gruba albinka, której odebrałaś życie.

- Niech zgadnę: odstraszała nim dzikie zwierzęta?

- Niezupełnie – zastanowiłem się chwilę. – Miała zwyczaj w niektóre dni spryskiwać nim swoje ciało. Była przekonana, że to poprawiało jej zapach.

- To miało poprawić jej nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.? – tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. popatrzała na mnie zniesmaczona. – Chyba była chora na głowę! – skwitowała i tym intensywniej wcierała śnieg we własną sierść.

Dołożyliśmy drew do ognia. Czekając, aż się upiecze nasz obiad, przeszliśmy do mojej komórki – było tam znacznie cieplej i przytulniej, no i nie spoglądało tam na nas martwe ciało Ricardy. Vijani zerwała ze mnie te niewolnicze, zakrwawione łachmany i w półmroku, oświeceni smugami światła, przebijającego się przez szpary w deskach, obdarowaliśmy się nawzajem aktem jamii. Najpiękniejszym, jakiego do tamtej pory doświadczyłem. Poza Młynem jamia zdawała się mieć tak niesamowity smak! To znaczy chyba tylko ja tak to odebrałem. Viajni, gdy tak tam leżeliśmy po wszystkim, grzejąc się o tę ciepłą ścianę i liżąc się wzajemnie, powiedziała mi:

- Nie jesteś Zinaą, przyznam. Ale i tak było pięknie, mój raisieRais(hur.) wódz..

Tak. Byliśmy absolutnie wolni! Byliśmy mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado..

A ja stałem się raisemRais(hur.) wódz.. Nawet o tym nie marzyłem...

Pod wieczór oblaliśmy wszystko oliwą, co ją z Carstenem przywieźliśmy z Alm, wychyliliśmy solidny łyk importowanego jin-hańskiego balganu i podpaliliśmy całe to gospodarstwo. Odeszliśmy, zostawiając za sobą słup dymu i łunę, malującą chmury na złoto. Magiczny widok...

Podążaliśmy na rufową Bakburtę. To był bezpieczny kierunek. Na Sterburcie był już przecież Radża. Paląc Thurimdorf, musiał ściągnąć na siebie i swoją burtęBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. całe wojsko z okolicy, a skoro tak, to na Bakburcie powinno być tego wojska mniej. Radża szedł na Thurimheim, stolicę albińskiego świata, ale znacznie później się o tym dowiedzieliśmy.

Zabrnęliśmy w śniegu na sam grzbiet jakiegoś pasma, rzuconego w kierunku Sterburty, by zejść w dolinę zamarzniętej rzeki Alm – tej samej, w której brałem niegdyś kąpiel, by się pozbyć zapachu Młyna. Jakże tam było wtedy pięknie! Czapy śniegu, ciążące na gałęziach, mieniły się w świetle gwiazd; w ogóle przez tę wszechobecną biel było tam tak jasno jak w dzień. W swym górnym biegu rzeka wiła się wśród lasu niczym rzucona bezwładnie liana. A jeszcze bardziej niesamowita była tafla lodu, która ją skuła. Wierzcie lub nie, ale w tamtych stronach zimą woda staje się tak twarda, że można po niej chodzić, choć trzeba pomagać sobie pazurami, by się nie poślizgnąć przypis  Nie, wcale was nie nabieram. Tam się tak naprawdę dzieje z wodą..

Przekraczaliśmy rzekę bardzo wczesnym rankiem. Na jej drugim brzegu natrafiliśmy na wydeptaną w śniegu ścieżkę. Sądząc po śladach i zostawionych w śniegu nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe., jakiś bezogonBezogon(więz.) człowiek. szedł tamtędy na Bakburtę nie wcześniej jak poprzedniego dnia przed nami. Był to mężczyzna, młody raczej, silny, acz zmęczony brnięciem w górę rzeki przez ten śnieg; stopy zdawał się mieć obwiązane grubymi szmatami i zdecydowanie za rzadko prał swoje spodnie. Śnieg pełen był jego nukówNuki(hur.) ślady zapachowe.. Co ciekawsze, w jakimś niezbyt szczelnym worku niósł swoją zdobycz – bez wątpienia były to ryby, nawet w miarę świeże. Nie zastanawiając się długo, podążyliśmy za nim...

Z biegiem wędrówki pojawiały się nowe zapachy. Intensywna plama oliwy zdradzała, że w drodze zaskoczyć go musiała noc, a z zimna aż drżały mu ręce. Zaś opary alkoholu , jakie unosiły się nieopodal z małego korka od amfory, sugerowały, że próbował dodać sobie otuchy i jakoś się rozgrzać. To było jakieś podłe, lokalne wino – koale szczyny najgorszego sortu, jakie nieraz zalatywały nam od bukatówBukat(więz.) strażnik. w Młynie.

Było chyba wczesne popołudnie, gdy ścieżka przekroczyła przez Alm i szła wzdłuż jakiegoś niewielkiego dopływu, tworzącego wśród skał piękne rzeźby zamarzniętych wodospadów. Gdzieniegdzie było nawet widać sączącą się pod lodem wodę. Chwilę potem na niebie dostrzegliśmy nieśmiałą smużkę dymu, a zza drzew wyłoniła się niewielka polana. W jej środku, przy samym brzegu rzeki stała niepozorna, drewniana chata. Pachniało bezogonamiBezogon(więz.) człowiek., to prawda. Jednak znacznie bardziej zalatywało mieszanką przeróżnych ziół i roślin – ich aromat był tak intensywny, że aż trudno było się skupić na albińskich nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe.. Słychać też było jakieś hałasy – tłuczona ceramika, pękające drewno, krzyki, wyzwiska. Oraz szczęk napinanej kuszy...

Spojrzałem w bok.

- Naprawdę chcemy się w to mieszać, Vijani? – zapytałem po cichu.

- Ależ oczywiście, Ario! Nie odbieraj mi tej frajdy!

Poderwała się, jakby ją kto z procy wystrzelił! W dwóch, trzech susach była przy drzwiach. Ruszyłem za nią z łukiem w pogotowiu. Nasłuchiwała w skupieniu. Gdy nadszedł ten właściwy moment, w jednej chwili z hukiem wtargnęła do środka, wystrzeliła niemal bez celowania, a z khangiKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode. wyciągnęła swój nóż.

Gdy przekroczyłem próg, jakiś bezogonBezogon(więz.) człowiek. padał właśnie na klepisko. Bełt wystawał mu z szyi, krew wypływała mu z ust, w oczach dominowało zdziwienie. Uderzyła mnie gęsta chmura ziołowych zapachów – tak silnych, że aż zakręciło mi się w głowie. Cały sufit zajmowały rozwieszone pęki suszonych liści, wiązki pędów i korzeni. Wszędzie poniżej, mimo półmroku, dostrzec można było zniszczenie – połamane meble, potrzaskane naczynia, rozrzucone szpargały, jedzenie, ubrania. W głębi, gdzieś wśród tego kataklizmu, stała jeszcze jedna albińska postać – drobniejsza od tamtego mężczyzny.

- Winszuję! – parsknęła skrzeczącym głosem. – Gdybyś ty tego nie zrobiła, to ja bym musiała. Biała Śmierć przyszła po swe żniwo, nie mylę się?

To była jakaś stara, albińska hekalaHekala(hur.) stara hurianka.. Zdaje się, że Vijani była zaskoczona tym jej powitaniem. Ciekawość wzięła górę nad żądzą mordu...

- Planowałaś go zabić? – zapytała tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii., rozglądając się wokół. – Nie jesteś już aby za stara na profesję zabójcy?

- Ależ nie jestem zabójczynią! – obruszyła się albinka, robiąc kilka odważnych kroków w naszą stronę, jednocześnie wychodząc z ciemności i ukazując nam poszarpaną zmarszczkami twarz. Była tak przesiąknięta tymi ziołami, że aż nie czuć było w powietrzu jej nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe.. – Nikogo nie zabiłam. To znaczy... nie w sensie dosłownym. To prawda, oprócz przyrządzania lekarstw warzę też trucizny, ale nie moja w tym rzecz, do czego ludzie je wykorzystują. Jestem zielarką. Nic na to nie poradzę, że większość widzi we mnie wiedźmę. A ty jesteś Biała Śmierć. Słyszałam o tobie. Mordujesz mężczyzn.

- Nie tylko mężczyzn – wtrąciłem.

- A kimże jest twój towarzysz?

- To mój raisRais(hur.) wódz., rzeżuchoRzeżucha(więz.) starucha. – odparła jej Vijani przypis  Tak bukaci mówili czasem na swoje hekale.. – Ktoś wyżej ode mnie.

Wówczas słabo jeszcze się znałem na ludzkiej mimice, a byłem tak odurzony zapachami, że w ogóle nie czułem nukówNuki(hur.) ślady zapachowe. tej albinki. Ale miałem wrażenie, że się przeraziła słowami Vijani. Postrach, jaki zdawał się terroryzować okolicę, ta Biała Śmierć, okazał się mieć zwierzchnika wyższego od siebie w hierarchii. I to ja byłem tym zwierzchnikiem...

- Miło mi – zełgała zielarka. – Rozgośćcie się.

- Kim był ten człowiek? – zapytała Vijani, wskazując na bezogonaBezogon(więz.) człowiek. z wystającym z szyi bełtem.

- A... to nic takiego. To tylko... klient. Żądał zbyt wiele, a nie przyniósł tego, o co prosiłam. Stąd ta... sprzeczka.

- Raczej jatka... Miał ze sobą ryby.

- To prawda. Są tutaj. Ich łuski są tak marne, że na nic mi się nie zdadzą, ale mięso będzie pewnie smaczne. Usmażę, jeśli chcecie.

- Nie trzeba, rzeżuchoRzeżucha(więz.) starucha. – urwała tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.. – Zjemy na zimno.

- To trucizna? – zapytałem, wbijając zęby w surowe, pośpiesznie wypatroszone mięso i przyglądając się półce z niezliczoną masą szklanych buteleczek, zapełnionych ciemnymi cieczami.

- Zgadł pan, panie raisRais(hur.) wódz. – odrzekła albinka, zerkając to na mnie, to na leżące przy drzwiach ciało mężczyzny. – Te akurat przyrządzam z wywaru z igieł cisu i tartych liści pokrzyku, co tu rośnie powszechnie w tych stronach, warzonych na wolnym ogniu razem ze smalcem lub kozim mlekiem. Ludzie biorą ją na szczury. Najmocniejsze jednak są te całkiem z prawej. Jednocześnie najdroższe. Suszone kwiaty konwalii, liście bluszczu i owoce kruszyny albo wyciąg z czerwonego muchomora, w zależności od urodzaju. Zabójcze dla ludzi, choć poprawia pamięć i koncentrację, ale to tylko w niewielkich dawkach.

- A w większych już nie?

- Cóż... W większej dawce efekt utrzymuje się aż do śmierci, tyle że śmierć następuje nad wyraz prędko. Starczy kilkanaście kropli, a nawet rosły mężczyzna padnie w kilka minut. To znaczy mówię to jako przestrogę, a nie instruktaż, ma się rozumieć.

- A masz jakieś odtrutki, albinko?

- Znacznie łatwiej zatruć niż uleczyć to, co zatrute. Mam tu gdzieś wywar z płatków nasturcji i suszonych liści jesionu, acz na mocniejsze trucizny i tak jest on bezsilny. – Mówiąc to, kobieta przeszukiwała szpargały na podłodze. Gdy znalazła jakąś małą buteleczkę, wręczyła mi ją, mówiąc: – Proszę, weźcie to, na zdrowie.

- Czemu nie dasz nam mocniejszej odtrutki, skoro ta na niewiele się zda?

- Bo nie mam, panie raisRais(hur.) wódz.. Przyniesie mi pan świeżą krew mangusty albo serce smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający., to sporządzę miksturę, co zwalczy każdą truciznę.

- Zabierajmy się stąd – warknęła do mnie po huryjsku Vijani. – Zaraz przesiąkniemy na wylot tym zielskiem!

Odmruknąłem na zgodę. Sięgnąłem jeszcze po jedną z buteleczek, tych z mocniejszą trucizną.

- To nam się może przydać, albinko – rzuciłem, idąc już do wyjścia.

- Jak to? – oburzyła się kobieta. – Chcecie mnie tak zostawić tu z tym martwym ciałem?

- W żadnym razie – odparła Vijani. – Pomożemy ci. – Wtedy obdarła martwego bezogonaBezogon(więz.) człowiek. ze spodni i nożem odcięła jego umyUmy(hur.) męskie organy płciowe., jak to miała w zwyczaju. Zaskwierczało, gdy wrzuciła je w żar murowanego pieca, co stał pośrodku izby. – Z resztą trupa zrób, co tylko zechcesz, rzeżuchoRzeżucha(więz.) starucha.!

Albinka, żywo dotknięta tym widokiem, krzyknęła tylko:

- Ależ dlaczego odcięłaś mu męskość!?

Vijani obróciła się w drzwiach, spojrzała z pogardą na zielarkę i rzuciła tylko:

- W waszym języku nazywacie to męskością? Wam, ludziom, prawdziwie nie brak poczucia humoru!


Przypis tłumacza

Rozmawiałem z tutejszym raisemRais(hur.) wódz.. Przekonał mnie, bym pozostał przynajmniej jeszcze kilka dni – zaprosił mnie na łowy, jakie mają się odbyć podczas najbliższej koniunkcji Eirini i Polemos. Całe stado ma w nich brać udział. Do raisaRais(hur.) wódz. nie docierają jednak moje obawy. Tak jak nie widzi niczego niestosownego w opowiadaniu młodym o mordowaniu ludzi. Radzi, bym dla rozluźnienia umysłu zaprosił którąś z hurianek do spółkowania. To jakaś niedorzeczność!

rozdział

- Przestań się tak wiercić! – warknąłem do Vijani.

Już przeszło godzinę nanosiłem tatuaż na jej sierść. Mi brakowało wprawy, jej – cierpliwości. Narzędzia, jakie miałem wówczas pod ręką, były tylko odrobinę mniej prymitywne od tych, jakie sporządzaliśmy sobie w celi. Za igłę służyło mi żelazne szydło, używane bodaj do napraw skórzanych kurtek albo spodni. WzórWzór(hur.) tatuaż funkcyjny. był mojego pomysłu, a to nie tak łatwo wymyślić taki, który dobrze leży zarówno na tigriańskich pręgach, jak i pardiańskich cętkach. W ramach czarnego barwnika mieliśmy popiół z kości, ale nie wołowych, jak to bywało w Młynie, a ludzkich. Ludzkich kości mieliśmy pod dostatkiem. Zarżnęliśmy jakiegoś mężczyznę, co mieszkał w niewielkiej jaskini dwie noce drogi na Bakburtę od chaty tamtej zielarki. Po nukachNuki(hur.) ślady zapachowe. czuć go było z kilku kilometrów. Żył w tak prymitywnych warunkach i był tak zaniedbany, jakby już przed wieloma laty postradał zmysły. Czuć było, że polował na ludzi i żywił się ich mięsem, a gdy przeszukiwaliśmy jego norę, znaleźliśmy tam całe mnóstwo bezogonichBezogon(więz.) człowiek. szczątków, głównie starych kości. Te kości nas zainspirowały. Pomyśleliśmy, że przecież brakuje nam jeszcze wzorówWzór(hur.) tatuaż funkcyjny. naszej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. W mojej sierści było jeszcze widać ślady znaku celi numer jeden, jaki nanieśli mi za czasów Jangi. Natomiast Vijani miała już tak czyste futro, jakby nigdy nie nosiła tatuaży.

- To nic takiego, tak już mam – odparła, gdy ją o to spytałem.

- Ale jak to możliwe? – drążyłem temat. – Aż tyle znów czasu nie minęło od szturmu, by doszczętnie wyblakła ci cała akwarelaAkwarela(więz.) barwnik do tatuażu. przypis  Czyli farba.! FiguryFigura(więz.) więzień funkcyjny. nie przyjęły cię wtedy do burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. czy co?

- Przyjęły, przyjęły. Jakże mogliby się sprzeciwić bukatomBukat(więz.) strażnik.? Ale nie chcę do tego wracać, raisieRais(hur.) wódz.. Było, minęło.

BurtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Jangi do samego końca miała cię za zdrajczynię.

BurtaBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. Jangi? Czyli ty także?

- Nie, ja nie.

- Nie? A dlaczego akurat ty nie?

- Bo ja wiem, kto był zdrajcą.

Vijani rzuciła mi przenikliwe spojrzenie. A ja powiedziałem jej:

- Nigdy nie uwierzyłem, że mogłabyś nas zdradzić. Posądzałem Jangę, ale i ja się myliłem. UchemUcho(więz.) donosiciel. był Sharia.

- Sharia? Jakim cudem?! Kto tak twierdził?

- Chekechea.

- Chyba sobie żartujesz! A skąd on niby wiedział?

- Powiedz, widziałaś kiedyś tam, na górze syna Ordina?

- Syna Ordina? Małego albińskiego chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode. o bujnej, skołtunionej grzywie, który wtryniał się zawsze tam gdzie nie trzeba? Tak, nieraz plątał mi się pod nogami.

- Kiedyś myślałem, że Chekechea sobie go wymyślił... Ale, jak sama mówisz, ten mały albin był prawdziwy. Słyszał, jak Sharia wydał bukatomBukat(więz.) strażnik. Zinaę. A potem, gdy cię już nie było, opowiedział o tym Chekechei.

- Jeden chekecheaChekechea(hur.) huryjskie młode. opowiedział drugiemu chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode.. Na demony! FrantFrant(więz.) głupiec. z ciebie, jeśli dałeś wiarę takim bajkom!

- Tamten mały mówił też o przyjeździe tego całego księcia Herrhausena. Wiem skądinąd, że to prawda.

- Powiedziałeś burcie o Sharii?

- A komu by to co pomogło, Vijani? Ogona by ci to nie zwróciło.

- I tak nikt by ci w to nie uwierzył. Ja nie wierzę.

- To w końcu czym się zajmowałaś u figurFigura(więz.) więzień funkcyjny.?

- Głównie rozładunkiem, jak większość. Odbieraliśmy pełne kosze i opróżnialiśmy je z urobku na hałdy. W błocie, w deszczu, w śniegu... Jedyna zaleta, że widziałam prawdziwe drzewa, oddychałam świeżym wiatrem, a czasem czułam w sierści ciepłe promienie słońca.

- To skoro byłaś jedną z nich, to czemu cię nie wytatuowali?

- Nie zdążyli. Nim poprzedni wzórWzór(hur.) tatuaż funkcyjny. zdążył zejść z mojej sierści, nie było mnie już w Młynie.

- Jak to? Chcesz powiedzieć, że... uciekłaś? Jakim cudem?

- Rrrau, uważaj z tą igłą! – warknęła na mnie Vijani. Zamyśliła się.

- Na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel. nikt nie wiedział – rzekłem po dłuższej chwili. – BukaciBukat(więz.) strażnik. ani słowem się nie zdradzili.

- Nic dziwnego – odparła tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.. – MłynarzMłynarz(więz.) naczelnik. pewnie surowo zabronił. Jakby się to między burtamiBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. rozniosło, doszłoby do buntu. Do tamtej pory nikt przecież nie wydębiłWydębić(więz.) uciec. z Młyna.

- To jak tobie się to udało?

- Kończysz już z tym wzoremWzór(hur.) tatuaż funkcyjny.?

- Prawie. Mów, jak uciekłaś.

- Może... może innym razem.

- Twój raisRais(hur.) wódz. cię o to prosi.

Vijani westchnęła, a w jej nukachNuki(hur.) ślady zapachowe. czuć było zdenerwowanie. Wreszcie zaczęła:

- Był tam taki strażnik, albin, mówili na niego Erastis, ale musiał być z jakiegoś wysokiego rodu, bo przedstawiał się jako Erastis An’Haar. W hierarchii bukatówBukat(więz.) strażnik. był podporucznikiem, zarządzał częścią papugPapuga(więz.) strażnik, konwojent., odpowiadał przed Ordinem za wejściową bramę i figuryFigura(więz.) więzień funkcyjny. na powierzchni. Mnie upodobał sobie szczególnie, jeszcze przed tym, jak trafiłam na górę. Zawsze, gdy brali mnie na noc do tych swoich lochówLoch(więz.) dziura, pomieszczenie mieszkalne strażników., on był wśród nich. A potem, gdy nie miałam już ogona, zdarzało mu się wywołać mnie z celi figurFigura(więz.) więzień funkcyjny. albo nawet z tyrkiTyrka(więz.) praca. w ciągu dnia i prowadzić do swojego prywatnego lochuLoch(więz.) dziura, pomieszczenie mieszkalne strażników.. Zawsze wtedy był tylko on sam, lubił mieć mnie tylko dla siebie. Nigdy nie zrobił mi krzywdy, szanował mnie, no i zawsze dobrze karmił, gdy było już po wszystkim. Nie protestowałam, bo i po co? Szczególnie, że jamia z nim sprawiała mi nawet trochę... uciechy.

- Kilka miesięcy po tym, jak trafiłam do figurFigura(więz.) więzień funkcyjny. – ciągnęła nieprzerwanie Vijani, choć skończyłem już z jej tatuażem – Erastis umówił się z MłynarzemMłynarz(więz.) naczelnik., że mnie wypożyczy na przepustkę. Poza Młyn. Na kilka dni. Wywiózł mnie w eleganckim powozie w kierunku Rufy. Pierwszy raz od inwazji byłam tak daleko na wolności. Las był przepiękny, pachniał bajecznie, brzmiał jak muzyka. Gdyby nie łańcuchy, mogłabym pomyśleć, że całe to młyńskie życie to był jakiś koszmar, z którego właśnie się obudziłam... Dojechaliśmy do sporej rezydencji, zbudowanej nad potokiem wśród drzew. Kolumny, bielone ściany, płaski dach. Były tam powozownie, stajnie, osobne budynki dla służby, zadbane ogrody; z kuchni dobiegały rozkoszne zapachy sosów i pieczeni. W głównym, najwyższym i największym budynku dostałam własny pokój! Było w nim wielkie, miękkie łóżko z pościelą i poduszkami, a także kilka innych drewnianych, misternie rzeźbionych mebli, służących do przechowywania strojów, naczyń lub ksiąg oprawnych w skórę. Wszystko to oświetlało duże okno z widokiem na ogród. Wszędzie pełno było zdobień i ornamentów, o wiele piękniejszych niż te w czeluściach Młyna. Nawet ściany pokryto kolorowym, wzorzystym papierem... W całej tej posiadłości więcej było służby aniżeli straży. Nie mogłam tego nie wykorzystać. Drugiej albo trzeciej nocy, gdy Erastis przyszedł do mnie, poderżnęłam mu gardło nożem podebranym ukradkiem z kuchni. Przy okazji zabiłam też jego ojca, który wrócił właśnie z polowania czy czegoś tam i widział to wszystko. Parszywy, głupi typ, swoją drogą.

- Zatem tak odzyskałaś wolność – skwitowałem. – Jak pozbyłaś się kajdan?

- Erastis mnie z nich rozkuł zaraz po przyjeździe. Wolał mnie... naturalną, bez niczego. Jego strata.

- Od niego zaczęłaś obcinać bezogonomBezogon(więz.) człowiek. ich umyUmy(hur.) męskie organy płciowe.?

- Ich męskość, co? – zażartowała tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.. – Tak, od niego. W ogóle wtedy, tamtego dnia, wszystko to się zaczęło. Wzięłam jego kuszę i ruszyłam przed siebie, zabijając każdego albina, który stanął na mojej drodze. Trochę się błąkałam to tu, to tam. Któregoś dnia, czając się w jakiejś wsi, podsłuchałam rozmowę dwóch albińskich hidayHidaya(hur.) dorosła hurianka.. Mówiły, że po okolicy grasuje jakiś potwór i poluje na ludzi. Mówiły na niego Leśna Zmora. Gdy powiedziały, że potwór ten zostawił ciało mężczyzny pozbawione przyrodzenia, skojarzyłam, że mówili przecież o mnie. Chociaż wcale nie zjadłam jego umUmy(hur.) męskie organy płciowe., jak twierdziły. W miastach Meer i Yven na Bakburcie nazwali mnie Czarną Rozpaczą; gdy polowałam na żołnierzy wokół twierdzy Bakfort, nadali mi miano Kruczego Upiora; zaś tu, w tych stronach, jestem Białą Śmiercią. Jeśli wierzyć opisom, mam trzy metry wzrostu, szpony wielkości mieczy, diabelskie rogi, pojawiam się znikąd i znikam bez śladu. Wyobraź sobie, że według niektórych relacji mam nawet długi, ostro zakończony, trujący ogon! Dla mnie to budujące!

- Czyli ty w ogóle nic nie wiesz o tym, jak postawiliśmy dębaDęba stawiać(więz.) uciec.?

- Niewiele. Dowiedziałam się od bezogonówBezogon(więz.) człowiek., których miałam zamiar zamordować. Zeznali, że zgraja kotów zmasakrowała strażników, uciekła z kopalni i panoszy się po okolicy, dokonując mordów i rozbojów. Byli przekonani, że jestem jedną z was oraz że zachowam ich przy życiu, jeśli mi wszystko powiedzą...

- I puściłaś ich wolno?

- A jakaż to różnica? Nie, nie puściłam ich. Zaszlachtowałam jak wszystkich pozostałych... Ale przed tym, jak ich spotkałam, miałam dziwne sny. Śnił mi się Młyn. I Chekechea. Śniło mi się, że dałam mu blaszkę z rybą; nie mam pojęcia skąd ja miałabym ją mieć? A on w podzięce pokazał mi potem swoją tresowaną mysz.

- Siostrę? – zapytałem.

- Skąd wiedziałeś? Dokładnie tak ją nazwał w tym moim śnie! – zdziwiła się hidayaHidaya(hur.) dorosła hurianka.. – Dał mi trochę bomsuBoms(więz.) chleb., bym mogła ją nakarmić. Robiła różne sztuczki. Miała takie aksamitne futerko... A innego dnia śniło mi się, że wszystkie burtyBurta(więz.) wszyscy więźniowie z jednej celi. stały na szóstce w gotowości naprzeciw całej gromady bukatówBukat(więz.) strażnik. uzbrojonych po zęby. Wtedy te kamienne maszkarony, co tam były przyczepione do tych kolumn, ożyły nagle i starły wszystkich strażników w proch, torując naszym drogę... Kiedyś mi musisz opowiedzieć, Ario, jak naprawdę wyglądała ta wasza ucieczka.

- Nie uwierzyłabyś, gdybym ci powiedział. – Byłem zupełnie zaskoczony. Nie miałem pojęcia, co jej rzec. Jakim cudem Vijani przyśniła sobie to, co się tam zdarzyło, nie będąc tego świadkiem? A może to ja przyśniłem sobie ten sam sen, co Vijani? Jeśli tak, to sam już nie wiedziałem, jak było naprawdę! Ożywające kamienne bestie? Któż wierzy w takie brednie?!


Przypis tłumacza

Poznałem dzisiaj pewną huriankę. Ma na imię Mtiriri. To znaczy, oczywiście, znałem ją już wcześniej, jak wszystkich ze stada, ale teraz poznałem ją... znacznie bliżej. Ma tak puszystą, miłą w dotyku sierść... Podeszła dzisiaj do mojego hamaka, delikatnie przeciągnęła wibrysami po moim policzku i, patrząc mi ciągle w oczy... zaczęła mnie...

rozdział

Gdy błąkaliśmy się tak po albińskich ziemiach, podziwiałem wiosnę, nadającą wszystkiemu tak niecodzienny zapach i tak radosną barwę. Wyszedłem z Młyna przecież późną jesienią, więc dopiero wówczas, z Vijani zobaczyłem wszystkie te krainy w tych soczyście zielonych szatach. To było coś pięknego!

Czas szybko mijał, a rozjuszone demony wciąż pchały nas przed siebie. Krwawe polowanie trwało bez ustanku i bez wytchnienia. Mordowaliśmy ludzi wszelkich stanów, nie zważając na pozycję, wiek, majątek, jak i to, co mieli nam do powiedzenia. Ich śmierć dostarczała nam rozrywki i satysfakcji. Dzierżyliśmy władzę nad ludzkim życiem i od tej władzy się uzależniliśmy. Góry, lasy, łąki, doliny; miasta, wsie, przydrożne gospody, farmy, garnizony, świątynie, burdele – wszystko należało do nas. Bez żadnych ograniczeń. Wszędzie żyli bezogoniBezogon(więz.) człowiek., których życie zależało wyłącznie od naszego kaprysu. Zadurzeni w sobie, w szalonym transie gnaliśmy przed siebie przez nasze włości. Dopiero wtedy poznałem, co to prawdziwa wolność. A przynajmniej tak mi się wówczas wydawało. Jedliśmy, co tylko wpadło nam w ręce z albińskich spiżarni. Vijani brała czasem jakieś błyskotki dla zabawy, ale złoto zostawialiśmy za sobą – nie było nam do niczego potrzebne. Gdy nie polowaliśmy, uprawialiśmy jamię – na całość, do upadłego, bez opamiętania i bez kontroli. Doskonale się uzupełnialiśmy. Nawzajem podsycaliśmy ten płomień, spopielający każdego, kto tylko stanął nam na drodze. Nigdy moje życie nie było tak intensywne jak wówczas. Niegdyś nie uwierzyłbym, że złamani przez Młyn bylibyśmy w ogóle do tego wszystkiego zdolni.

To prawda, nieraz zmuszeni byliśmy uciekać i chować się przed wojskiem lub wieśniakami uzbrojonymi w widły i pochodnie. Pewnego razu z ledwością uszliśmy z życiem straży miejskiej. To było na kolejną wiosnę – już ponad rok trwała ta nasza wspólna krucjata przeciw bezogonomBezogon(więz.) człowiek.. Byliśmy wówczas w Farenfurcie – ładnym, zadbanym mieście daleko na dziobową Bakburtę od Młyna. Jako nieliczne nie odurzało zaraz po przekroczeniu murów uryną, odchodami i resztą albińskich nukówNuki(hur.) ślady zapachowe.. Nie było tam nawet tych obfitych we wszelkie informacje rynsztoków, płynących zwykle środkiem ulic i obwieszczających o stanie zdrowia i majętności dzielnicy. Gdzie nie spojrzeć ogrody, trawniki, żywopłoty, drzewa, kwiaty w donicach. Woda tryskała w górę z kamiennych rzeźb; istny cud natury! Znaleźliśmy tam przytulną kryjówkę na opuszczonym strychu starej, ceglanej kamienicy. Nocami wyruszaliśmy na łowy, włamując się do mieszkań, mordując całe rodziny śpiących w nich albinów i wyżerając ich luksusowe mięso. Za dnia oddawaliśmy się sjeście bądź jamii.

Nasza radosna beztroska trwała ledwo kilka dni. Tyle czasu potrzebowała wówczas tamtejsza straż, by znaleźć sprawców tych krwawych rozbojów. Aby nas wytropić, zatrudnili jakiegoś ogrińskiego myśliwego; mieli nawet tresowanego wilka! Z hukiem wparowali na strych, wyrywając nas ze snu. Vijani poderwała się momentalnie i jednym susem skoczyła przez okno, rozbijając w pył drewnianą ramę i okiennicę. Nie zdążyła nawet zabrać ze sobą swojej kuszy! Nie myśląc długo, chwyciłem tylko za łuk i rzuciłem się za nią, nim tamci mnie dosięgli. W locie dostrzegłem strażników, czekających już na nas na dole. To była zasadzka! Wskoczyliśmy wprost w ich żelazne łapska. Pojmali nas i zawlekli do aresztu, przeciskając się przez rozjuszoną ciżbę gapiów, obrzucających nas wyzwiskami, kamieniami i zgniłymi owocami. Straży ledwo udało się wybronić nas od publicznego linczu. Mieliśmy mieć prawdziwy, sprawiedliwy proces sądowy i to już następnego dnia. Tak zarządził lokalny sędzia i kategorycznie zabronił stracić nas od razu. Podobno był amfionemAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. przypis  To taki gatunek jakby pomiędzy ludźmi a huriami. Tak jak i my całe ciało pokryte mają sierścią i chodzą na dwóch nogach, ale ubierają się w suknie oraz w togi i mieszkają w miastach jak ludzie. Jedynie twarze mają podobne pyskom dzikich psów. Na całym świecie słyną ze swej praworządności – ponad wszystko ukochali prawo. Przyjdzie czas, że jeszcze opowiem wam o amfionach....

Nie doczekaliśmy wówczas tego sprawiedliwego procesu. Zamknęli nas w podziemiu w osobnych celach. Była już noc. Ja, pełen czarnych myśli, rozpaczałem nad naszym losem; zaś Vijani, w ogóle się nim nie przejmując, miała ochotę jedynie na jamię. Do tego stopnia, że wdzięczyła się do jakiegoś bukataBukat(więz.) strażnik., co nas tam pilnował. Była wręcz nieznośnie nachalna – na moich oczach pozwoliła mu się dotykać przez pręty krat po własnych ukachUki(hur.) żeńskie organy płciowe., a potem skłoniła go, by wkradł się do jej celi, zapewniając, że ma na niego ochotę. Po nukachNuki(hur.) ślady zapachowe. czuć było, że wcale nie udawała ani pożądania, ani też przyjemności. Akt jamii, jaki dokonał się na moich oczach, był na swój sposób piękny, pełen pasji i obustronnego zaangażowania, jednak byłem nim niemal zażenowany. Do momentu aż w świetle pochodni błysnęło ostrze noża, które Vijani wbiła strażnikowi prosto w szyję. To był jego własny nóż, co go nosił przy pasie. Dał się podejść w tak banalny sposób... To zaskakujące, jak bardzo mężczyźni albinów tracą rozum, gdy zwęszą w powietrzu szansę na akt jamii. Odepchnięty zsunął się na posadzkę, a gdy skonał, tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. odcięła jego umyUmy(hur.) męskie organy płciowe. i rzuciła nimi w kąt. Wzięła również klucze.

Takim sposobem wyszliśmy z cel. A gdybym się wówczas nie uparł, by odzyskać mój łuk, może udałoby się nam umknąć z tego aresztu zupełnie niepostrzeżenie. Nadłożyliśmy jednak drogi i zauważyli nas, gdy już wychodziliśmy przez kuchnię. Rzucili się w pogoń. W tych ich stalowych zbrojach nie byli w stanie nas dogonić, tyle że puścili za nami jeszcze tego wilka! Wściekle umięśniona bestia na czterech łapach! Nie wiem, skąd oni go wzięli? Bydlę było tak przerośnięte, jakby futrowaliFutrować(więz.) jeść. go najlepszym mięsem! Cwałując na zabój, wbiegliśmy do jakiejś podrzędnej dzielnicy. Niemal nas już miał, ale skoczyliśmy na jakieś schody, z nich na balkon, stamtąd wąskim gzymsem wdrapaliśmy się na dach. Zajadłe bydlę zostało na bruku, choć nie traciło zapału. Zadyszeni i źli, mknąc po dachówkach, dotarliśmy do miejskich murów. Wskoczyliśmy na nie i przebiegliśmy kawałek, by dostać się nad rzekę. Zeskoczyliśmy prosto w jej lodowaty nurt, chcąc zatrzeć nasz trop. Nim nastał ranek, byliśmy daleko poza Farenfurtem. Zmęczeni, zziębnięci, przemoczeni i wyprani z własnych nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe., ale przecież wolni. Od tamtego czasu musieliśmy być ostrożniejsi. Ciągle mieliśmy wrażenie, że ten wilk wciąż nas jeszcze goni. Poza tym ciągnęły się za nami listy gończe. Niemało oferowano za nasze głowy.

Zwykle jednak to bezogoniBezogon(więz.) człowiek. uciekali przed nami. Budziliśmy postrach, a widmo dwóch trzymetrowych, rogatych upiorów o półmetrowych szponach rosło w ich sercach. Szczególnie, że w tamtym czasie Vijani posługiwała się parą stalowych pazurów – nieco egzotyczną bronią zapinaną na przedramiona, zbudowaną z trzech ostrzy o długości krótkich mieczy. Jak mówiła, chciała doścignąć legendę, jaka szła przed nami. W istocie uzbrojona w takie pazury wyglądała zabójczo. Miały tak zmyślną konstrukcję, że założone nie przeszkadzały nawet w operowaniu kuszą. Kuszę zdobyła wcześniej od pewnego nieostrożnego wojaka z któregoś fortu, nie pamiętam już którego. Ja wolałem zostać przy moim łuku, toteż dobrałem sobie dwa lekko zakrzywione sztylety – idealne do walki w bliskim starciu. Wybór był zaskakująco duży jak na podmiejskiego kowala, do którego zawitaliśmy w środku nocy. Normalni ludzie śpią o takiej porze, a on, pochłonięty kuciem, nawet nie usłyszał, jak weszliśmy. Chwilę obserwowaliśmy go, czając się za skrzyniami. Piękny to był widok, jak całe stada roztańczonych ogników błyskały jaskrawo i rozbiegały się na prawo i lewo w takt uderzeń młota. Kowal desperacko próbował się bronić rozżarzoną do czerwoności głownią miecza, ale leżąc na ziemi przebity bełtem i strzałą nie miał już żadnych szans.

Latem tamtego roku nasze krwiożercze demony pognały nas na daleką dziobową Bakburtę, do portu w Marlinhaven. Patrzyliśmy stamtąd na Wielką Wodę, myśląc sobie, że gdzieś tam za horyzontem jest nasz dom. A przynajmniej kiedyś był. Szliśmy stamtąd wzdłuż wybrzeża w kierunku Rufy, mijając rybackie wioski. Tak dotarliśmy do Hawkshaven. Nie przekroczyliśmy granic Terahandearu, acz miasto to zamieszkałe było głównie przez barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., albinów było tam niewielu. Pierwszej nocy czyhaliśmy na jakąś nieostrożną duszę pod jedną z portowych tawern. Obwąchiwaliśmy ścianę, przy której bywalcy tego przybytku oddawali mocz. Była to istna galeria nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe., zdominowana co prawda koalim trunkiem, ale pełna barwnych historii. Starzy, młodzi, tłuści, chuderlawi, chorzy, napaleni, zrozpaczeni; miłośnicy ryb, pasjonaci jajecznicy z jaj kobuda oraz tacy, co żywili się wyłącznie alkoholem. Do wyboru, do koloru! Wszystko na wygodnej do wąchania wysokości, nie trzeba się nawet za bardzo schylać. A mówi się, że bezogoniBezogon(więz.) człowiek. nie zostawiają śladów zapachowych! W pewnym momencie natrafiłem na świeże nukieNukie(hur.) ślady zapachowe., które zupełnie mnie zmroziły. Znaliśmy ten zapach. Znaliśmy go bardzo dobrze.

- Nie może być! – rzekła zdumiona Vijani.

Zaczailiśmy się przed wejściem i czekaliśmy. Trwało to kilka godzin, ale wreszcie, jakoś w środku nocy, wyszedł. Był przygarbiony i schorowany. Każdy krok stawiał z trudem, podpierał się zresztą laską. Przesiąknięty był koalim moczem gorszej próby, ale się nie zataczał. Nie był wcale pijany. Nie miał na sobie zbroi ani nawet swego rogatego hełmu. Miał za to drewnianą nogę, którą stukał o bruk. No i zapach, którego nigdy nie zapomnę. Turam. Klucznik Młyna. Zaczęliśmy go śledzić.

Mieszkał w dzielnicy biedoty; zresztą w Hawkshaven obejmowała ona wówczas większą część miasta. Zajmował niewielką piwnicę – przez zabite deskami otwory na wysokości bruku widać było, jak zszedł do niej ze świecą. Kiedy ją zgasił, ruszyliśmy.


Przypis tłumacza

Wraz z całym stadem wziąłem dziś udział we wspólnych łowach. Rozkazali mi trzymać się z tyłu, ale nie przeszkodziło mi to w obserwowaniu ich technik. Zadziwiające, jakże potrafią współpracować na odległość, jak zaganiają zwierzynę, jak przewidują jej ruchy, jak wykorzystują teren, by ułatwić sobie zadanie. Każdy ma w tym swoją rolę. Jakże oni są skuteczni i sprawni! Zaś upieczone, wspólnie złowione mięso smakuje wybornie.

rozdział

‑ Ani drgnij! – warknęła Vijani, napierając strzemieniem kuszy.

- Czego chcecie? Nic nie mam! Jestem nikim!

- Mylisz się – zaprotestowałem. – Ty jesteś Turam An’Akkarath, klucznik Młyna, syn Turama At’Timmerach, zwanego Żelazną Bramą! – wyrecytowałem z pamięci.

Przywiędły bezogonBezogon(więz.) człowiek. łypał na nas tępo, jakbyśmy pomylili go z kimś innym. Wreszcie odchrząknął i odparł posępnie tym swym niskim głosem:

- I tak, i nie.

- Ależ tak, wszędzie poznam twój zapach!

- Nie wiem, czego ode mnie chcecie – wycedził przez zęby – ale raczcie wpierw zabrać ze mnie to żelastwo, nim wystrzeli w czyimś kierunku!

Nie czuć było po nim lęku. Jego nukiNuki(hur.) ślady zapachowe. pachniały starym, zniedołężniałym bezogonemBezogon(więz.) człowiek.; zdradzały słabość do koalego moczu i wieloletnią niechęć do higieny. Niewiele ponadto. Skinąłem na Vijani, by dała sobie spokój z tą kuszą. Dopiero wtedy powiedział:

- Nie wiem, jak mnie tu znaleźliście, ale teraz to i tak już bez znaczenia... Jesteście huriami i uciekliście podczas buntu, nie mylę się?

- I tak, i nie – rzuciłem, gdy ze względu na mrok nie zauważył ruchu mojej głowy. Musiał nas ledwo dostrzegać w tych ciemnościach, jakie tam panowały. My widzieliśmy go całkiem znośnie. Wytężył wzrok.

- Ale huriami to jesteście. Tyle widzę. Która cela?

- Pierwsza – odparłem, choć przecież na początku byłem w dwójce, u Radży, zaś Vijani pod koniec przeszła na górę do figurFigura(więz.) więzień funkcyjny..

Pokiwał głową, po czym zaczął:

- Byłem klucznikiem w tej waszej huryjskiej kopalni, to prawda; i prawda też, że nosiłem to przydługie imię. Ale z kopalni uciekłem, a imienia od dawna już nie używam... Zresztą jedynie udawałem, że należało do mnie.

- Jak to... udawałeś?

- Naprawdę mam na imię Sjarm, ale znałem prawdziwego Turama. Był rotmistrzem z regimentu Tussandera, pod którym i ja służyłem jako najzwyklejszy żołnierz piechoty. Nie trzymałem jednak strony albinów z Terahandearu, ani nawet sprzymierzonych z nimi barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., choć przecież sam jestem barbarzyńcąBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.. Moją ojczyzną zawsze była Amfia.

- Amfia?

- Tak. To ona uratowała mi życie i nauczyła Praw. Byłem jeszcze szczeniakiem, gdy podczas wielkiej wojny z Chaosem moja rodzina umknęła do Pesce, rybackiej wioski w bakburckiej Amfii. AmfioniAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. dali nam schronienie, otoczyli nas opieką, szacunkiem i godnością. Tam wszystkie istoty rozumne, bez względu na gatunek, są wolne i równe wobec prawa. Nawet wy byście byli. Albini zabrali was z waszej dżungli, zakuli w kajdany i zmusili do nieludzkiej pracy w kopalni. Gdybyście trafili na amfiońską ziemię, wolność otrzymalibyście z urzędu; niewolnictwo od lat jest tam zakazane.

- Bez bimbaniaBimbać(więz.) żartować.... Sjarm! – przerwała mu Vijani. – Chcesz nam kit wcisnąć, że te psy przyjęłyby nas z otwartymi ramionami?

- Nas tak przyjęli, hurianko, choć wielka wojna trwała jeszcze. Wraz z innymi uchodźcami jako wolni ludzie pracowaliśmy ramię w ramię z amfionamiAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. w rolnictwie, rybołówstwie, kowalstwie czy innym rzemiośle. Trwaliśmy tak przez lata aż do czasu, gdy przymaszerowały wojska Terahandearu, burząc cały ten porządek. Imperium napadło na Amfię, łamiąc wszelkie możliwe traktaty pokojowe, i zawłaszczyło sobie część jej ziem pod pretekstem walki z Kruczą ArmiąKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie.. Palili amfiońskie wioski, rabowali, gwałcili, zabijali. Pesce niemal zrównali z ziemią. Cóż miałem czynić? Uciekłem przed tym pogromem na bagna, by nie poszli moim tropem. Gdy tak szedłem na Sterburtę, bogowie zesłali mi pewnego milczącego amfiońskiego mędrca. Nie uwierzycie, ale porozumiewał się ze mną za pomocą myśli...

- Tak, kiedyś to już słyszałem – mruknąłem cicho pod nosem.

- To ten mędrzec mnie zachęcił, bym wrócił na Bakburtę i wstąpił w szeregi Terahandearu – ciągnął barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.. – Miałem znaleźć sposób, by rozbić najeźdźcę od środka i zwrócić Amfii zagrabione jej ziemie. I nie chodziło wcale o Kruczą ArmięKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie., a o Terahandear. Zawróciłem więc i się zaciągnąłem. Rzucili mnie od razu na sam front. Wielu tam służyło barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. przekonanych, że walczą o swój własny kraj. Nawet amfiońskich wieśniaków mordowali w dobrej wierze. Szybko zrozumiałem, że jako zwykły żołnierz piechoty niczego tam nie osiągnę...

- No ale w Młynie nie byłeś szeregowcem – zauważyłem. – Wysoko się wspiąłeś w tej ich hierarchii. Ile czasu ci to zajęło?

- Może z dziesięć minut.

- Dziesięć minut? Jakim cudem? Zgładziłeś smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający., czy co?

- Nadarzyła mi się pewna... okazja... To zdarzyło się na Piekielnych Ziemiach, jakieś kilkanaście kilometrów za linią frontu. Niebo zasłaniały gęste, burzowe chmury, czarny piach sypał się pod podeszwami, a my szliśmy całym regimentem na jedną z tych opuszczonych strażnic. Mieliśmy ją odbić. Ramię przy ramieniu, tarcza przy tarczy, oręż przy orężu. Parliśmy naprzód jak jaki stalowy wąż o łuskach z metalu, wierząc, że nic nas nie powstrzyma. Wpadliśmy w zasadzkę Kruczej ArmiiKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie.. Zza wzgórz wyrósł cały las włóczni, stanęliśmy jak wryci. A potem cały legion tych umarlaków i kościotrupów ruszył na nas niczym błotna lawina. Było ich zbyt wielu, rozgromili nas do cna; zmasakrowali cały nasz regiment... Ocknąłem się pod stertą ciał, wygrzebałem się stamtąd. Była noc. Ze zdziwieniem odkryłem, że prócz sińców i zadrapań nie jestem szczególnie ranny. Nie mam pojęcia, który z bogów zechciał zachować mnie przy życiu, amfioniAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. przecież żadnego nie wyznają – wierzą jedynie w prawo. Niemniej jednak jakimś cudem przeżyłem. Wśród martwych ciał natrafiłem na Turama, naszego rotmistrza, żył jeszcze. Wytargałem go stamtąd, krwawił obficie z nogi. Lewą łydkę zmiażdżyło mu coś ciężkiego i tępego. Wyglądało to paskudnie, ale zatamowałem, jak tam umiałem, i pomyślałem, że miał szanse. Wziąłem go na barana i ruszyłem do obozu. Chciałem uratować choćby jednego z tego pogromu. „Dziękuję ci”, wystękał wtedy i dodał: „Przypomnij mi proszę twe imię”. „Jestem Sjarm”, odpowiedziałem. A on powiedział to, co pamiętam do dziś: „Może ją ocalą, tę nogę. Jeśli nie, to ześlą mnie w głąb Imperium, na cóż tam się przydam?”. To podsunęło mi iście szatański pomysł... Był tam po drodze zagajnik wielkich grzybów, rozjaśniających noc zimną, niemrawą poświatą. Na Piekielnych Ziemiach sporo takich rośnie. Zatrzymaliśmy się tam na chwilę odpoczynku. Ułożyłem ciało rotmistrza pod jednym z tych ogromnych kapeluszy i samemu też usiadłem, by zebrać siły. Powiedziałem do Turama: „Mam coś, co uśmierzy twoje cierpienie”. Odmówił, mówiąc, że wytrzyma, w końcu był barbarzyńcąBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.. Typ był twardy jak baluchteriumBaluchterium(przyr.)ogromny ssak roślinożerny., ani na chwilę nie stracił przytomności. Nie spodziewał się, że wezmę żołnierski koc i z zimną krwią go nim uduszę. Rzucał się długo, ale w końcu wyzionął ducha.

- Jak to? – rzuciłem zaskoczony. – Przecież był twoim rodakiem! BarbarzyńcąBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. tak jak ty!

- Mówiłem już. Moją ojczyzną zawsze była i po dziś dzień jest Amfia, zaś moimi rodakami są amfioniAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców., których ci barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. szlachtowali z albińskiego polecenia... Tak. Zamordowałem go. Potem zdarłem z niego hełm, zbroję, resztę rynsztunku i ubrania. Założyłem to wszystko na siebie, ubierając martwe ciało Turama w moje stare szmaty. Teraz to ja byłem Turamem An’Akkarath, synem Turama At’Timmerach, zwanego Żelazną Bramą.

- Czyli udawałeś, że byłeś kimś innym. Jakże reszta mogła tego nie zauważyć? Nie poznali cię po nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe.?

- Po czym znowu?

- Po zapachu – wtrąciła Vijani.

- Nie, gdzieżby tam? W koszarach wszyscy pachną podobnie. Poznać by mnie mogli barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. z regimentu, ale wszyscy zginęli przecież w tej bitwie z Kruczą ArmiąKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie.. Przynajmniej tak mi się wówczas zdawało. Zaś albinom to nawet z twarzy barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. się mylili. Tyle że musiałem mieć pewność. Zmasakrowałem Turama tak, by nikt go nie poznał, wziąłem na barana jego martwe ciało i ruszyłem do obozu.

- Targałeś tego trupa? Po co? – dziwiła się hurianka.

- By móc powiedzieć strażnikom, że niosę jedynego ocalałego z pogromu i udać zdziwienie, że wyzionął ducha na moich barkach. Inaczej gotowi byliby wziąć mnie za dezertera i skazać na szubienicę. Mój plan nie był jednak idealny. Gdy zdawałem raport jednemu z albińskich dowódców w jego namiocie, ten w którejś chwili stwierdził: „Zaraz, przecież znam Turama. Hełm i zbroja się zgadzają, ale nos i oczy już nie! Nie wiem, skądeś się wziął, ale rotmistrzem to ty nie jesteś!”. Musiałem działać szybko. W chwili, gdy albin nabierał powietrza, by zawołać straże, rzuciłem w niego nożem, którego trzymałem w pogotowiu, doskoczyłem i poderżnąłem mu gardło. Szczęśliwie byliśmy w tym namiocie sami. Nie myśląc ani chwili, wbiłem sobie ten nóż głęboko w nogę i przeorałem nim własne mięso aż do kości, niemalże tracąc przytomność. Resztkami sił zakrzyknąłem na straże, a gdy przybiegli, ryknąłem tylko: „Zdrajca! W brązowej pelerynie! Tam uciekł!”. Ledwo zdążyłem pokazać ręką ścianę namiotu i zapadłem w ciemność.

- Czyli to sam obciąłeś sobie nogę!

- Nie, tylko zraniłem ją głęboko, mówię przecież.

- No ale gdyby nie ta rana, miałbyś obie nogi.

- Gdyby nie ta rana, byłbym martwy. Musiałem jak najszybciej znaleźć się daleko od ludzi, którzy znali prawdziwego Turama i mogliby odkryć mój fortel. A pamiętacie, co mówił, gdym go niósł? Bał się, że przez kalectwo zabiorą go w głąb Terahandearu. Taki właśnie miałem plan! I rychło się ziścił. Gdym się obudził w szpitalu polowym obozu, to nogi już nie było. Wdarło się jakieś zakażenie czy co i te cholerne albińskie konowały musiały mi ją amputować. Ale dzięki temu odesłali mnie z dala od frontu. Najpierw trafiłem do obozu w Muto, to kawał drogi na rufową Bakburtę stąd. Wówczas to była maleńka wioska wśród gór i lasów na głównym trakcie do albińskiej części Imperium. Gdy wydobrzałem i nauczyłem się chodzić od nowa, wysłali mnie na Sterburtę, do Warenfortu. Albini stwierdzili jednak, że nie przyda im się taki kuternoga w załodze i skierowali mnie do tej waszej huryjskiej kopalni, którą mieli na swoim terenie. Resztę w zasadzie już wiecie...

- To zdaje się, że nie udało ci się rozbić najeźdźcy od środka – wycedziła przez zęby Vijani. – Ten cały Terahandear wciąż się trzyma!

- Jak to? To wy nic nie wiecie? – Sjarm zmarszczył brwi i próbował w ciemności wyczytać coś z naszych twarzy. – Imperium Terahandearu upadło! Przecież to wasi pobratymcy się do tego przyczynili tym swoim zamachem!


Przypis tłumacza

Młode ze stada pokazywały mi dzisiaj kilka pardiańskich gier. Odwdzięczyłem się im, ucząc ich naszej chezyCheza(przyr.) mesejska gra w piłkę.. Za piłkę posłużył wypchany i zszyty pęcherz antylopyAntylopa(przyr.) iakk sawannowy.. Boiskiem była cała sawanna. Młode były co prawda chętne do gry, ale traktowały ją wyłącznie jako zabawę. Mimo moich usilnych prób nie udało mi się w nich zaszczepić sportowego ducha. Jeszcze gorzej było ze starszymi. Próbowałem ich przekonać do udziału, ale oni nie uprawiają nawet ćwiczeń fizycznych, a wszelką aktywność, która nie dąży do napełnienia żołądka lub choćby pośrednio do jakiejś cielesnej przyjemności, uznają za zbędną. Od wszelkich zabaw i sportu wolą drzemkę. Ludzie sieją pola i hodują zwierzęta, aby mieć więcej wolnego czasu. Wolny czas przeznaczają na rozwój kultury – na obrzędy, sztukę, naukę, rozrywkę, rzemiosło, sport. Hurie nie sieją i nie hodują, a polują, zaś praktycznie cały wolny czas, jakim dysponują, przeznaczają na sjestę. Uważają ją za najwyższą formę aktywności.

rozdział

- Że jak? Co to znowu za kit, bezogonieBezogon(więz.) człowiek.? – rzuciła Vijani.

- Część z waszych po ucieczce z tej huryjskiej kopalni ruszyła na Sterburtę, a potem na Dziób – przyznał Sjarm. – Palili albińskie wioski, mordowali ludzi i umykali wojsku, które deptało im po piętach.

- Radża – stwierdziłem cicho.

- Zabili najwyższego naczelnika Banku Albińskiego, narobili szkód w Borwoldzie, niemal spalili Thurimdorf, zrujnowali Vixenhelm – wyliczał na palcach barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. – a potem... potem ruszyli na Thurimheim, samą stolicę Imperium. To się zdarzyło ledwo kilka miesięcy temu.

- I co? Gadaj, co było dalej, bezogonieBezogon(więz.) człowiek.! – warczała Vijani.

- Zabili go? – wyrwałem się. – Zabili cesarza?

- Niestety nie – odparł z grobową miną. – Wasi krewni zaplanowali napaść na konwój karocy, ale cesarska gwardia wystarczyła, by odeprzeć ich atak. Niemalże bezstratnie. Tych z hurii, którzy to przeżyli, stracono publicznie jeszcze tego samego dnia przypis  Historia wspomina o tym nieudanym zamachu – niektórzy z historyków nazywają go wręcz kocią rewolucją i upatrują w nim jedną z przyczyn upadku Imperium. Był to 37 dzień Dahabii 22 cyklu, roku wtórego – zob. Wiek postmagnibelliczny..., s. 325 – przyp. GE..

Aż zamarłem, gdy pomyślałem o Fadhili, mojej siostrze. Była przecież z nimi.

- Ale nie trapcie się, nie wszystko stracone – kontynuował Sjarm, choć ledwo do mnie docierało to, co do nas mówił. – Zaraz po tej napaści cesarz w obawie o własne życie uszedł ze stolicy do swego letniego pałacu w Thurimdorfie. Do obrony zabrał ze sobą część imperialnej armii...

- Po co wy nas tu w ogóle przywlekliście? – zapytałem z goryczą.

Sjarm zamilkł, zaczął błądzić wzrokiem po pokoju.

- Po co w ogóle był ten cały Młyn? – warczałem. – Kto na tym cokolwiek zyskał? Czego wy, ludzie, od nas chcieliście? Po co wam była ta cała inwazja na nasze ziemie? Czemu nie zostawiliście nas w spokoju?

- Potrzebne były ręce do pracy, hurio – odparł twardo Sjarm. – Terahandear w obawie przed Kruczą ArmiąKrucza Armia(przyr.) niedobitki sił Chaosu pozostałe po Wielkiej Wojnie na Bakburcie. budował ogromny mur wzdłuż Wielkiego Uskoku, dzieląc przy okazji na pół barbarzyńską ojczyznę. Do jego wzniesienia potrzebowali huryjskich niewolników. Popłynęli więc i wzięli, co chcieli.

- Mieliśmy budować wam jakiś mur? To jakim cudem trafiliśmy do tego Młyna?

- Z albińskiej zachłanności, nic ponadto. Wzięli was tak wielu, że nie zmieściliście się naraz na skorupę gigantycznego żółwiaŻółw gigantyczny(przyr.) olbrzymi gatunek żółwia morskiego, pływająca wyspa. Używany do przewozu towarów, pasażerów lub wojska. przypis  To przeraźliwie ogromne bestie, ale traktować je trzeba raczej jak pływające wyspy niż jak zwierzęta. Są łagodne i strasznie powolne. Żyją tak długo, że powszechnie uznaje się je za nieśmiertelne. Na skorupach mają zbudowane całe osiedla domów, magazynów i pomieszczeń załogi. Na większości rosną nawet drzewa! Te wodne miasta kursują tylko między większymi portami, potrzebują bowiem specjalnej zatoki, by bezpiecznie przybić do brzegu.. Musieli kilka razy obracać nim tam i z powrotem – ciągnął Sjarm – by wszystkich przeprawić przez morze. Trwało to tygodniami. Część ginęła po drodze z głodu i wycieńczenia. Tych, co nie poszli na mur, rozsiali po całym Imperium. W tym także do tej kopalni. Tyle że to albini byli. To albini wtargnęli w wasze ziemie i zrobili z was niewolników! BarbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. w to nie mieszaj, hurio.

- Bzdura! W szeregach Terahandearu służą też barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.!

- Służyli, ale nie dowodzili. Który barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. podzieliłby swój kraj na pół i jedną połowę bez walki oddał najeźdźcy, a na drugiej postawił mur, by się za nim schować jak ostatni tchórz? Albinów wińcie za tę, jak to mówicie, inwazję. To przez nich tu jesteście. To albińskie tchórzostwo was tu sprowadziło, tak jak albińskie tchórzostwo doprowadziło to imperium do upadku. Przestałem już wierzyć, że doczekam takich czasów...

- No właśnie – wtrąciła Vijani. – Co z tym upadkiem?

- To stało się po tym nieudanym huryjskim zamachu. Cesarz, ten albiński tchórz, tak bardzo bał się kolejnej napaści na własne życie, że wraz z częścią armii umknął na Rufę, do Thurimdorfu. Tam się zabarykadował w swym letnim pałacu. Tymczasem w opuszczonej stolicy znalazł się człowiek, który zapragnął wziąć sprawy we własne ręce, niejaki Jan Weneren czy jak mu tam było przypis  Właściwie: Jan Weidegen, czyli Jan I – przyp. GE.. Ruszył zbrojnie na miasto, przejął nad nim władzę i ogłosił się pierwszym cesarzem Imperium Albińskiego. A stary cesarz, ten szalony staruch, przebywając wciąż w Thurimdorfie, ogłosił się bóstwem w ziemskiej postaci. Ten głupi ogórOgór(więz.) stary więzień. zupełnie postradał rozum, ale ci tępi albini mu uwierzyli i pozwolili mu objąć władaniem tamtejsze ziemie przypis  Tak też podają źródła historyczne. Imperium Albińskie powstało w miejsce Imperium Terahandearu, a Jan I był jego pierwszym cesarzem. Na obszarze Thurimdorfu i okolicznych miast powstał w tym czasie Terahandear, państwo wyznaniowe skupione wokół Emeryka IV, do dziś uznawanego przez tamtejszych kronikarzy za boskie wcielenie – przyp. GE.... Obie strony się zbroją, szykuje się albińska wojna domowa, a my, barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., tylko na tym skorzystamy. Trzy lata temu od Imperium odłączyła się Krionia, albini już wtedy nie mieli sił, by wysłać za morze zbrojną interwencję. A teraz w ślady krionitówKrionici(przyr.) gatunek człekopodobny, zamieszkujący daleką krainę lodowych jezior na dziobowej Sterburcie. Ich szkielety zbudowane są z kryształu, z niego też budują swoje miasta. pójdą tak barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., jak i amfioniAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców., centauryCentaury(przyr.) pół ludzie, pół jednorożce. Gatunek silnych, półdzikich stworzeń o jednej parze rąk i dwóch parach nóg zamieszkujący stepy na Sterburcie Imperium., orkiOrki(przyr.) półdziki gatunek nieokrzesanych człekopodobnych znanych ze swej agresji i waleczności. Łatwe do poznania po muskularnych ciałach, zielonkawej skórze i wystających kłach. Zamieszkują Bakburtę., może nawet niziołkiNiziołki(przyr.) gatunek człekokształtnych karłów, miłujących spokojny tryb rolniczego życia. Ich kraina w całości podlega pod Imperium Albińskie.. Odzyskamy wolność, wystarczy po nią sięgnąć!

- Jasne, a hurie bez względu na te roszady pozostaną niewolnikami! – podsumowała Vijani. – Skąd ty to wszystko wiesz, barbarzyńcoBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.?

Sjarm nie odpowiedział. Dopiero gdy tigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. szarpnęła go za koszulę i warknęła mu prosto w twarz, szczerząc zęby, dał za wygraną:

- Od Bractwa Czerwonych Kordów.

- A co to za jedni?

- To obrońcy ojcowskiej ziemi. Chcemy obalić cesarstwo. Ledwo wróciłem z tajnego zebrania.

- Tak? I co jeszcze wiesz? – nalegała, wbijając mu w twarz wibrysy.

- W najbliższy eser rusza... powstanie – wystękał. – Jesteśmy po tej samej stronie, hurie!

- Jasne! Jak łowca i ofiara, głupi ciurmakuCiurmak(więz.) strażnik. – rzuciła z pogardą Vijani, wypuszczając barbarzyńcęBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. z uścisku.

- Zaraz, zaraz... Siedzimy tu tak po ciemku, ledwo widzę wasze twarze. Pozwólcie mi choć zapalić świecę.

Czemu miałbym się nie zgodzić? Kiwnąłem mu głową. Po chwili pomieszczenie rozświetliło się ciepłym, jaskrawym i rażącym w oczy blaskiem, a po ceglastych ścianach zaczęły tańczyć cienie.

- Tak myślałem – oświadczył z fascynacją w głosie Sjarm, wpatrując się w Vijani. – Pamiętam cię!

- A my pamiętamy ciebie, cóż z tego? – burknęła.

- Przecież to ty zbiegłaś z tego podziemia! To za tobą posłał nadzorca zastęp strażników, by cię dogonić i zabić. Cały był blady z przerażenia i złości, gdy mu doniesiono o twej ucieczce. A tobie jednej się to udało. Niezły wywinęłaś albinom numer! Podziwiałem cię, hurianko, wiesz? Dobrze znam tę historię. Osobiście przesłuchiwałem służącą, kiedyśmy badali, jak doszło do tej rzezi. Jeden ze strażników, niejaki Erastis, szlachetnie urodzony albiński ważniak, w biały dzień wywiózł cię w karocy na wolność do swego rodzinnego pałacu. Tam oddał ci najlepszy pokój, służbie nakazał spełniać twe zachcianki, karmił cię najdroższym jadłem i kindorzyłKindorzyć(więz.) spółkować. od rana do nocy aż się ściany trzęsły. Tak zeznała. Zeznała nawet, że już pierwszego dnia rozkuł cię z kajdan, byłaś więc wolna. Nikt cię nie pilnował! Mogłaś uciec! Nikt by nie zginął.

- Nic nie wiesz, głupi ciurmakuCiurmak(więz.) strażnik.! – warknęła Vijani.

- Wiem wszystko, hurianko. Na czwarty dzień wrócił z polowania ojciec Erastisa. Gdy dowiedział się od służby, co dzieje się w jego własnym pałacu, sięgnął po rapier ze ściany i wtargnął do sypialni. Gdy was tam zobaczył, zaszlachtował własnego syna, nie mogąc znieść myśli, że łączy was...

- Dobra, dość tych bzdur! – ucięła Vijani i, nim zdążyłem zareagować, chwyciła napiętą kuszę i błyskawicznie wystrzeliła bełt prosto w czoło klucznika.

Krew z wielką siłą rozbryzgnęła się po naszych futrach i całym pomieszczeniu.

- Do ciężkiej larwy, co ty wyprawiasz?! – krzyknąłem zaskoczony, gdy ciało Sjarma osunęło się na klepisko. – Ten był mój!

- Nie mogłam już znieść tej koziej glazuryKozia glazura(więz.) głupie gadanie. przypis  Czyli głupiego gadania.!

- Że co!? Miałem tyle pytań... Wszystkoś zepsuła!

- Toż to kłamca i oszust! – burknęła Vijani. – Zmyśliłby wszystko, by tylko ratować skórę!

- Przecież on jeden był po naszej stronie!

- Chyba pomyliły ci się strony, raisieRais(hur.) wódz.!

- Doprawdy? On jeden przynosił nam jedzenie, choć wszyscy bukaciBukat(więz.) strażnik. nim pomiatali. A teraz nawet nie wiem, jaki miał ku temu powód!

- A co za różnica, jaki miał powód?

Byłem totalnie skołowany. Po chwili wyskoczyłem z pytaniem:

- Powiedz, Vijani, co tak naprawdę się wydarzyło w tym pałacu?

- A cóż się miało wydarzać? Wszystko ci powiedziałam!

- Powiedziałaś, że zabiłaś tego albina i jego ojca. Według klucznika to ojciec zabił syna, gdy go zobaczył wraz z tobą. Czym mu zawinił?

TigriankaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. przewróciła oczami.

- To brednie wymyślone przez krnąbrną pokojówkę! – warknęła. – A ty dajesz temu wiarę?

- Nie wiem już, komu wierzyć, Vijani!

- Tak samo jak nie wiesz, kto jest twoją własną mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.! Nie tak dawno za swoją mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. uznałeś rodzinę albińskich wieśniaków!

Nic nie odpowiedziałem. Coś się we mnie złamało. Byłem zdezorientowany. Zatrzymałem wzrok na dogorywającym Sjarmie, z którego uchodziły resztki życia. Targnął mną jakiś impuls. Rzuciłem się do jego ciała, rozerwałem pazurami i zatopiłem zęby w ciepłym mięsie.

- To obrzydliwe! – krzyknęła Vijani. Zaskoczyło, wręcz zbulwersowało ją to, czego się dopuściłem, ale nie zwracałem na to wówczas uwagi. Łapczywie smakowałem barbarzyńskie ciało i krew. Ludzkie demony miałyby być gorsze od hodowlanych? No to zobaczymy, myślałem.

Vijani coś wtedy jeszcze powiedziała, ale nie dosłyszałem, co. Musiało to być coś ważnego, bo gdy skończyłem z tym mięsem, jej już nie było. W pierwszej chwili, cały zalany jeszcze krwią, zacząłem ją tropić po jej nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe.w tym miejskim gąszczu, ale doszedłem do wniosku, że nie miało to sensu. Incydent z Turamem czy też Sjarmem tak bardzo nas z Vijani poróżnił, że oboje nie widzieliśmy sensu w dalszej wspólnej wędrówce. Każde z nas poszło w swoją stronę. Zresztą tak skrajnie małe mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. – a zwłaszcza dwuosobowe – są z góry skazane na niepowodzenie. Wcześniej lub później po prostu się nudzą.

Nieraz wracałem myślami do tamtego dnia. Długo nie mogłem pojąć, za co ojciec Erastisa zabił własnego, dorosłego syna? Co takiego mogło go łączyć z Vijani, co zasługiwałoby na śmierć? Ale nie myślałem po ludzku, a po huryjsku. Myśląc po ludzku, to już sama jamia poza tym ich kontraktem własnościowym to dla wielu powód do wstydu i plama na rodowym honorze, zaś jamia z huryjskim niewolnikiem bądź niewolnicą to karygodna hańba niemożliwa do zmazania. Oto jak bardzo nami gardzą... Nim to sobie uświadomiłem, zdążyły mi już wyblaknąć tatuaże, jakie nanosiliśmy sobie z Vijani. Doszło do mnie wtedy, że ona ewidentnie wstydziła się tego, co zaszło w tym pałacu. A przecież hurie nie wstydzą się jamii! Może więc wstydziła się tego, że uznała albińskiego szlachcica, a zarazem młyńskiego oprawcę i strażnika, za własną mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado.? To tłumaczyłoby, dlaczego tak gorączkowo zareagowała na to, gdy niegdyś Ricardę i Carstena nazwałem swoją mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.. Może po prostu chciała mnie chronić przed ludźmi? A może nawet podpisała z tym albinem taki ludzki kontrakt własnościowy? Dla hurii to byłoby nie do pomyślenia, ale... kto wie? Może właśnie to ją łączyło z tym Erastisem i właśnie za to jego ojciec odebrał mu życie? A Vijani miałaby mordować wszystkich napotkanych mężczyzn w ramach zemsty? Do dziś tego nie wiem.


Przypis tłumacza

Mtiriri zabrała mnie poza rewir. Pokazała mi równiny i zakola rzeki, którą zwą pięknie Huisha (co przełożyć można na: „Wzbudzająca życie” – przyp. GE.). Obserwowaliśmy pasące się zwierzęta. Namawia mnie, bym odbył rytuał MahiriMahiri(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w dorosłość. – zupełnie jakbym był hurią, a nie mesejemMeseje(przyr.) rasa drobnych, ciemnoskórych ludzi zamieszkujących centralne lasy deszczowe.... Ledwo zdążyłem wrócić na Opowieść.

rozdział

Zamieszki w Hawkshaven rozpoczęły się rzeczywiście po kilku dniach, tak jak zeznał Sjarm. Być może w istocie był to eser, wówczas nie znałem się za bardzo na tych ich dniach tygodnia. Zaszyłem się wówczas w przestronnej piwnicy jakiejś bogatej, albińskiej kamienicy. Było tam dość ciemno i chłodno, a z kolei na strychu panował niewyobrażalny żar – był koniec lata. Zostałem więc w piwnicy. Cała wypełniona była głębokim aromatem słodkich koalich trunków, jakie tam trzymali w wielkiej liczbie amfor. Przywłaszczyłem sobie jedną lub dwie, stąd wiem, że smak również miały wysokiej próby. Było to słodkie wino, ale niezbyt mocne jak na ludzkie standardy... Albini trzymali tam też delikatesową, wędzoną polędwicę, rozpływającą się na podniebieniu. Była idealna! Można się było od niej uzależnić! Musiałem się tylko ukrywać przed służbą, która schodziła tam co jakiś czas. Dobrze, że nie byli huriami, wywąchaliby mnie od razu. Rozkoszując się tymi albińskimi smakołykami, rozmyślałem o tym wszystkim, co powiedział nam Sjarm, czyli Turam, jak i o wszystkich innych ludziach, którzy mieli nieszczęście stanąć na naszej drodze... Nie byłem w stanie ich zliczyć, tak ich było wielu.

Wcześnie rano któregoś z tamtych dni obudził mnie gryzący zapach zanadto przypalonego mięsa. Gdy otworzyłem oczy, wszystko tonęło w szaro-pomarańczowej mgle, a czarna chmura pełzła po sklepieniu. Brnąc przez pył, jaki wypełniał powietrze, wszedłem na schody, prowadzące na powierzchnię. Od zamkniętych drzwi prowadzących do głównego hollu lał się piekący żar, szparami przedostawał się dym, jaśniała z nich pomarańczowa, wręcz złota łuna. Słychać było trzeszczące drewno. Na górze szalał pożar. Niepewnie sięgnąłem po klamkę. Była tak gorąca, że skoczyłem oparzony, niemal spadając z tych schodów. Jedyna droga ucieczki, jaką tam miałem, była odcięta.

Na czterech przeszedłem pod przeciwległą ścianę piwnicy, a wręcz się pod nią położyłem, próbując nie wdychać tego gryzącego powietrza. Uciekłem z Młyna, by spłonąć żywcem w jakiejś albińskiej kamienicy! Na demony! Nasłuchiwałem tylko, jak tam na górze trzeszczy drewno, jak łamią się stropowe belki, jak z łoskotem lecą na siebie kolejne piętra. Wszystko drgało, spadała na mnie zaprawa; bałem się, że ceglaste sklepienie w końcu nie wytrzyma i runie mi na głowę!

Wśród trzaskającego ognia usłyszałem przytłumiony huk gromu. Wybawienie! Szła burza! Choć nie byłem pewien, czy nie była aby wytworem mojej wyobraźni? Pomyślałem, że tak bardzo zatrułem się tym szorstkim dymem, że ta burza to musiały być jakieś halucynacje. Natchnięty resztką świadomości, wygrzebałem z khangiKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode. dwie buteleczki, jakie niegdyś dostałem od tamtej zielarki, co częstowała nas rybami. Otworzyłem i powąchałem obie, ale za nic nie mogłem sobie przypomnieć, czym miała pachnieć odtrutka. Druga z nich była przecież silną trucizną! Nie wypiłem w końcu żadnej z nich.

W którejś chwili z ogromnym hukiem puściły drzwi i do piwnicy wlała się cała lawina żaru i palącego się drewna. Całe schody stanęły w żywym ogniu, a płomienie powoli zajmowały regały z amforami pełnymi wina! Nie miałem pojęcia, czy wino się pali? I bez tego byłem już w śmiertelnej pułapce! Początkowo jeszcze bardziej wtuliłem się w kamienną ścianę, ale po krótkiej chwili zdecydowałem się zaryzykować. Nie myślałem zresztą zbyt trzeźwo. Miałem wrażenie, jakby jakiś demon chciał mi rozerwać głowę! Krztusząc się pyłem i dymem, doczołgałem się bliżej ognia, ściągnąłem jedną z amfor i z impetem, tak silnie, jak tylko mogłem, cisnąłem nią w żar. Roztrzaskała się wśród syku i pary. Zdawało mi się, że część płomieni ustąpiła. Rzuciłem więc w ogień jeszcze kilka bądź kilkanaście takich amfor, aż zupełnie ugasiłem tę piwnicę. Spojrzałem tylko w górę, w stronę drzwi na główny holl i nic więcej już stamtąd nie pamiętam.

Obudziłem się na dworze, leżąc na ziemi. Czułem twarde kostki bruku pod sierścią. Słońce zasnute było ciemną mgłą. Było mi zimno. Byłem cały mokry. Nade mną stał jakiś rosły bezogonBezogon(więz.) człowiek. o tępym wyrazie twarzy. W rękach trzymał puste drewniane wiadro ociekające wodą.

- Żywy! – zawołał tryumfalnie do pozostałych, nie odrywając ode mnie wzroku.

- To albiński, burżujski sługus! Dobijta go czym prędzej! – polecił któryś.

- Nie potośmy go ratowali, by teraz ubijać! Każda para rąk się nada.

- Wino żeśmy ratowali, nie jego!

- Gadaj – zagadnął rosły i tępy, schylając się nade mną. – Gadaj, komu służysz?

Chciałem odpowiedzieć dyplomatycznie, że im, ale żadne słowo nie chciało mi przejść przez gardło. Złośliwy demon wciąż pastwił się nad moją głową.

- Kot-niemowa – oświadczył fachowo kolejny ze stojących nade mną barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.. – Może w ogóle nie umie po naszemu?

- Toć mówię, by go dobić!

- Spokój! – ryknął ten, co wcześniej mnie bronił. – Zanieście go do portu, tam gadać wiele nie potrzeba.

Rosły i tępy kiwnął głową, podniósł mnie z ziemi i zarzucił sobie na ramiona, jakbym ważył tyle, co samo moje futro.

- Spróbuj mnie choć zadrapać, to kark przetrącę! – burknął tylko.

Dopiero z wysokości dostrzegłem leżące wokół martwe ciała albinów oraz niemal doszczętnie spaloną kamienicę, w której niedawno się chowałem. Zostało po niej kilka okopconych ścian, z których wciąż sączył się jeszcze czarny dym.

Gdy mnie tak niósł przez tę bogatą dzielnicę Hawkshaven, rzucały mi się w oczy kolejne pogorzeliska i kolejne albińskie ciała – leżące gdzie popadnie bądź powieszone na prowizorycznych szubienicach. Wszędzie czuć było krew i spaleniznę. Wciąż płonęło wiele domów, z innych słychać było trzaski, krzyki i lamenty. Po ulicach chodziły zbrojne bandy, demolując wszystko, co spotkały na swej drodze. Skala zniszczeń była ogromna. Zatem to było to barbarzyńskie powstanie, które miało ruszyć, pomyślałem. W porównaniu z nim rozboje, jakich się dopuszczaliśmy razem z Vijani, były nieistotną błahostką.

- Weźcie go! To co prawda albiński dywanDywan(więz.) huria., ale może się tu wam przyda – huknął ten, co mnie niósł, gdyśmy dotarli do miejskiego portu. Słony i zgniły zapach był tam tak dominujący, że można było na chwilę zapomnieć o ludzkich nukachNuki(hur.) ślady zapachowe..

Chudy, zwapniały barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. o kilkudniowym zaroście i mocno przerzedzonej grzywie obdarzył mnie zmęczonym spojrzeniem.

- Na Havldora! Skądeście go wytrzaśli? – zapytał, uporczywie żując coś w ustach.

- Gdyby nie Bjorg, byłby już skwarką. Nakarmicie go czymś i rumem napoicie, to wydobrzeje – poradził rosły i tępy, odkładając mnie na ziemię i opierając o jakąś beczkę, bym się nie wywrócił. O własnych siłach z ledwością utrzymywałem ciężar własnej głowy.

Dopiero wówczas zlokalizowałem źródło zapachu nadpalonej sierści, jaki towarzyszył mi w drodze do portu. Spojrzałem na własne ciało i z przerażeniem odkryłem w jak opłakanym stanie było moje własne futro! W wielu miejscach było okrutnie wypalone, w innych – nieznośnie posklejane, a całość przykrywała taka warstwa pyłu i sadzy, że ledwo było przez nią widać cętki, nie mówiąc o tatuażach!

Chudy mężczyzna przyszedł do mnie po kilku chwilach, wręczył blaszaną miskę wypełnioną pachnącym bigosem i oświadczył:

- Masz, ino zapamiętaj sobie raz na zawsze, nowy! Należysz do Lindisfarneńskiej Gildii Handlowej. Jestem Yrian, zarządca, a ty jesteś pod moją opieką. Czegoś ci trza, dzieje ci się jaka krzywda lub czegoś nie wiesz, szukasz mnie i mi mówisz. Jestem zwykle gdzieś w magazynie, o tam. – Niedbale wskazał ręką spory budynek, wokół którego, wśród wielkich ilości skrzyń, kufrów i beczek uwijało się mrowie ludzi. – Pracujesz od świtu do zmierzchu, chyba że wyskoczy jaka nagła fucha. Kimasz z innymi w magazynie. Nie wiem, do czego żeś jest przyzwyczajony, ale micha jest rano i wieczorem. Przyłapię na kradzieży, dostaniesz dwadzieścia kijów. Abo więcej. Będziesz się ociągać, wychłostam. Spróbujesz uciec, zakuję w kajdany. Chyba tyle. A, jeszcze ino jedno. Jak odkryję, żeś naszczał na towar, obetniemy ci jajca. Zrozumiano?

Kiwnąłem głową. O zgrozo!

- Dobra. Mam coś jeszcze dla ciebie. – Podszedł bliżej i zapiął mi na szyi skórzaną obrożę. Były na niej jakieś huryjskie nukieNukie(hur.) ślady zapachowe.. – No, to teraz ino jedz i się wyśpij. Jutro zaczynasz.

Zasnąłem nad miską. Zbudziłem się, gdy ktoś krzyknął:

- Trzymajcie go! – To znów był ten Yrian, zarządca magazynu. Trzymał w rękach pręt zakończony kawałkiem rozżarzonego do czerwoności metalu. Dwóch potężnych barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. chwyciło mnie z obu stron. Wtedy zwrócił się do mnie. – Jeszcze jedna rzecz, nowy. Nie masz jeszcze naszego piętna, jest tu obowiązkowe.

Wtedy zbliżył się z tym dymiącym prętem. Przerażony poznałem, co to było – Ricarda opowiadała mi o tych znakach, które bezogoniBezogon(więz.) człowiek. wypalają w skórze swoich zwierząt, by wiedzieć, czyją są własnością. Próbowałem się wyrwać, ale nie miałem na to sił, zresztą tych dwóch trzymało mnie jak w imadle. Zasyczało i zapachniało palonym futrem. Poczułem tak potworny ból w prawym ramieniu, że wyskoczyłbym z własnego ciała, gdybym tylko potrafił. Do dziś dreszcze mnie przechodzą na samo wspomnienie.

Poszli. Byłem zdruzgotany. Vijani chyba by mnie wyśmiała, gdyby mnie wtedy zobaczyła. Gdy podróżowaliśmy razem, byłem wyzwolonym hurią, a nagle na powrót stałem się niewolnikiem. I to przecież na własne życzenie! Nikt mi nie kazał w pośpiesznym rytuale DudiiDudia(hur.) rytuał przejęcia demona przez konsumpcję ciała. wymieniać krwiożerczego i nienasyconego wilczego demona na tego, którego miał w sobie Turam. Może rzeczywiście te ludzkie są gorsze nawet od hodowlanych? Do dziś nie mam pojęcia, co mną wówczas targnęło. Niemniej jednak od tamtego dnia nie zabiłem już ani jednego albina. Nawet nie miałem takiej potrzeby. Rozmyślałem o tym w tej ciemnej piwnicy, jeszcze przed pożarem, i doszedłem wówczas do wniosku, że dokonałem słusznego wyboru. Zabijanie ludzi było wątpliwą rozrywką; nie rozwiązywało żadnych problemów; niczemu nie służyło. Jednak tamtego dnia w porcie, oparty o tę beczkę i upodlony barbarzyńskim piętnem, straciłem tę pewność przypis  Tak, zgadza się, to ono. Takie wypalone piętno zostaje już na całe życie, choć nie jestem już przecież własnością tej Lindisfarneńskiej Gildii Handlowej..

Zacząłem poważniej myśleć nad demonami. Pamiętacie, co kiedyś Lōzi mówiła Chekechei? Opowiadała mu o salamandrachSalamandra(przyr.) wężowy stwór rogaty zrodzony z ognia. Ucywilizowane bywają zatrudniane w kuźniach., uhuruUhuru(przyr.) duży drapieżnik podobny z sylwetki do szczura lub kota. Poluje za pomocą zmysłów, wykrywających pole magiczne., silachSila(przyr.) złośliwy demon pustynny w ciele wielbłądaWielbłąd(przyr.) pustynne zwierzę juczne. o ludzkiej twarzy.. Tak, mówiła też o smokachSmok(przyr.) mityczny stwór latający., w których mieszkają demony tak wielkie i wszechmocne, że mogłyby rozerwać ciało hurii samą swoją obecnością. To wtedy pojawiło się we mnie pragnienie, by takiego przejąć. Z takim demonem żadne kajdany ani piętna nie odebrałyby mi wolności. Ricardzie, gdy mnie znalazła w swojej oborze, powiedziałem przecież, że jestem łowcą smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.! Tak... tylko gdzie je znaleźć?


Przypis tłumacza

Czy naprawdę trzeba się urodzić hurią, by nim być? Jakąż przeszkodą jest brak sierści bądź ogona? Najtrudniejsze do pokonania przeszkody znajdują się w naszych własnych głowach. I to my sami je wznosimy. Wyszedłem poza rewir i wspiąłem się na jedno z tych sawannowych drzew. Obserwowałem zwierzynę. Staram się to robić tak jak oni. Ile jeszcze mi brakuje?

rozdział

- To ten nowy – obwieścił ktoś po albińsku z dziwnym akcentem.

- Ale brudny – stwierdził inny głos.

- Przyniosę wiadro wody, to się umyje.

- Nie! – krzyknąłem jak oparzony. Już sama myśl o wiadrze wody na dobre wyrwała mnie ze snu. Znowu obudziłem się nie tam, gdzie zasnąłem. Nie miałem pojęcia, jak się tam dostałem i jak długo spałem. Pachniało tam przyprawami, łojem, oliwą, solonym mięsem, rybami, ale głównie huryjskimi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe. i nukamiNuki(hur.) ślady zapachowe.. Byłem w jakiejś dużej hali, co zresztą słychać było po echu. Panujący tam półmrok rozświetlał żółty blask licznych lamp oliwnych. Nad moją głową stała grupa hurii i hurianek, przyglądając mi się z zaciekawieniem. Wszyscy mieli założone obroże, a na ramionach wypalone piętna własnościowe.

- Jestem Aria – powiedziałem.

Nie zrozumieli. Spróbowałem jeszcze raz, bez efektu. Czyżbym ciągle nie potrafił mówić?

- Chyba próbuje nam coś powiedzieć – stwierdziła po albińsku któraś z hurianek.

Wtedy i ja rzekłem w ludzkiej mowie:

- Mam na imię Aria.

Dopiero wówczas zrozumieli. Pierwszy raz w życiu widziałem hurie, które nie umiały mówić po huryjsku. Coś niebywałego!

- A ja jestem Mleczne Uszy – oświadczył rozpromieniony pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., chyba najstarszy z nich wszystkich. – Po mojej prawej jest Szlam, nasz jedyny tigrianTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii.; ten mały i wiecznie rozczochrany to Dziki, za nim stoi Huba; ta o sierści czarnej jak smoła to Wrona; zaś tę oto arufiankęArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii., najmłodszą spośród nas, nazywamy Erabką, bo służyła erabskim panom, aż zdecydowali się ją sprzedać. Do Gildii trafiła ledwo pół roku temu i jeszcze nie mówi płynnie po albińsku. Brakuje tylko naszych ogrinówOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj.: Rylca, Przerazy i Kikomory. Ten pierwszy to nasz kucharz. Czujesz aromat gotowanego mięsa? To nasza kolacja. Przekonasz się, że smakuje nawet lepiej niż pachnie! Zaś Przeraza i Kikimora są siostrami, mają tu najdłuższy staż. Nie ma ich jeszcze, bo rozładowują transport z Havn, niebawem do nas dołączą. Nie musisz się ich bać, tylko pod żadnym warunkiem nie zajmuj ich łóżek, to tamte dwa na dole. A ty śpisz o tam, na górze. – Wskazał dwupiętrowe łóżko w rogu magazynu.

- Nie macie huryjskich imion? – zagadnąłem.

- A czymś się różnią od tych naszych? – zapytali.

Ostatecznie nie potrafili poprawnie wymówić mojego imienia, więc przez to, jak wyglądałem tego pierwszego dnia, zaczęli wołać na mnie „Skwarka” – tak samo, jak mnie nazwał ten rosły i tępy barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., co mnie na ramieniu przyniósł do portu. Ktoś z nich musiał to usłyszeć.

Wszyscy oprócz tigrianaTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. i tej młodej arufiankiArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii. z Erabii byli pardianamiPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). tak jak ja – być może dlatego okazali mi tyle życzliwości. Stanowili wyjątkowo dziwną mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado.. Ten, co im dowodził, Mleczne Uszy, nie zachowywał się jak raisRais(hur.) wódz. – pozwalał sobie wchodzić w słowo, podważać własne zdanie, ważne decyzje podejmował wspólnie z innymi. Sprawiali wrażenie, jakby w ogóle nie ustalili sobie żadnej hierarchii. Zwyczaje też mieli dziwne. Używali wody do czyszczenia sierści, a mycie za pomocą własnych nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe. uznawali za wstydliwy nawyk! Ich ogony zwisały bezwładnie, niemal niczego nie komunikując – jakby ktoś je im przyprawił wyłącznie dla ozdoby. Nie uprawiali jamii, nawet nie prychali na powitanie jak hurie. Ich relacje między sobą zdawały się być suche, martwe i jakieś takie... ludzkie.

Wszyscy oni urodzili się w niewoli. Byli potomkami hurii i hurianek przywiezionych przed wielu laty do Terahandearu – podczas wojny z Chaosem lub jeszcze wcześniej. Skąd mieli znać nasze zwyczaje i nasz język? Nikt ich tego nie nauczył. Kopiowali zachowania bezogonówBezogon(więz.) człowiek., bo nie mieli żadnych innych wzorców!

Mleczne Uszy jeszcze pierwszego dnia przekazał mi jakiś kawałek szmaty i polecił, bym czym prędzej zawiązał go sobie na biodrach. Wszyscy w tej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. byli ubrani w takie przepaski i ewidentnie wstydzili się swoich umUmy(hur.) męskie organy płciowe. i ukUki(hur.) żeńskie organy płciowe.. Patrzyli na mnie z obrzydzeniem, gdy zlizywałem z sierści pył i sadzę. Dziwili się, gdy nie chciałem spać na sienniku przesiąkniętym jakimiś dziwnymi nukamiNuki(hur.) ślady zapachowe. oraz odorem zgniłych wodorostów i położyłem się na gołych deskach, które swoją drogą nie pachniały wiele lepiej. Gdy oznaczyłem je swoim zapachem, przerażeni i zbulwersowani niemal mnie zlinczowali. Już pierwszej nocy wiedziałem, że nie wytrzymam zbyt długo w ich towarzystwie. Nie wyobrażałem sobie, bym mógł się do tego wszystkiego przyzwyczaić. I jeszcze to jedzenie...

Przyniósł je w kociołku ten ogrinOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj., którego nazywali Rylcem. Wszyscy nakładali je sobie do blaszanych misek. Rozwodzili się nad głębokim zapachem, kruchością wołowego mięsa i pieszczącym podniebienie sosem, w którym to wszystko pływało. A ja, gdy wziąłem to do ust, miałem wrażenie, że trafiłem na pokrojoną w kostkę podeszwę czyjegoś buta. Tak łykowatej potrawy zupełnie pozbawionej smaku nie jadłem od czasów Młyna! Pomyślałem wówczas, że skoro jestem tam nowy, to pewnie robią sobie ze mnie głupie żarty, ale w następnych dniach okazało się, że oni tak jedli codziennie, zaś ich zachwyt wcale nie był udawany. Im to naprawdę smakowało! Mi, po tych wszystkich smakołykach z albińskich spiżarni, z trudem przechodziło to przez usta. Nie wiem, kto dał Rylcowi dostęp do składu z żywnością i polecił mu gotować dla nas posiłki, ale cechować się musiał wrodzoną złośliwością.

Przyglądałem się mu tego pierwszego dnia, żując tę rozgotowaną podeszwę. Nigdy wcześniej nie widziałem z bliska żadnego ogrinaOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj.! To gatunek sporych jaszczurek, chodzących na dwóch nogach w wyprostowanej postawie. Mają zwinne ogony, a całe ich ciało pokrywają łuski, najczęściej brudnozielone. Ich nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. pachną sfermentowanymi wodorostami i zjełczałymi jajami kobuda przypis  Wybaczcie, proszę, ułomność mego tłumaczenia – przyp. tłum.. Nie rodzą się tak jak my, a wykluwają z jaj – jak gady lub ptaki. Podobnie jak gady mają zwyczaj nagminnego wysuwania języka. Jak sami mówią, badają w ten sposób zapachy. Ich zachowanie silnie zależy od temperatury. W ciepłe dni są zadziwiająco zwinni, wytrzymali i robotni – szczególnie w słońcu, na otwartej przestrzeni. Jednak gdy przychodzą mrozy, zwijają się w kłębek w najcieplejszym kącie i stenami nie można ich zmusić, by choćby czubek nosa wysunęły na zewnątrz. Do każdej, nawet najprostszej roboty zabierają się wówczas tak ślamazarnie, jakby mieli na nią wieczność. Większość ogrinówOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj. prowadzi spokojne życie, uprawiając ziemię w swej ojczyźnie – krainie żyznych i ciepłych równin na Sterburtę od Amfii. Ci odważni i nieroztropni, którzy zdecydują się wyruszyć w świat, zazwyczaj kończą jako niewolnicy.

Nasz ogriński kucharz miał charakterystyczne, ostre wypustki kości na głowie. To z ich powodu nazwali go Rylcem. Jedno wiedziałem na pewno: na gotowaniu to się on nie znał. Przeraza i Kikimora wróciły ze swej służby nim skończyliśmy jeść. Dostały swoje porcje. Były w dość zaawansowanym wieku, skórę miały obwisłą, łuski wyblakłe i wytarte, oczy pierwszej zaszły bielmem, druga miała poważne braki w uzębieniu. Ich wygląd i wciąż agresywny charakter tłumaczył, dlaczego reszta przezwała je nazwami dwóch dzikich, krwiożerczych bestii. Zbytnio im to nie przeszkadzało, acz miały swoje prawdziwe imiona w ogrińskiej mowie. Dziwiłem się, czemu tylko one przymuszane były do tak długiej pracy?

- Yrian darzy je największym zaufaniem – wyjaśnił mi następnego dnia Mleczne Uszy – a obecnie mamy sporo tajnych transportów broni z samego Walgind, największego barbarzyńskiego miasta na Bakburtę stąd. Im nas mniej do takiej roboty, tym lepiej. Już od kilku miesięcy szykowali się do tego powstania, co się tu rozpętało przedwczorajszej nocy. Wolę nie wtykać w to wibrysów, jeśli nie muszę.

Nasza codzienna praca polegała na rozładunku i załadunku statków i wozów, a czasem również gigantycznych żółwiŻółw gigantyczny(przyr.) olbrzymi gatunek żółwia morskiego, pływająca wyspa. Używany do przewozu towarów, pasażerów lub wojska.. Przetaczaliśmy beczki, dźwigaliśmy skrzynie, kufry, kosze, worki, amfory. Niektóre towary intensywniej wbijały się w sierść swym zapachem aniżeli młyński gruz!

Początkowo chciałem stamtąd jak najszybciej uciec – tak od bezogonówBezogon(więz.) człowiek., jak i od tych dziwnych hurii i ogrinówOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj.. Jednakże z dnia na dzień coraz lepiej poznawałem tę moją nową mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado..

Szlam, ten tigrianTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii., okazał się być specjalistą w warzeniu alchemicznych mikstur. Po samym zapachu pomógł mi rozróżnić truciznę od odtrutki – te dwie buteleczki, które dostałem niegdyś od zielarki. Chowałem je w wewnętrznej kieszeni mojej khangiKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode., a były tak małe i niepozorne, że pewnie dzięki temu nie znaleźli ich barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., gdy mnie przyjmowali do tego magazynu. Zresztą podobno odbierali tylko broń.

Któregoś wieczora Szlam poczęstował mnie swoim prywatnym wynalazkiem. Przyrządzał go z jadu ag, takich ropuch, które ukradkiem hodował gdzieś w okolicach starego pomostu portowego, oraz z wywaru z podkradanego barbarzyńcomBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. chmielu. Mieszał jedno z drugim, gotował, potem suszył i proszkował. Kiedyś podobno zamiast chmielu użył cykuty, ale tak się tym struł, że ledwo go wyratowali. Kazał mi wciągnąć ten proszek przez nos. Zakręciło mi się w głowie i porzygałem się od tego, a doznania były porównywalne do solidnego łyku kileoKileo(hur.) huryjskie trupinium. przypis  No... podrośniecie, zrobicie się starsze, poczęstują was, to się dowiecie. Póki co mogłoby was to zabić..

- Na Havldora! Ale cię czepło, stary! – rzucił Szlam.

- Kim jest ten Havldor? – zapytałem, gdy już przepuściłem przez gardło całą zawartość mojego żołądka.

- To bóg morza. Wszyćckie barbarzyńćckie marynarze wznoszą doń modły i składają mu ofiary.

- Wy, hurie, też?

- Toć jasne, stary! Trza trzymać sztamę z większymi od siebie. Do kogoć pódziesz, gdy ci źle, a zarządca po trapie cię spuści? Idziesz wtedy do Guldrid, bogini złota, handlu i niewolników, do Thorbjorna, władcy burz i piorunów, abo do...

- Wierzycie w barbarzyńskich bogów? – przerwałem mu. – Nie znacie demonów?

- Demonów? A coć to za diabły?

Znów mnie sobą zadziwili. Nie znali ani demonów, ani żadnych huryjskich rytuałów. Ale przecież skąd mieliby znać? Nikt ich tego nie nauczył, nikt im o nich nie powiedział.

Jednej nocy nie mogłem zasnąć i chciałem rozprostować kości. Wstałem więc bezszelestnie z łóżka – tak, by nikogo nie obudzić. Gdy tak spacerowałem po ciemnym magazynie, natknąłem się na zapach Huby i Dzikiego. Byli za którąś stertą skrzyń. Nie mieli na sobie ubrań. Obejmowali się, pieścili, lizali po sierści. Zresztą już po samych nukiachNukie(hur.) ślady zapachowe. czuć było, że pogrążyli się we wzajemnej jamii. Nie chciałem im przeszkadzać, ale nim się wycofałem, zauważyli mnie. Huba na śmierć przerażona, porwała z ziemi jakąś szmatę i przykrywając nią swoje ukiUki(hur.) żeńskie organy płciowe., umknęła pędem niczym zwierzyna spłoszona przez łowcę. Dziki westchnął, wstał, podszedł do mnie taki nieubrany i wyszeptał przez zaciśnięte zęby:

- Nikomu o tym ani słowa, Skwarka!

- W porządku – odparłem. – Ale... nie robiliście niczego złego!

- Doprawdy?

- To było... piękne.

Dziki przyglądał mi się badawczo, dopiero po chwili powiedział:

- Zabawny z ciebie kociak. Ale wypłoszyłeś mi hidayęHidaya(hur.) dorosła hurianka.. Zrób to jeszcze raz, a spuszczę ci manto. Dobierz się do niej, to wypatroszę.

Nie chciałem wchodzić między niego a Hubę – usiłowałem respektować prawa, jakimi rządziła się ta mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado., nawet jeśli były tak bardzo niehuryjskie... Mimo tego, co tamtej nocy powiedział Dziki, darzyliśmy się wzajemnym szacunkiem. Był wręcz zafascynowany opowieściami o wolnych huriach – o naszych prawach, zwyczajach, wierzeniach, języku. Nawet nauczyłem go kilku słów... Huba zaś do końca unikała mojego spojrzenia, a sądząc po nukachNuki(hur.) ślady zapachowe., nawet się mnie trochę bała.

Wrona, ta czarna pardiankaPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych)., była tak skryta i nieśmiała, że niemal się nie odzywała. Nie zdążyłem jej bliżej poznać. Zaprzyjaźniłem się za to z tą młodą arufiankąArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii.. Miała swoje prawdziwe imię, które jej nadali erabscy panowie, ale nie chciała go używać. Nie brzmiało nawet źle: „Acharis” albo jakoś tak. Z początku trudno mi było się z nią porozumieć, ale doszedłem do wprawy. Któregoś dnia Yrian nakazał nam wspólnie przerzucać skrzynki z owocami czy jakim innym zielskiem. Podczas roboty zdołała mi opowiedzieć nieco o sobie – trochę po albińsku, trochę na migi. Urodziła się w bakburckiej Erabii, na jakiejś plantacji bądź hodowli. Nie pamiętała swojej matki. Gdy była małą chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode., została oddana w ręce wędrownych handlarzy niewolników. Ci po kilku latach odsprzedali ją w Ar Rassa, dużym mieście słynącym z produkcji dywanów. Została osobistą służką jakiegoś średnio zamożnego kupca – ścieliła jego pościel, prała jego ubrania, podawała jedzenie, nalewała koalich trunków, czesała mu grzywę lub spełniała inne jego zachcianki. Wszystko to skończyło się po jakichś ośmiu latach, gdy Krionia ogłosiła niepodległość względem Terahandearu. Pech chciał, że w wyniku zamieszek, jakie tam wybuchły, cały transport bawełny i oliwy znalazł się w samym sercu rewolucji. Erabski handlarz stracił swój statek, towar i niemal całą załogę. Nie pozbierał się po tej stracie. Popadł w długi. Ostatecznie, by utrzymać swoją własną rodzinę, sprzedał część posiadłości, jak również swoją arufiańską hurysęHurysa(hur.) młodociana hurianka.. W ten sposób Acharis znów stała się żywym towarem – handlarze niewolników wozili ją od portu do portu, próbując wytargować dobrą cenę, aż w końcu zrezygnowani sprzedali barbarzyńcomBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. w Hawkshaven.

- Skwarka, ty przedtem być więzień?... Pomagać?... Albin, prawda? – zapytała mnie łamanym albińskim.

- Nie służyłem im – skłamałem.

- Nie?

- Ja ich... – Zamarłem w pół słowa. Nie wiem dziś, czemu nie chciałem jej wyjawić, że mordowałem albinów? Jakbym sam przed sobą się tego wstydził. Zamiast tego wypaliłem: – Ja jestem łowcą smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.!

- Łow...cą smo...ków?

- Tak. Szukam smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.. Widziałaś jakieś smokiSmok(przyr.) mityczny stwór latający. tam, w Erabii? To takie duże skrzydlate gady ziejące ogniem. – Zamachałem rękami dla zobrazowania skrzydeł jak kiedyś Vijani przed Chekecheą.

- Tak... podobnie... Niewiele.

- Naprawdę? Jakie były?

- Ja widzieć odbicia... Obrazki... Malunek. Na papier. W książkach. Ale to tylko... bajki... Zmysły... Niewiary... Dla dzieci.


Przypis tłumacza

Upolować, zabić, wypić ciepłą krew, zaś surowe mięso podzielić między stadem. Jakże tego dokonać, używając plujki z zatrutymi igłami? Muszę wymyślić coś innego.

rozdział

W magazynie Lindisfarneńskiej Gildii Handlowej służyłem zaledwie pół roku. Ten sam los, który pozbawił mnie wolności, miał kaprys, by mi tę wolność nagle zwrócić, choć niespecjalnie o nią zabiegałem – nawet nie próbowałem stamtąd uciec. Zresztą podobnie jak pozostali. Nawet kiedyś zapytałem Mleczne Uszy, czy nie myślał, by się stamtąd wyrwać?

- Ale po co? – odparł mi. – Mamy tu wszystko, czego trzeba: ciepły kąt, dach nad głową, smaczną strawę. Nie traktują nas źle, nie kaleczą, batem nie okładają, nie wykorzystują, robota znośna. Po co się stąd ruszać? Niewieleś widział, jeśli na poważnie myślisz o ucieczce. Nie wie, że ma dobrze ten, kto nie zaznał nigdy prawdziwej krzywdy.

Nie mówiłem im o Młynie. Za to każdego dnia tęskniłem za wolnością. Brakowało mi tylko odwagi, by po nią sięgnąć. Wreszcie sama wpadła mi w ręce. Był środek zimy. Toczyliśmy po śniegu jakieś beczki, gdy usłyszałem donośny, dźwięczny głos:

- To ten?

- Tak, to ten – odparł Yrian, zarządca magazynu. Słychać było, że żuł w ustach tytoń. – Nazywamy go tu Skwarką. Cudem przeżył pożar.

Podniosłem głowę. Przyglądał mi się potężny, umięśniony barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. – skąpo ubrany jak na ludzkie standardy, porę roku i sypiący z nieba śnieg. Spod rozwichrzonej, futrzanej kamizeli wyrastały muskularne, gołe ramiona, na których opierał się czarny wodospad długiej, gęstej i dobrze utrzymanej grzywy. Jego ogolona, szczerze uśmiechnięta twarz epatowała dumą i pewnością siebie. Patrzał na mnie tak, jakbyśmy właśnie uzgodnili wspólny plan zamordowania albińskiego cesarza. A do tego uścisnął moją rękę.

- Witaj, hurio! – zadudnił. – Jestem Ivarr z Pil i potrzebuję twojej pomocy. Straciłem kogoś, kto znał waszą, huryjską mowę, a słyszałem że znakomicie władasz tym językiem. Jeśli chcesz, pójdź ze mną, a zrzucisz niewolnicze kajdany.

- Przecież nie mam kajdan! – zaprotestowałem, pokazując ręce.

- Tak się mówi. Chcesz odzyskać wolność, hurio?

- To znaczy, że mam jakiś... wybór? – rzuciłem przekornie.

- Zawsze jest jakiś wybór. Możesz tu pozostać i dalej pchać beczki, możesz ruszyć ze mną i wsiąść na mój statek. To jak? Gotowy na wspólne łowy?

To ostatnie, krótkie zdanie powiedział po huryjsku – sepleniąc i ze złym akcentem, ale jednak. Pierwszy raz widziałem człowieka, który próbował powiedzieć coś po naszemu. Ale i bez tego byłem oczarowany. Już w samym jego głosie i spojrzeniu było coś magicznego, co sprawiło, że zaufałem mu w jednej chwili, choć znałem go ledwo od minuty. Ściskałem w dłoni szansę na zupełną odmianę mojego życia. Zgodziłem się bez wahania.

- Prowadź, mój raisieRais(hur.) wódz. – rzekłem po naszemu.

Zdążyłem się nawet pożegnać z moją przyrodnią mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.. Niektórzy życzyli mi, by mnie Havldor miał w swej opiece, zaś Acharis szepnęła mi na ucho:

- Powodzenia w szukaniu smokówSmok(przyr.) mityczny stwór latający.!

Reszta nie wierzyła w to, że zwrócą mi wolność. Raczej współczuli, że zabierają mnie w nieznane. Acz w istocie nie miałem pojęcia, dokąd mnie ciągnął ten dumny barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium..

- Jedziemy do ojczyzny – odpowiedział, gdym go o to zapytał, jak już byliśmy na pokładzie. Uśmiechnął się i pokiwał głową.

Pomyślałem, że zobaczę Pil – leśną wyspę, z której pochodził. Kilka dni rejsu na dziobową Bakburtę. Podobno jest tam pięknie, a przynajmniej tak twierdzili między sobą marynarze.

Statek Ivarra okazał się nie być największym z tych, jakie przybijały do naszego portu. Nie był to wcale ulubiony przez barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. wojskowy drakkar, a jedynie średniej klasy handlowa knara o smukłym, acz ładownym kadłubie i pojedynczym maszcie, na którym montowano niezbyt imponujący, prostokątny żagiel. W porównaniu do albińskich i erabskich wielopokładowych wielomasztowców barbarzyńska knara przypominała raczej łupinę orzecha niż statek. Niemożliwa liczba podobnych do niej łodzi przewinęła się przez Hawkshaven – ich pokłady znałem jak własną khangęKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode.. Ta miała z kilkanaście metrów długości, i najwyżej cztery szerokości. Wioseł były ledwie trzy pary na rufie, acz używane były głównie do manewrów w porcie. Myślałem, że mnie do nich zaprzęgną, ale Ivarr stwierdził obruszony, że jestem przecież gościem. Obsługiwała je reszta załogi – zaledwie szóstka dobrze zbudowanych barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.. Jeden z nich szczególnie przykuł moją uwagę – miał pięknie rzeźbiony drewniany łuk. Jego ornamenty wyglądały jak misternie wiązane liny, pomiędzy którymi wiło się zwinne ciało węża.

Gdy cała szóstka równym chórem ryknęła do pracy przy wiosłach swą rytmiczną pieśń, aż mi sierść się zjeżyła, a w kościach zadudniło echo. Dobrze, że nie wypływaliśmy na ryby – wypłoszyli wszystkie w promieniu kilku kilometrów!

Cała załoga wpatrzona była w swego kapitana niczym w najlepszego raisaRais(hur.) wódz. – zupełnie zresztą jak ja. Mimo tego bardzo szybko pożałowałem tej nazbyt pochopnej decyzji, by wyruszyć wraz z nim. Jak tylko wypłynęliśmy na otwarte morze, fale tak zaczęły nami targać, że traciłem rozeznanie, gdzie się podział mój własny żołądek! Jego zawartość wyrzuciłem z siebie przewieszony przez burtę nim zniknęło nam z horyzontu Hawkshaven. Nie byłem w stanie nawet obserwować tego, jak zima skuła zatokę lodem. Świat wirował. Złośliwy demon chciał rozerwać moją głowę. Pewnie też nie lubił pływać. Ja uzmysłowiłem to sobie dopiero tamtego dnia. Zresztą hurie w ogóle nie są stworzone do morskiej żeglugi.

Było okrutnie zimno. Koc, jaki dostałem od Ivarra, na niewiele się zdał. Zewsząd wiał przeszywający wicher – tak wilgotny, że lód oblepiał mi sierść. Stała się jak ciężka zbroja, przez którą ledwo mogłem się poruszać. Do tego nieustannie sypał gęsty śnieg, a dziób co chwilę rozbijał wzburzone fale, obsypując pokład na wpół zamarzniętymi kroplami lodu. Tylko szaleńcy wyprawiają się w morze w takich warunkach! Szaleńcy albo barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.... Sprawnie uwijali się wśród lin, walcząc z wiatrem i falami. Krzyczeli, by mnie pocieszyć:

- Spokojnie, hurio! To przecież nie sztorm!

Najgorszy był ten pierwszy dzień. Każdy następny był cieplejszy. Niemniej jednak podróż ciągnęła się znacznie dłużej niż się tego spodziewałem. Gdy pytałem o to Ivarra, przyznawał, że prądy morskie ściągnęły nas z kursu i mamy odrobinę opóźnienia. Nie miałem pojęcia o żeglowaniu. Zastanawiałem się tylko, po co mieliśmy tak dużo pożywienia, skoro płynęliśmy jedynie na Pil – dwanaście beczek solonych ryb było daleko przesadzonym zapasem na tak niewielką załogę. Prócz tego mieliśmy jeszcze kilkanaście ciężkich skrzyń ładunku, nie widziałem ich zawartości, ale pachniały metalem, pastą polerską do zbroi i dziegciem impregnującym drewno. Natomiast pokład pachniał huryjskimi nukiamiNukie(hur.) ślady zapachowe. i nukamiNuki(hur.) ślady zapachowe..

- Tak, Ario, wozimy tu huryjskich niewolników. Wyczuwasz tu ich zapach, zgadłem? – zagadnął Ivarr.

Skinąłem głową i zapytałem:

- Jaka w zasadzie ma być w tym moja rola?

- Będziesz tłumaczem. Wiele hurii i hurianek nie zna jeszcze albińskiej mowy. Zbyt słabo mówię w twoim języku, bym mógł poradzić sobie bez twej pomocy.

- I wtedy oddasz mi wolność? Gdy już ci pomogę?

- Nie, przyjacielu. Wolność zwrócę ci już teraz. – Tak powiedział i sięgnął do jednej ze skrzyń. Wygrzebał z niej niewielki skórzany futerał i podał mi. – Weź. To dokument oświadczający, że jesteś wolny pomimo piętna Lindisfarneńskiej Gildii Handlowej, jakie nosisz na ramieniu. Podpisane przez kogo trzeba i z pieczęcią. Nie zgub tego.

W futerale był złożony kawałek papieru zapisany drobno tymi ich czarnymi robaczkami. Nic z nich nie rozumiałem. Zresztą sami zobaczcie, zachowałem do dziś ten dokument, choć niemal się rozlatuje ze starości! Tak wygląda pismo barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. przypis  Nie. Nigdy nie nauczyłem się ani czytać, ani pisać tych ich symboli. Mesejskie znaki, jak same kiedyś zauważyłyście, są przynajmniej trochę podobne do rzeczy, które przedstawiają. A te barbarzyńskie to, jak tu widzicie, jedynie kreski. Albińskie pismo też jest w całości zmyślone i nieprawdziwe.. A to jest barbarzyńska pieczęć. A przynajmniej to, co z niej zostało. Jak jeszcze była cała, miała ten sam symbol, który mam na ramieniu. Poskładałem to wówczas z powrotem, o tak, i schowałem do khangiKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode.. Zapytałem go:

- Nie boisz się, że teraz ci ucieknę, skoro jestem wolny?

- W żadnym razie – odparł ze spokojem. – Wierzę, że pomożesz mi wyłącznie dlatego, że cię o to proszę. Zresztą hurie nie lubią pływać.

To fakt. Byliśmy na środku morza, gdy to mówił. Niemniej jednak i tak nie zamierzałem go opuszczać. Spytałem o to z czystej ciekawości. Ivarr nie przestawał mnie zaskakiwać; wciąż byłem nim oczarowany. Może w istocie była to jakaś magia, skoro chciałem z nim zostać pomimo tego, że właśnie okazał się być handlarzem huryjskich niewolników, a ja miałem przyłożyć do tego swój ogon?

Straciłem rachubę czasu, ale nim przybiliśmy do właściwego lądu minął przynajmniej tydzień – to jest przynajmniej dziesięć dni, a przecież na Pil powinniśmy płynąć najwyżej cztery. Przy dobrych wiatrach nawet dwa. Było też zadziwiająco ciepło. W Hawkshaven panowała sroga zima, a tam letni żar lał się z nieba. Powietrze było tak wilgotne, jakbyśmy zanurzyli się w gęstej zupie. Nieprzyzwyczajony z trudem łapałem oddech. Cały horyzont aż kapał soczystą zielenią, a niebo aż przytłaczało ciemnym granatem. Choć w porcie stały barbarzyńskie łodzie, choć w oddali widać było barbarzyńską osadę, choć nie miałem wówczas większego pojęcia o geografii, to coś mi się w tym wszystkim nie zgadzało.

- Gdzie jesteśmy? – zapytałem, gdyśmy zeszli na ląd. – To jest Pil?

- To nie Pil. To bakburckie wybrzeże SwannahSwannah(przyr.) dzika kraina centralna porośnięta lasami deszczowymi i sawanną, zamieszkała m.in. przez hurie – obwieścił dumnie Ivarr. – Na Sterburtę stąd rozciągają się olbrzymie sawanny, wiele dni drogi dalej za nimi jest gęsta dżungla. To huryjskie krainy, przyjacielu.

- Jak to? Mówiłeś, że płyniemy do ojczyzny!

- Owszem. Nie spytałeś, do czyjej.

- Więc to po to ta broń? Chcecie najechać na huryjskie rewiry i pojmać w niewolę tych, którzy nie zginą w walce?

- Nic z tych rzeczy, Ario. Po cóż byłby nam wtedy tłumacz? Te skrzynie są na handel.

- Broń i zbroje?

- Nie inaczej.

- To... kto to wszystko kupi? – Nic już z tego nie rozumiałem. Zresztą wciąż byłem zaskoczony. Nie przyszło mi do głowy w ciągu tych wszystkich dni, że przeprawiamy się przez Wielką Wodę!

- Broń i zbroje kupią raisowieRais(hur.) wódz. pardiańskich mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., Ario.

- Jak to? W zamian za co? – pytałem naiwnie.

- W zamian za swych pobratymców, których oddadzą do niewoli.


Przypis tłumacza

Jestem na to za stary! Nie dogonię ani antylopyAntylopa(przyr.) iakk sawannowy., ani nawet gazeliGazela(przyr.) gatunek małych antylop.. A nawet jeśli, nie mam szans w starciu. Żaden ze mnie wojownik! Prędzej zginę pod ich kopytami niż którejkolwiek odbiorę życie.

rozdział

Burza najróżniejszych myśli szalała w mojej głowie. Była też druga burza, ale ona rozpętała się na stepie, przez który brnęliśmy w potokach wody lejącej się z nieba w monstrualnych ilościach. W jednym momencie całe futro miałem przemoczone. Ale i tak bardziej zajmowała mnie ta pierwsza burza. Nie dałbym im rady. Nie z tym demonem, zresztą. Nawet nie miałem swoich sztyletów, a tym bardziej łuku. Jeden wątły huria na siedmiu muskularnych barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.... Szły z nami jeszcze dwa, wypożyczone w porcie steny przypis  Nie widzieliście stena? Cały świat ich używa jako siły pociągowej, jucznej, a nawet jako wierzchowców. To spore jaszczury o wielkiej głowie niemal wrośniętej do tułowia, chodzące na dwóch mocnych, tylnych łapach. Przednie są wątłe i krótkie i na niewiele się zdają. Steny to z natury łagodne gadziny, choć paszczę i zęby mają zacne. Szybko się męczą i łatwo je zajechać, ale przynajmniej nie jedzą wiele. – objuczyliśmy je częścią tych skrzyń z bronią, resztę nieśli na plecach marynarze.

- Nie, Ario, nie było mnie przy tym, ale szczerze wątpię, by to miało miejsce – dudnił dumnym głosem Ivarr, przekrzykując ulewę. – Zbrojna inwazja byłaby zupełnie nieopłacalna. Przez wiele lat służyłem w szeregach Terahandearu i brałem udział w niejednej wyprawie po niewolników. Zawsze odbywało się to pokojowo na zasadach zwykłego handlu.

- Nie mogę w to uwierzyć – powtarzałem tylko, drąc się na całe gardło, aby mnie usłyszał.

- Słuchaj. Całą huryjską krainę dałoby się podbić w kilkunastu ludzi. Jeśli byliby doświadczeni i dobrze uzbrojeni, daliby radę. Hurie się nie jednoczą. Nie wierzą we wspólną ojczyznę, jak i we wspólnego wroga. Nie stanowią jednego narodu. Zaatakowani bronią jedynie własnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Pozostałe nie kiwną nawet palcem, by stanąć do walki za swych krewniaków. Nawet my w siódemkę moglibyśmy wymordować wszystkie huryjskie mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. jedną po drugiej, może nawet bez strat własnych. Tylko po co? Przybyliśmy po niewolników, a nie po martwe ciała.

- Czyli nie było żadnej inwazji?

- Nigdy o takiej nie słyszałem. Nie miałaby wiele sensu.

Świat stanął na głowie. Czyżby wszystko to, co powiadały hekaleHekala(hur.) stara hurianka. i hadhowieHadhi(hur.) stary huria. z Haramishą na czele, było zmyślone? Miałyby to być jedynie bajki, ukrywające bolesną prawdę? Czyżby w istocie wszystkie hurie, jakie trafiły do Młyna, były sprzedane w ręce bezogonówBezogon(więz.) człowiek. przez własne mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado.? Nie mogąc przyjąć losu, jaki im zgotowali ich raisowieRais(hur.) wódz., wymyślili sobie historię o inwazji i powtarzali ją przez lata – aż w końcu w nią uwierzyli, a z nimi ich chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode.. Za wszelką cenę pragnęli utrzymać przy życiu szacunek do huryjskich praw i ukazówUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje. – bez niego przestaliby być huriami! Mówił o tym Janga, gdy objął władzę nad pierwszą celą. Bez huryjskich praw i ukazówUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje. staliby się martwi. A żal, jaki czuli do swych własnych mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., przelali na strażników, którzy wcale nie byli mordercami, a jedynie ubranymi w zbroje handlarzami. Gwaya, ten pomylony onkianOnkianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (większych)., mówił przecież, że wszystkie te opowieści były wyssane z palca, ale nikt mu nie wierzył.

Ta absurdalna, upiorna wizja stała się nagle tak niepokojąco prawdopodobna, że zacząłem się zastanawiać, co jeszcze zostało zmyślone i które prawdy o huryjskim świecie były jedynie jego iluzją? Nawet wówczas nie pomyślałem, że właśnie wkroczyłem do tego utraconego raju, o którym każdy w Młynie marzył we śnie i na jawie.

- Stać! Coście za jedni? – Ostre huryjskie słowa obudziły mnie z zadumy. Deszcz chwilowo przestał lać się z nieba. Jakiś młody, pardiański hurHur(hur.) młodociany huria. mierzył w nas włócznią; wilgoć błyszczała w słońcu na jej stalowym grocie. Kilku kolejnych niespodziewanie wyrosło z ziemi i otoczyło nas ze wszystkich stron. Nie usłyszałem ich, ani nie wyczułem.

- No, powiedz, kim jesteśmy i z czym przychodzimy – ponaglił mnie Ivarr.

Przełknąłem ślinę i drżącym głosem wydusiłem z siebie:

- Oto Ivarr z Pil i jego ludzie. Jesteśmy handlarzami. Mamy na sprzedaż broń i zbroję.

PardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). omiótł wzrokiem skrzynie i ładunek na stenach. Tak nas podsumował:

- Barbarzyńscy handlarze i włochaty przewodnik? W samą porę.

Szliśmy przez ich rodzinny rewir. Na mijanych drzewach wyczuwałem świeże nukieNukie(hur.) ślady zapachowe., w powietrzu unosiła się woń oprawianej zwierzyny, zewsząd słychać było huryjską mowę. Może i nie do końca tak sobie wyobrażałem powrót do ojczyzny, ale wszystkie te dźwięki i zapachy wzruszyły mnie dogłębnie. Byłem wśród swoich! Tyle lat to trwało!

Ziemia zadudniła, gdy ich raisRais(hur.) wódz. zeskoczył z gałęzi rodzinnego drzewa. Stanął przed nami pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). w sile wieku, pachnący intensywną, piżmową dominacją. Jego dorodną sierść zdobiła gęsta sieć czarnych i czerwonych tatuaży. W rękach ściskał dwa krótkie miecze, a ubrany był w stalowy kirys i takież naudowniki. Pierwszy raz w życiu widziałem, by huria miał na sobie płytową zbroję! Po tym, jak odbijała światło, poznałem, że była barbarzyńskiej roboty; zresztą zdradzały to też typowe motywy ładnie rzeźbione na jej powierzchni. Barbarzyńska stal różni się nieco od albińskiej, jest sporo cięższa, a poza tym uchodzi za twardszą i wytrzymalszą. Wiele się takiej naoglądałem w Hawkshaven.

Za raisemRais(hur.) wódz. stanęło kilka hurii i hurianek. Sądząc po postawie i ogonach, mieli w hierarchii wysokie pozycje. Obwieszeni biżuterią, poubierani w skórzane zbroje i wyposażeni w barbarzyńskie ostrza spoglądali na nas równie chciwie jak przewodzący im huria. W kilka chwil otoczyła nas cała mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado. żywo zainteresowana niecodziennym zjawiskiem.

- Pokażcie, co tam macie, handlarze – polecił raisRais(hur.) wódz..

Przetłumaczyłem. Ivarr i jego ludzie zabrali się za otwieranie skrzyń i prezentowanie ich zawartości. W jednej były same krótkie miecze: kindżały, nieco dłuższe gladiusy i noże do rzucania. W innej – stalowe groty do strzał. W kilku kolejnych – płytowy kirys, naudowniki, naramienniki i kilka otwartych hełmów, do tego dwie czy trzy skórzane zbroje – wszystko przepięknie dopasowane do huryjskich kształtów, bogato rzeźbione, błyszczące. Jeszcze w innych skrzyniach były drobne narzędzia, piły, siekierki, dłuta, młotki, gwoździe, kilofy, naczynia, żelazny kociołek, ciepłe koce. W osobnej skrzyneczce była biżuteria – złote i srebrne kolczyki, naszyjniki, bransolety i pierścienie... Od tej olbrzymiej ilości wszelakich dóbr bolała mnie już głowa. Szczególnie, że o każdej rzeczy Ivarr mógłby opowiadać godzinami, a ja musiałem to tłumaczyć, a czasem nawet pokazywać, do czego co służy.

- Mamy szóstkę – rzekł raisRais(hur.) wódz..

- Szóstkę czego? – zapytałem.

- Jesteś tu nowy, co? – popatrzał na mnie z politowaniem. – Szóstkę chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode., oczywiście. Odkarmione i odchowane. Tłumaczże!

Oczywiście, byłem świadomy tego, co się szykuje i do jakiej transakcji to wszystko zmierza. Tyle że nie byłem w stanie dopuścić do siebie myśli, że oni rzeczywiście wymienią na ten oręż swoje własne chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode.! Ivarr dobrze się targował. Miał w tym sporą wprawę. Ten bezduszny pardiański raisRais(hur.) wódz. – prawie żadnej. Ostatecznie za jedno chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode. sprzedawaliśmy jednego gladiusa, względnie dwie garście stalowych grotów. Makabryczna cena... Poza szóstką najmłodszych sprzedali nam jeszcze huraHur(hur.) młodociany huria., hurysęHurysa(hur.) młodociana hurianka., a nawet dorodnego, dorosłego hurię – musiał coś przeskrobać wobec raisaRais(hur.) wódz., ale przecież nie ma na świecie takiej zbrodni, za którą adekwatną karą byłoby dożywotnie zesłanie do barbarzyńskiej niewoli! Zaś jedyną winą chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode. było to, że były chekecheamiChekechea(hur.) huryjskie młode.... Za huraHur(hur.) młodociany huria. i hurysęHurysa(hur.) młodociana hurianka. dostali kilka gladiusów i kindżałów; za hurię – skórzaną zbroję i trochę biżuterii. Myślałem, że mi serce pęknie! Nie wiedziałem już, kto był gorszy – handlarz niewolników czy ten, co sprzedawał mu własnych braci niczym najgorsze młyńskie uchoUcho(więz.) donosiciel....

- Po co wam ta cała broń i zbroje? – zapytałem raisaRais(hur.) wódz., gdy barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. zajęci byli zakuwaniem w kajdany naszych niewolników.

- Skąd tyś się urwał, hurio? – odpowiedział. – To złoty interes! Na Sterburtę stąd jest arufiańska mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado.. Od lat wchodzą nam w nasze terytoria i podbierają zwierzynę. Czym my, pardianiePardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). mamy z nimi rywalizować? Pazurami? Ta stal wytrzyma długie lata, a chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode. urodzą się nowe.

Patrzałem na te wszystkie hurie uzbrojone po zęby. Każdy miecz, każdy hełm, każda zbroja, każdy naszyjnik to sprzedany barbarzyńcomBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. brat, siostra, syn, córka... Ile oni już oddali huryjskich istot, skoro tyle mieli na sobie rynsztunku? Niższe hierarchią hidayeHidaya(hur.) dorosła hurianka. opuszczały wzrok, gdy się im przypatrywałem. Rodziły towar na wymianę, a nie chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode.. A jakby która podniosła ogon, poszłaby pewnie wraz z pozostałymi w kajdany.

Ruszyliśmy przed siebie – w inny rewir innej huryjskiej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Prócz pardianPardianie(przyr.) cętkowana rasa hurii (mniejszych). odwiedziliśmy też tigrianTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. – jedynych hurii, którzy sami wytapiają i wykuwają broń oraz narzędzia z brązu. Powstaje z miedzi, co ją wydobywają w swoich kopalniach. Jednak nawet oni kupowali barbarzyńską stal.

Do portu wróciliśmy po dwóch tygodniach z całym zastępem niewolników powiązanych ze sobą łańcuchami. Było ich prawie dwie mbarieMbaria(hur.) huryjskie stado. przypis  Czyli, jak rozumiem, prawie czterdziestu czterech – przyp. tłum.. Głównie chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode.. Ledwo ich wszystkich pomieściliśmy na pokładzie tej niewielkiej knary.

- Dobra robota, przyjacielu – chwalił mnie Ivarr. A ja nie mogłem znieść myśli, że przyczyniłem się do tego stanu rzeczy. Musiałem coś z tym zrobić! Przecież miałem w sobie demona Turama! Gdyśmy już płynęli, sięgnąłem do khangiKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode. i wydobyłem z niej niewielką buteleczkę. Pachniała konwalią, bluszczem i owocami kruszyny.


Przypis tłumacza

Podejrzliwie się na mnie patrzyli, gdy rozpocząłem budowę. Wielu z nich nie kryje wątpliwości. A przecież to najlepsze rozwiązanie – przynajmniej dla mnie. Sznurowa pułapka z gęstej siatki wytrzyma nawet dorodną antylopęAntylopa(przyr.) iakk sawannowy.. Kto nie ma kłów, pazurów, zwinności ani siły, niechaj użyje głowy! Głowę ma każdy!

rozdział

Efekt był oszałamiający. Rośli mężczyźni padali jak muchy. Zadziwiające, ile potrafi zdziałać maleńka buteleczka dobrej trucizny. Wlałem ją całą do antałka barbarzyńskiego bimbru, z którego popijali sobie podczas rejsu. Najbardziej żal mi było Ivarra – był przecież jedynym bezogonemBezogon(więz.) człowiek., który próbował nauczyć się naszej mowy. Długo jeszcze miałem wyrzuty sumienia, że tak szpetnie go zdradziłem. W sumie nie wiem, skąd takie myśli mi się wzięły, jestem przecież hurią!

Próbowali się bronić, ale trucizna paraliżowała ich ciała. Dławili się własną krwią, potem nie mogli złapać tchu, aż im kolory z twarzy odpływały. Ich skóra robiła się niemal fioletowa, a żyły wychodziły na wierzch. Nie wiem, jakie były kolejne stadia, bo poderżnąłem im gardła. Na oczach wszystkich tych chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode., hurówHur(hur.) młodociany huria. i hurysHurysa(hur.) młodociana hurianka.. Stanąłem wówczas na rufie i ryknąłem do nich:

- Od tej chwili będę waszym raisemRais(hur.) wódz.! MbarieMbaria(hur.) huryjskie stado., do których należeliście, zdradziły was, sprzedając za błyskotki jak towar. Nie macie co tam wracać. Popłyniemy do kraju, w którym nie ma niewolnictwa, a wszystkie istoty są wolne! Zabieram was do Amfii! Wyrzućcie za burtę te martwe ciała, jak już weźmiecie z nich to, co uznacie za przydatne! I rozkujmy te łańcuchy!

Bali się mnie. Ale też słuchali. I podziwiali. Nawet huryHur(hur.) młodociany huria. i hurysyHurysa(hur.) młodociana hurianka. cieszyli się jak chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode. z tych kilku mieczy i kilku kawałków lekkiej, skórzanej zbroi, jaką zdarli z tych barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.. Ja wziąłem sobie ten piękny łuk, zdobiony rzeźbioną sylwetką węża. Jedzenia było dość, kierunek czytałem z gwiazd na nocnym niebie. W praktyce okazało się jednak, że nie mam pojęcia o żeglowaniu. To, co podpatrzyłem od Ivarra i jego ludzi, okazało się zupełnie niewystarczające do sterowania knarą. Szczególnie, gdy na trzeci dzień rozszalał się sztorm.

Zwinęliśmy żagiel, ale i tak olbrzymie fale niemal nas wywracały. Woda zewsząd wlewała się do środka, a my nie nadążaliśmy jej wybierać, zresztą nie za bardzo mieliśmy czym. Pioruny waliły, burty trzeszczały, wicher szumiał, nieprzypięte beczki szalały po pokładzie, a kolejne chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode. wypadały za burtę. Nawet nie było słychać, jak piszczą, taki był szum... Miałem je zawieźć do lepszego świata, a sprowadziłem na nie nieszczęście! Jak mogłem być tak pewny siebie? Za kogo się uważałem, twierdząc, że zapewnię tej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. lepszą przyszłość niż handlarze niewolników? Przecież gdyby był tam Ivarr, zapanowałby nad tą łodzią i wszyscy by przeżyli! Może ten cały Havldor, barbarzyński bóg morza, mścił się za zaszlachtowanie swoich żeglarzy i zamierzał nas utopić w gardle swej otchłani? Byłem tak bardzo bezsilny... Że też nie miałem wówczas w sobie któregoś ze smoczych demonów! Cóż to za problem dla smokaSmok(przyr.) mityczny stwór latający. uspokoić morze i wiatr?

Sztorm trwał nieznośnie długo. Nic nie było już widać, gdy nocą uderzyliśmy w skały. Gruchnęło, trzasnęło i rzuciło nas w powietrze. Dno rozbiło się w drzazgi. Do cna wycieńczeni i przemoczeni nawzajem łowiliśmy z wody swoje futra, a rozszalałe fale nieustannie próbowały zmyć nas ze śliskiego gruntu. Nurkowaliśmy, próbując uratować tych, co szli już na dno. Większość nie przeżyła tego sztormu. Ocalała ledwo szesnastka – chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode., huryHur(hur.) młodociany huria., hurysyHurysa(hur.) młodociana hurianka., jeden huria i ja. Jako odpowiedzialny za to wszystko raisRais(hur.) wódz. byłem tym zdruzgotany. Nie doświadczyłem w życiu bardziej traumatycznego zdarzenia. Po tylu latach wciąż śnią mi się jeszcze po nocach te tonące chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode., których nie byliśmy już w stanie uratować.

- Daj spokój, raisieRais(hur.) wódz.! To przecież tylko chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode.! – krzyczał ten huria, gdy nie dawałem za wygraną. Najstarszy z całej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., drugi ogon zaraz po mnie. Miał na imię Nauma, dobrze go pamiętam.

Wciąż padało. Gdyśmy podchodzili na czworakach tą stromą i śliską od wody skarpą, odkryliśmy ślady cywilizacji. Natrafiliśmy na jakiś drewniany podest zbudowany na słupach wzdłuż zbocza. Byliśmy tak wycieńczeni, że już samo wdrapanie się na niego i wtarabanienie wszystkich chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode. kosztowało nas mnóstwo wysiłku. Zataczając się, szliśmy nim przez jakąś chwilę – równomiernie zakręcał w prawo, a co chwilę mijaliśmy schody lub drabiny na wyższe poziomy drewnianych podestów. To pewnie jakaś albińska wyspa albo półwysep, myślałem wtedy. Do jedzenia mieliśmy wprawdzie małą beczułkę przesolonych morskich sillSill(przyr.) ryba morska., którą udało się uratować z wraku, ale barbarzyński bóg wody zdawał się łatwo nie poddawać i uparcie próbował nas utopić w tym ulewnym deszczu. Przemoczone futra ciążyły na nas jakby były z żelaza. Potrzebowaliśmy schronienia.

Gdy weszliśmy wyżej, pierwsze drzwi, jakie napotkaliśmy, intensywnie pachniały zepsutą kapustą. Nie wiem, czemu bezogoniBezogon(więz.) człowiek. z takim upodobaniem trzymają to zielsko tak długo w tych beczkach? Chekechea opowiadał kiedyś o tym zapachu. Pamiętacie? Ukrył się za taką cuchnącą beczką przed bukatemBukat(więz.) strażnik., gdy podchodził do próby UhaiUhai(hur.) inicjacyjny rytuał przejścia w okres młodzieńczy. – wtedy, gdy ukradł Turamowi klucze i zamknął go na pokładziePokład(więz.) posadzka na poziomie cel....

Wtargnęliśmy siłą do tego magazynu, ale okazał się zupełnie pusty. Nawet nie pachniał kapustą, a jedynie sugestią sera, mleka i alkoholu. Poza tym pleśnią i wodorostami. Zresztą wszystko zalatywało tam wodorostami. Aż do chwili, gdy na wpół martwi rozsiedliśmy się na ziemi i otworzyliśmy tę naszą beczułkę z sillamiSill(przyr.) ryba morska.. Zabójczo intensywny i odurzająco słony zapach ryb eksplodował, oślepiając w jednej chwili nasz węch aż do bólu.

- Niech to larwa! – wymsknęło mi się.

- Co to jest, na demony!? – komentowali inni.

Trwało chwilę nim ochłonęliśmy. Wydzieliłem wówczas równy przydział – każdy dostał jedną sztukę silliSill(przyr.) ryba morska.. Nie było to zbyt dużo jak na obiad, ale i tak nie dało się ich więcej zjeść naraz. Były tak słone, że z ledwością mogliśmy wyczuć ich prawdziwy smak. ChekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode. też otrzymały po rybie. Cała mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado. patrzała się na mnie ze zdziwieniem, pytając wzrokiem, co to za porządki? A ja wzrokiem odpowiadałem, że moje.

Gdyśmy tak leżeli posileni i wtuleni w siebie, rozmyślając o tych, których zabrało morze, doszło do nas, że to dziwne kołysanie, jakie nieustannie towarzyszyło nam przez całą drogę od wraku, wcale nie było związane z wichrem i deszczem. Trwało nadal. Wszyscy je odczuwali. Cała ziemia bujała się w rytmicznym, powolnym tempie! Robiło się od tego niedobrze.

Musiałem to zbadać. Wziąłem ze sobą jedną z hurysHurysa(hur.) młodociana hurianka. i Naumę, tego najstarszego hurię. Ostrożnie wyszliśmy na zewnątrz i zabarykadowaliśmy drzwi, aby nie było widać, żeśmy się tam włamali.

Nie padało już. Jasna łuna nad horyzontem zdradzała, że niebawem wstanie słońce. Podszedłem do barierek drewnianego podestu i rozejrzałem się po okolicy. Światła było dość, by się zorientować, że wcale nie byliśmy na wyspie. Wylądowaliśmy na płynącym gigantycznym żółwiuŻółw gigantyczny(przyr.) olbrzymi gatunek żółwia morskiego, pływająca wyspa. Używany do przewozu towarów, pasażerów lub wojska.! A dokładnie na rufowej części jego Sterburty. Skarpa jego skorupy obrośnięta była gęsto pomieszczeniami załogi i budynkami magazynów, kajut sypialnych, tawern, składów handlowych, zbrojowni, świątyń, kuźni czy warsztatów. Wszystkie miały płaskie dachy z tarasami na górze, a łączyły je drewniane podesty, wąskie uliczki i niezliczona ilość schodów oraz drabin. Z oddali słychać było, jak całe to pływające miasto leniwie budziło się do życia. Obserwowałem, jak z powierzchni wody powolnie wynurzała się ogromna płetwa i niespiesznie, jakby od niechcenia mieliła morską masę. Nasz statek musiał się rozbić właśnie o nią, acz nie było po nim nawet śladu.

Hurie, których wziąłem ze sobą, były znacznie bardziej zaskoczone odkryciem, gdzie jesteśmy. Nigdy nie widziały na oczy gigantycznego żółwiaŻółw gigantyczny(przyr.) olbrzymi gatunek żółwia morskiego, pływająca wyspa. Używany do przewozu towarów, pasażerów lub wojska., ani nawet nie wiedziały, że takie istnieją. Mi zdarzyło się takiego rozładowywać, gdym służył w Hawkshaven, ale nie był to ten sam.

Zwiedziliśmy najbliższy teren. Nieopodal naszego magazynu znaleźliśmy rzeźnię, zapraszającą nas swymi aromatami. Z biegiem czasu między budynkami zaczęli pojawiać się ludzie – głównie albini i erabowieErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu.. Ci drudzy nosili zwiewne suknie, śmiesznie nadmuchane spodnie i turbany na głowach. Tak też ubrani byli miejscy strażnicy. Próbowałem pokazać moim huriom, jak się ukrywać w tym miejskim gąszczu, mówiłem, czego unikać, a na co nikt nie zwróci nawet uwagi. Nie czuli się zbyt pewnie w mieście. Trudno się dziwić. Pierwszy raz widzieli tylu ludzi na oczy. Pewnie i ja kuliłbym własny ogon, gdybym tyle świata nie zwiedził z Vijani...

Wróciliśmy do magazynu. Tamtego dnia kończyliśmy jeszcze beczułkę przesolonych sillSill(przyr.) ryba morska., ale nocą zakradliśmy się do tej pobliskiej rzeźni. Włamaliśmy się od góry przez klapę w dachu, forsując zardzewiałą kłódkę jakimś żelaznym prętem, znalezionym w magazynie. Mięso, jakie tam znaleźliśmy, było co prawda hodowlane, ale przynajmniej świeże i nie tak tragicznie słone jak te ryby. Gdzieś musiała być tam zatem prawdziwa hodowla bydła – na gigantycznym żółwiuŻółw gigantyczny(przyr.) olbrzymi gatunek żółwia morskiego, pływająca wyspa. Używany do przewozu towarów, pasażerów lub wojska. można było zmieścić wszystko... Gdy którejś nocy spacerowaliśmy z huriami po skorupie, natknęliśmy się na taką oborę pełną trzody, bydła i kobudów. Były też gorzelnie z piętrowo ustawionymi rzędami klatek na koale, a nawet hodowle wombatów, sprzedawanych pewnie pysznym bogaczom jako żywe zabawki.

Dotarliśmy nawet na sam dziób tej pływającej wyspy. Olbrzymi żółwi łeb częściowo zanurzony pod wodą rozbijał sobą fale niczym niewzruszona, czarna skała. Ruchomy, linowy pomost łączył skorupę z głową, a na jej czubku zbudowano osobny, samotny budynek o rozłożystych podporach, zwany sterownią. Stamtąd sternik za pomocą magii rozkazuje żółwiowi, dokąd ma płynąć – tak przynajmniej mówił mi niegdyś Mleczne Uszy. A jeszcze którejś nocy opowiadał o żółwiu, który miał na swej skorupie miasto podwodnych upiorów. Potrafił się zanurzyć, płynąć pod wodą i wynurzyć niespodziewanie, rujnując całe floty wojskowych okrętów. Handlowe żółwie dokarmiane są podobno specjalną mieszanką ziół i minerałów, która do tego stopnia upośledza ich płuca, że zupełnie tracą zdolność nurkowania. Nurkowanie nie jest szczególnie pożądane u zwierząt, które dźwigają na swych skorupach całe ludzkie miasta...

- Co przeskrobałeś, że twój raisRais(hur.) wódz. oddał cię do niewoli? – zapytałem Naumę, mój drugi ogon, gdyśmy się przypatrywali tej wielkiej głowie.

- Bał się.

- Bał się ciebie? Nie wyglądał na strachliwego.

- Bał się, że podburzę przeciw niemu mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado.. Próbowałem ich skłonić, byśmy poszukali innego terytorium i innych rewirów. Z dala od tamtych arufianówArufianie(przyr.) grzywiasta rasa hurii., z którymi wciąż wchodziliśmy sobie w drogę.

- Tylko tyle? To jeszcze nie powód, by kogoś oddać do niewoli!

- Też tak myślę. Ale za mniejsze winy szli u nas na handel.

Unikaliśmy ludzi. Nie chciałem, by zwęszyli naszą kryjówkę. Jednak któregoś dnia, gdy byliśmy w środku, poderwało nas na równe nogi walenie do drzwi. Usłyszeliśmy albińską mowę:

- Zamknięte? Właściwie co tam jest, kapralu?

- Toż to detal jest – odparł inny głos z dziwnym akcentem. – Jeden z mniejszych magazynów Ligi Kupców Alharradzkich. Tu masz symbol gildii. O tu.

- Handlują mięsem?

- Toż nasz naród handluje wszystkim, co przynosi zysk! Ale na szlaku do Amfii wieziemy zwykle sery. No i galagGalag(przyr.) erabski kumys..

GalagGalag(przyr.) erabski kumys.?

- Toż taki kumys z mleka iakka. Smakuje wybornie, więc żałuj, żeś nie kosztował.

- Słyszałem o nim. Słyszałem, że zalatuje zjełczałymi jajami. Prawdziwy kumys jest z mleka centaurówCentaury(przyr.) pół ludzie, pół jednorożce. Gatunek silnych, półdzikich stworzeń o jednej parze rąk i dwóch parach nóg zamieszkujący stepy na Sterburcie Imperium.!

- Toż go żłop, ignorancie! Wolny rynek! By zyskać kumys, centaurzyceCentaury(przyr.) pół ludzie, pół jednorożce. Gatunek silnych, półdzikich stworzeń o jednej parze rąk i dwóch parach nóg zamieszkujący stepy na Sterburcie Imperium. poją koale swoim własnym mlekiem! A ich mocz zbierają do bukłaków zrobionych z wilczych jelit! Dla mnie to dość obrzydliwe.

- Wolę amfiońskie rosarium. Podobno to taka ambrozja, że urywa podniebienie! Kupię rodzinie całą skrzynkę, gdy tylko tam dopłyniemy.

- Toż cię nie stać, szeregowy! Choćbyś własną matkę utargował w rozliczeniu!

- Widzi kapral? Ktoś się tu włamał. Kłódka wyłamana, a deski aż w drzazgi poszły. Pomógłby mi kapral to pchnąć... Na raz!

Łupnęło.

- Z tym narzutem nie da rady; toż widać, że od środka zamknięte.

- Musimy poszukać kogoś z tej ligi, pewnie to wyjaśnią. Te huryjskie złodzieje nie mogły uciec za daleko z tym mięsem. Gdzieś tu muszą mieć swoje leże!

Wcale nie było zamknięte. Cała nasza mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado. napierała na drzwi, by tamci ich nie otworzyli. Przestało być bezpiecznie. Byliśmy poszukiwani. Dobrze choć tyle, że płynęliśmy w odpowiednim kierunku. Do Amfii!


Przypis tłumacza

Fiasko! Za słaba lina i za słaba gałąź drzewa. Muszę poszukać innego miejsca i poprawić mocowanie. Dobrze, że mam tyle prób, ile zechcę.

rozdział

Odczekałem chwilę, nasłuchując w skupieniu jak dudnienie żelaznych butów o drewniany pokład cichło w oddali. Mnóstwo myśli gwałtownie biegało po mojej głowie we wszystkie strony. Musieliśmy znaleźć nową kryjówkę. Musieliśmy do niej przemknąć za dnia pomiędzy tymi wszystkimi ludźmi. I z tymi wszystkimi chekecheamiChekechea(hur.) huryjskie młode.. Musieliśmy coś jeść. Musieliśmy nie dać się złapać, choć nas szukali. Jak daleko jeszcze do tej Amfii? Ile to jeszcze może trwać?

Musieliśmy zaryzykować. Czas uciekał, a strażnicy mogli się pojawić w każdej chwili. Ostrożnie uchyliłem drzwi i poczekałem aż zrobi się pusto. Reszta miała czekać na mój znak. Nie rozumieli ludzkiej mowy, to nie wiedzieli, co się działo. Mieliśmy się tymczasowo schować w pobliskiej oborze z iakkami, miała dogodne wejście przez dach. Nie dotarliśmy tam. Zrobiłem ledwo dwa kroki od drzwi magazynu.

- Stać w imieniu erabskiego prawa handlowego! – ryknął ten sam albiński głos, którego słyszałem przez drzwi. Jego właściciel opierał o mój tors ostrze halabardy. Wyrósł nie wiadomo skąd! Tak jak i inni zbrojni, co celowali we mnie z napiętych kusz. Niemal wszyscy byli erabamiErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu.. – Dałeś się oszukać, włamywaczu – kontynuował strażnik. – Toż wcaleśmy nie odeszli, tylkośmy czekali, aż wystawisz stamtąd swój stragan! A drzwi cuchną hurią aż z metra czuć! Sądziłeś, że nie mamy węchu? Koniec z gratisowym mięsem! Zamykam ten kram!

Inny ze strażników zakrzyknął coś po erabsku. Nie rozumiałem ani słowa. Zerknąłem przez ramię. Znaleźli ich! Znaleźli moją mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado.! Siłą wyciągali kolejnych na zewnątrz. Szykowali już liny, by ich związać. Wyprowadzani, nie rozumiejąc, co się z nimi dzieje, wpatrywali się we mnie w oczekiwaniu. Musiałem coś zrobić! Gdybym był sam, umknąłbym spod tej halabardy, licząc na to, że zdołam się uchylić przed bełtami kusz. Gdyby mi nie zależało na mojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., krzyknąłbym im po huryjsku, by uciekali, by się rozproszyli. Większości by się udało. Ale zależało mi. Nie chciałem już stracić żadnego ani żadnej z nich. Nawet chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode.! Być może to ostatecznie mnie zgubiło...

- Jesteśmy wolnymi huriami! – zakrzyknąłem po albińsku. – Zmierzamy do Amfii. A ten dokument to potwierdza! – wyciągnąłem z khangiKhanga(hur.) huryjska szarfa na drobne rzeczy lub młode. papier, jaki dostałem od Ivarra. Chyba tylko dzięki skórzanemu futerałowi nie przemókł zupełnie podczas sztormu. – Te podpisy, znaki i pieczęcie Lindisfarneńskiej Gildii Handlowej zaświadczają, że mówię prawdę!

Kapral żywo się zdziwił. Musiałem sprawiać wrażenie pewnego siebie, choć przecież nawet nie wiedziałem, co w tych papierach dokładnie było napisane. Skinął na mnie, bym mu je podał.

- Złoty mocny! – jęknął, gdy tylko na nie zerknął. – Toż to przecież te barbarzyńskie hieroglify! – Nerwowo obrócił papier ze wszystkich stron, jakby od tego te kanciaste kreski mogły się zamienić w coś przystępniejszego. – Że też te niecywilizowane dzikusy nie mogą rachować po ludzku!

- Płyniemy do Ostii. Tam mamy podjąć pracę w placówce Gildii – łgałem jak najęty, a serce waliło mi w piersi. Każde słowo mogło nas zgubić. Dobrze, że nie zapomniałem jeszcze nazw wszystkich tych amfiońskich portów, z których do Hawkshaven przypływały czasem żółwie.

- Toż idziecie na handel? Te dzieciaki też? – wskazał ręką chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode..

- Idziemy do pracy, nie na handel!

- Naprawdę? Do czego one tam potrzebne?

Przełknąłem ślinę. Ogon chodził mi jak nakręcony.

- Do czyszczenia małych beczek są niezastąpione – wypaliłem.

- No, niech tam, nie moja prowizja... Ale gadaj, gdzie wasza eskorta? BarbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. nie puściliby luzem tylu swoich niewolników!

- Jesteśmy wolnymi huriami! – powtórzyłem uparcie. – BarbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., którzy nam towarzyszyli, zabrała woda, jak i zresztą wielu z hurii; zaś statek, którym płynęliśmy, rozbił się o waszego żółwia podczas sztormu kilka dni temu. – Wreszcie powiedziałem coś zgodnego z prawdą...

ErabErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu. wyszczerzył zęby, jakby zwęszył dobry interes.

- Zatem jesteście zgrają huryjskich domokrążców, włamujecie się do magazynu i podkradacie mięso z rzeźni, a jedyne, co potwierdza waszą rzekomą wolność, to te bazgroły i kilka brzydkich pieczęci?

- Nie jesteśmy niewolnikami! Gildia w Ostii zapewne pokryje straty i zrewanżuje się wam za bezpieczne dostarczenie na miejsce.

- Toż nie płyniemy do Ostii, hurio. Płyniemy do Cacci. Nie wiem, czy te dzikusy mają tam jakąś swoją placówkę. Osobiście myślę, że na targu niewolników dostalibyśmy za was znacznie lepszą cenę! Ale to już nie moja decyzja, a kapitana. Aresztować ich wszystkich – zakrzyknął. – I zabrać mu ten łuk – dodał, wskazując na mnie. Gdy nas wiązali, burknął tylko pod nosem: – Wolne hurie! Toż to jakieś wynaturzenie!

Psia jucha! Nie uwierzyli mi! Gdybym potrafił przemawiać jak Sharia, to pewnie odstąpiliby nam swoje najlepsze apartamenty i dali dostęp do własnych spiżarni! A tak trafiliśmy do miejskiego aresztu. Okratowane, piwniczne pomieszczenie przypominało kształtem i wielkością młyńską celę, może nawet było od niej mniejsze. Za to pod sufitem znajdowały się małe okienka przez które wpadało do środka światło i uliczny gwar. Pitną wodę dostawaliśmy w amforach, a potrzeby fizjologiczne załatwialiśmy w osobnym pokoiku. Panował w nim silny, cytrynowy odór, który z ledwością pozwalał na to, by się skupić. Wyposażony był w wiadro na nieczystości i miskę z wodą o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu – być może erabowieErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu. zwykli pić podczas kinesyKinesa(hur.) wydalanie.? Albo po? Za każdym razem wołaliśmy strażnika, by przyszedł i zaprowadził tam potrzebujących. Istny cyrk! Warunki ogólnie może były i lepsze niż w Młynie, ale moje hurie i tak przecież nie zdawały sobie z tego sprawy. Nauma zerkał na mnie z ukosa, reszta wbijała wzrok w posadzkę, tuląc się do siebie i mrucząc dla dodania otuchy. ChekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode. dopytywały, dokąd nas zabrali i dlaczego? Oraz kiedy będą mogły pójść w rewir się pobawić?

Wezwano mnie na rozmowę z kapitanem straży. Jeszcze raz przedstawiłem swoją zmyśloną wersję wydarzeń, jeszcze raz upierałem się, że jesteśmy wolnymi huriami, zmierzającymi do pracy w Amfii.

- Nie odczytam tego pisma – przyznał siwiejący erabErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu., rzucając dokument na blat stołu. – Wątpię, byśmy znaleźli na tej skorupie jednego piśmiennego barbarzyńcęBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium.. Ta garstka ichnich marynarzy, co się tu zaciągnęła w ciągu tych lat, nawet podpisać się nie potrafi inaczej jak krzyżykami. Zaś magom, tej kaście zadufanych obłąkańców, którzy z ledwością orientują się we własnych brodach, nie zamierzam zaprzątać tym głów. Za dwa dni będziemy w Cacci. W amfiońskim biurze celnym na pewno ktoś nam to odszyfruje. – Wtedy zwrócił się do mnie: – Ale to ty jesteś tym politowania godnym kocim włamywaczem! Wdarłeś się przez dach do rzeźni Terefinilisa i podkradłeś iakkowe gicze oraz gotowe, cięte steki! Pozostawiłeś po sobie kłaki własnej sierści, kotku!

Trochę mnie wmurowało, ale po chwili przyznałem zmieszany:

- Prawda, to ja za tym stoję. Byliśmy głodni. Ale jestem hurią, a nie kotem! – warknąłem.

- To bez znaczenia. Przed innym sądem będziesz się tłumaczył. Zabierzcie go do aresztu!

Do Amfii przybiliśmy zgodnie z planem. Przestało kołysać, a przez okienko w celi dobiegły naszych uszu okrzyki kupców, turkot wozów, huk rozmów i nawoływań. Powietrze aż wrzało od natłoku dokonywanych transakcji. Obserwowałem to już w Hawkshaven: jedno miasto przyrastało do drugiego niczym huba do drzewa. Zlewały się niczym dwa rwące nurty różnobarwnych rzek. Każda z żółwich zatok w miastach portowych wyposażona jest w specjalne podesty, łączące stały ląd ze skorupą, a na niektóre poziomy można nawet wjechać wozem. Tym różniły się gigantyczne żółwieŻółw gigantyczny(przyr.) olbrzymi gatunek żółwia morskiego, pływająca wyspa. Używany do przewozu towarów, pasażerów lub wojska. od statków – po przybiciu do brzegu stawały się częścią miasta o nieograniczonym dostępie. Jakże łatwo byłoby nam umknąć niepostrzeżenie, gdybyśmy tylko nie tkwili w tym areszcie!

Wreszcie jakoś późnym popołudniem przyszli strażnicy, powiązali nas z powrotem linami i wyprowadzili na ląd. Był tam wówczas środek zimy. Cała moja mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado. zadziwiona była tą zimną, mokrą i białą gliną, zalegającą na brzegach ulic i dachach domów, zwaną śniegiem. Wówczas pierwszy raz widzieli go na oczy i czuli pod opuszkami palców. Przez sierść przedzierał się mróz, czuliśmy głód i zmęczenie, ale przecież byliśmy w Amfii! Nareszcie!

Nigdy w życiu nie widziałem tylu amfionówAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. naraz. Ich twarze w istocie przypominają pyski dzikich psów. Długie nosy i uszy słusznie sugerują, że mają świetny węch i słuch. Obdarzeni są też długim futrem, które pokrywa całe ich ciała, acz zwykli je w dużej mierze zasłaniać zwiewnymi szatami barwionymi na różne kolory. Jedynie strażnicy robili wyjątek i zwyczajowo odsłaniali swoje torsy, resztę ciała chowając pod płytami zbroi. Amfiońskie nukieNukie(hur.) ślady zapachowe. są bardzo trudne do wychwycenia, zaś nukówNuki(hur.) ślady zapachowe. nie czuć w ogóle. Jest to efektem dość specyficznego podejścia do higieny. Kilka razy dziennie przemywają wodą swoje ciała, zaś przynajmniej raz na tydzień biorą gorącą kąpiel. Zbyt intensywny zapach własny jest w Amfii karany mandatami! No po prostu jakiś inny świat!

Amfiońska służba celna miała ustawione swoje rogatki na każdej drodze zaraz po zejściu z drewnianych podestów żółwia. Odczekaliśmy aż kilku celników zliczy, zmierzy i zważy towar z dwóch wozów, które stały w kolejce przed nami. Wyniki swej pracy wpisywali do wielkiej księgi z rachunkami, po czym pobierali stosowną opłatę celną za wwóz zagranicznych towarów. Gdy przyszła nasza kolej, kapitan straży, który nas eskortował, tak nas przedstawił:

- To huryjscy pracownicy, zmierzający do Ostii. Mają pracować w siedzibie jednej z tych barbarzyńskich gildii handlowych. Przynajmniej tak twierdzi ten w środku. – Wkazał ręką na mnie. – Ten dokument ma to potwierdzić, ale lepiej rzućcie na to okiem – polecił, wręczając celnikowi mój skórzany futerał, jaki otrzymałem od Ivarra.

AmfionAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. wnikliwie przestudiował barbarzyńskie znaki, zerkając co chwilę to na mnie, to na resztę mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Wreszcie zwrócił się do mnie tak jak chyba jeszcze nikt przedtem:

- Twierdzi pan, że macie państwo wszyscy pracować w Lindisfarneńskiej Gildii Handlowej w Ostii i że ten dokument to potwierdza?

- Nie – odparłem. – Nie twierdzę tak.

- I słusznie. Ten dokument mówi jedynie tyle, że jest pan wolnym hurią mimo piętna na ramieniu. W Amfii to zupełnie zbędne oświadczenie. Tu nie ma niewolnictwa. Nic jednak nie mówi o pana krewnych.

- Jak to? – oburzył się kapitan straży. – To w końcu komu się urwaliście?

BarbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium. kupili nas z naszych rodzinnych ziem – odparłem. – Byłem ich tłumaczem, za co zwrócili mi wolność. Nasz statek podczas sztormu rozbił się o tego żółwia. Przeżyła ledwo garstka.

- Inną dotąd słyszałem od ciebie historię, kocie! – podsumował kapitan. – W takim razie zabieram was wszystkich do Erabii!

- Proszę się wstrzymać, panie kapitanie – wtrącił celnik. – Jesteśmy na amfiońskiej ziemi i obowiązuje tu amfiońskie prawo. Tu wszystkie istoty są wolne i mogą o sobie decydować, a każda próba ich zniewolenia jest przestępstwem ściganym z urzędu.

- To jakiś absurd! – warknął erabErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu., zerkając za siebie na drewniany pomost żółwia, odległy niewiele ponad dwadzieścia metrów od nas. – Przecież ten huria włamał się do magazynu i ukradł około dwóch beczek iakkowego mięsa pierwszej jakości! Miał ze sobą tę oto broń – dodał, pokazując celnikowi mój wężowy łuk.

- To prawda, proszę pana? – zwrócił się do mnie amfionAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców..

- Prawda, to moja własność, i prawda, włamałem się, by zdobyć jedzenie dla swoich. Umieraliśmy z głodu.

Celnik pokiwał głową i zapytał:

- Mają państwo jakieś pieniądze, złoto lub kosztowności?

- Nie – odparłem.

- Są państwo umówieni z jakimś pracodawcą?

- Nie.

- Ktokolwiek czeka na państwa, by się państwem zaopiekować?

- Również nie.

- To co państwo zamierzają tu robić? Ziemi u nas nie brak, ale jak zamierzacie się państwo na niej utrzymać?

- Liczyliśmy, że wasz wolny kraj przygarnie nas i otoczy opieką przed handlarzami niewolników.

- Skarbu Amfii nie stać na działania charytatywne, a żebractwo, złodziejstwo, rozbójnictwo i prostytucja są tu ścigane i karane. Mają państwo dwie opcje: wyruszą państwo na Sterburtę do naszego kamieniołomu i podejmą tam pracę zarobkową albo wrócą państwo na tego gigantycznego żółwiaŻółw gigantyczny(przyr.) olbrzymi gatunek żółwia morskiego, pływająca wyspa. Używany do przewozu towarów, pasażerów lub wojska. i odpłyną do Erabii wraz z panem kapitanem.

Nie zastanawiałem się długo.

- Wolimy zostać i pracować w kamieniołomie – oświadczyłem.

- To pana wybór – odparł chłodno celnik. – Proszę jednak nie decydować za pana krewnych. Tylko pan mówi po albińsku?

- Tak.

- Proszę więc wytłumaczyć sytuację i zapytać krewnych o ich zdanie. Są wolni, mają prawo o sobie decydować.

To mnie zaskoczyło. Każdego raisaRais(hur.) wódz. by zaskoczyło. Wytłumaczyłem im pokrótce, na czym stoimy i że domagają się, by każdy z nas dokonał wyboru między krótkim pobytem w amfiońskim kamieniołomie, a spędzeniem reszty życia w erabskiej niewoli. Moja mbariaMbaria(hur.) huryjskie stado. patrzyła na mnie z niedowierzaniem – szczególnie wtedy, gdy z nakazu celnika każdego i każdą chekecheęChekechea(hur.) huryjskie młode. pytałem o to, czy chce wrócić na żółwia do aresztu czy zostać z nami. Oczywiście wszyscy mieli dość oleju w głowach i zgodzili się zostać w Amfii. Nie kryli jednak rozczarowania. Inaczej miało być...

- Dobrze więc – podsumował celnik. – Zorganizujemy państwu transport. Wóz pojawi się w ciągu pół godziny. – Wtedy wymienił w swoim języku kilka zdań z innym amfionemAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców., który to niezwłocznie ruszył w kierunku miasta. Rozkazał też rozwiązać nas z lin, jakimi byliśmy powiązani. – Pana natomiast – zwrócił się do mnie – za włamanie, kradzież mięsa i oszustwo wobec funkcjonariusza erabskiej straży miejskiej skazuję na pół roku pozbawienia wolności i prac przymusowych w kamieniołomie w Cacci. Wyrok wykonany zostanie w trybie natychmiastowym.

Aż mi mowę odjęło. Skuli mnie w kajdany na oczach całej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.. Z ledwością byłem w stanie im potem wytłumaczyć, co tam w ogóle zaszło. Wszystko to nie trwało nawet pół godziny. Dopiero po pewnym czasie dowiedziałem się, że ta rozmowa to była amfiońska rozprawa sądowa – zebranie świadków, dowodów, przesłuchanie i prawomocny wyrok. Wszystkiego dokonał celnik straży miejskiej, a straż w Amfii jest podległa sądom i ma niemal takie prawa jak sędziowie. Ci zaś to sam szczyt amfiońskiej hierarchii. W sumie nie wiem, jak sądy działają w innych krajach, ale mówili mi, że gdzie indziej takie rozprawy potrafią się ciągnąć miesiącami, jeśli nie dłużej. Wobec tego amfiońskie sądy w istocie działają błyskawicznie. Jakie to szczęście, że nie wiedzieli o tych wszystkich zbrodniach, których się dopuściłem wraz z Vijani...

Chwilę potem nadjechał duży wóz zaprzężony w dwa mambulle, zapakowali nas na niego i ruszyliśmy wszyscy w kierunku Sterburty. A ja znów w kajdanach!


Przypis tłumacza

Coś niebywałego! Jestem hurią! Tym razem się udało! AntylopaAntylopa(przyr.) iakk sawannowy., jaka mi się trafiła, może nie była zbyt dorodna, ale przecież się liczy. Nie było mi łatwo się przemóc, by wypić jej krew. Acz jeszcze trudniejsza była publiczna jamia, jakiej się oddałem wraz z Mtiriri (była moją mrongoMrongo(hur.) hurianka-przewodniczka.). To zupełnie nienaturalne, by to robić na oczach całej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado.! Wszyscy się temu przypatrywali! Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiał tego powtarzać. Niemniej jak o tym teraz myślę, było to coś niesamowitego. Na moim ciele jest tatuaż naszej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., który mi przypomina, kim teraz jestem. Coś niebywałego!

rozdział

Gdy przejeżdżaliśmy przez miasto, podziwiałem amfiońską architekturę. Domy – podobnie jak w erabskim budownictwie – mają tam płaskie dachy i malowane są najczęściej na biało. Urzędy, świątynie, sądy, biblioteki i inne ważne budynki wzniesione są z marmuru i otoczone palisadami kolumn. Sprawiają wrażenie tak ciężkich i masywnych, jakby miały wytrzymać wieczność. Ulice utrzymane są w chorobliwie nieskazitelnej czystości, niemal wyjałowione z zapachów. Nie zalega na nich śnieg, a przez ich środki nie płyną rzeki moczu, pomyj i fekaliów jak w większości miast, w których byłem. W ogóle nie ma tam dzielnic biedoty, aż nie do pomyślenia!

Do kamieniołomu dotarliśmy pod wieczór. Zrobiło się tak zimno, że aż amfioński woźnica rozdał nam ciepłe koce, a sam otulił się szczelnie jednym z nich. Ze szczytów gór spoglądały na nas śnieżne czapy, a w lasach było mnóstwo tego białego, plastycznego puchu. Jechaliśmy w kierunku zachodzącego słońca. Ubierało biel w złote szaty; tak samo czyniło też z chmurami. Wreszcie między uginającymi się od ciężaru śniegu konarami drzew ukazała się nam olbrzymia połać otwartego terenu – całe zbocze góry ogołocone z ziemi aż do gołej skały, która w tym świetle zdawała się być krwiście pomarańczowa. Urwiska gigantycznych zębów równo odkutego marmuru wyglądały jak skalne osiedle olbrzymów. Na dwójce moich tigriańskich chekecheiChekechea(hur.) huryjskie młode. robiły spore wrażenie, na mnie zresztą też...

Moją mbarięMbaria(hur.) huryjskie stado. zakwaterowali do płaskich baraków. Wielogatunkowa społeczność, w którą się wtopili, składała się głównie z amfionów i amfionekAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców., którzy stracili swe majątki, posady, rodziny. W innym kraju, w innym mieście trafiliby pewnie do dzielnicy biedoty. W Amfii ci, którzy nie mieli środków do życia ani nie potrafili znaleźć dla siebie żadnej pracy, kierowani byli poza miasto, do obozów pracy takich jak tamten kamieniołom. Prócz amfionówAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. było tam też trochę ogrinówOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj. i barbarzyńcówBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., a nawet kilku hurii i hurianek. Zaopiekowali się moją mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado. i objaśnili im co, gdzie i jak.

Nie było mnie przy tym, gdyż w odróżnieniu od reszty dostałem się między innych skazańców. Zamykani byliśmy we wspólnych więziennych celach w osobnym baraku i pilnowani przez szereg dobrze uzbrojonych strażników. Był tam niemal pełny przegląd cywilizowanych gatunków z całego świata – pracowały tam hurie, barbarzyńcyBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., ogriniOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj., albini, erabowieErabowie(przyr.) ludzie z Erabii Macierzystej i Archipelagu Erabskiego słynący z nauki i handlu., enuiciEnuici(przyr.) rasa ludzi zamieszkująca rufowe pustynie lodowe., orkiOrki(przyr.) półdziki gatunek nieokrzesanych człekopodobnych znanych ze swej agresji i waleczności. Łatwe do poznania po muskularnych ciałach, zielonkawej skórze i wystających kłach. Zamieszkują Bakburtę., krasnoludyKrasnoludy(przyr.) gatunek człekokształtnych karłów znanych z górnictwa, metalurgii i inżynierii. Żyją w podziemnych miastach na dziobowej Bakburcie.. Byli nawet krioniciKrionici(przyr.) gatunek człekopodobny, zamieszkujący daleką krainę lodowych jezior na dziobowej Sterburcie. Ich szkielety zbudowane są z kryształu, z niego też budują swoje miasta. i mroczne elfyElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie. – jednych i drugich widziałem pierwszy raz w życiu. Amfionów i amfionekAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. za to było stosunkowo niewielu – płynnie mówili po albińsku, ale nieczęsto się odzywali. W ciszy przeżywali to wielkie upokorzenie, jakim dla amfionaAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. jest pozbawienie wolności i zesłanie do prac przymusowych. Wszyscy więźniowie mieli takie same kajdany jak ja. Na każdych zapisana była data początku i końca odbywanej kary oraz numer paragrafu amfiońskiej konstytucji, z którego zostali skazani. Z czasem po tym numerze nauczyłem się odróżniać zabójców od rozbójników, a oszustów podatkowych od żebraków. Ja byłem oznaczony jako włamywacz i złodziej.

Przykuto mnie łańcuchem do wielogatunkowej grupy kilkunastu rabusiów, kieszonkowców i stenokradów. Nie mogliśmy od siebie odejść dalej niż na długość łańcucha – byliśmy na siebie skazani w dzień i w noc; podczas pracy, snu, posiłków i toalety.

Nie sądziłem, że to w ogóle możliwe, ale praca była tam cięższa nawet od tej w Młynie. Szczególnie pod koniec, w lato, gdy żar lał się z nieba jak żelazo roztopione w kuźni. Wolni pracowali w cieniach magazynów lub pod dachami warsztatów, mieli przerwy, a jeśli tylko chcieli, to nawet całe wolne dni. Skazańców nikt nie oszczędzał. Gdy tam byłem, kilku zginęło z wycieńczenia. Był też jeden śmiertelny wypadek na wysokości – któryś z więźniów osunął się z urwiska. Nie spadł z całej wysokości klifu, zawisł na łańcuchu przytrzymywany przez pozostałych, ale trafił głową w skałę i rozbił sobie czaszkę. Trup na miejscu. Zadziwiające, że w tak bardzo cywilizowanej Amfii tak znikomym szacunkiem darzono życie skazańców... Na wysokości, przy odcinaniu marmuru ze zbocza, pracowali jednak zwykle zabójcy i gwałciciele. My, złodzieje, zazwyczaj te bloki odbieraliśmy z dźwigów, równaliśmy, oczyszczaliśmy albo polerowaliśmy. Czasem cięliśmy je na mniejsze bryły, czasem ładowaliśmy je na wozy, a czasem porządkowaliśmy magazyn z gruzu. Nadzorowali nas strażnicy, inżynierowie oraz zleceniodawcy. Nasz marmur szedł do wielu amfiońskich miast, a część eksportowano nawet do Erabii oraz do Imperium Albińskiego, czyli dawnego Terahandearu.

Gorsza od przymusowej pracy była chyba tylko przymusowa kąpiel. Codziennie po skończonej pracy grupy skazańców wchodziły kolejno do wspólnej łaźni, gdzie musiały się rozebrać ze wszelkich ubrań i stanąć pod ścianą, z której nagle spływał istny wodospad zimnej wody. Należało się pozbyć tak wiele nukiiNukie(hur.) ślady zapachowe. oraz nukówNuki(hur.) ślady zapachowe., jak to tylko było możliwe. Pomóc w tym miało wcieranie w ciała oleistej mazi, która pachniała spalenizną, zwierzęcym tłuszczem i amfiońskim moczem. Coś niewiarygodnego! Strażnicy potrafili cofnąć cały łańcuch z powrotem do kąpieli, gdy wyczuli, że się ktoś do niej należycie nie przyłożył. Wolni też byli zobowiązani do codziennego pozbywania się własnego zapachu, ale mieli do tego celu szereg osobnych, jednoosobowych pomieszczeń i nikt ich potem wnikliwie nie wąchał.

Z moimi huriami widywałem się rzadko. Nie mogłem do nich pójść, nie było nam wolno opuszczać miejsca pracy ani spoczynku, przykuty byłem zresztą łańcuchem do moich współwięźniów. Za to oni mogli przyjść do mnie, byli przecież wolni. Współczuli mi, ale również winili za taki rozwój wypadków. Opowiadałem im przecież o cudownej krainie, w której wszyscy są wolni, a trafiliśmy do kamieniołomu, w którym pracować musieli niemal jak niewolnicy. Niemal, bo pracę mieli lżejszą, zresztą amfioniAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. im za nią płacili. Nauma z hurysamiHurysa(hur.) młodociana hurianka. i huramiHur(hur.) młodociany huria. dostawali po dziesięć złotych monet na głowę za każdy przepracowany dzień. Z ledwością wystarczało, by kupili sobie za to w kuchni mięso najpodlejszego gatunku, usmażyli je i nakarmili nim siebie oraz chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode., które w żaden sposób nie dokładały się do pracy. Regulamin tego zabraniał. Ja też ich nie wspomagałem – byłem przecież skazańcem. Mnie nie płacili za pracę.

Minęły dwa miesiące. Była wiosna, dni były cieplejsze, drzewa zrobiły się już zielone, wszędzie czuć było zapach odradzającego się życia. Któregoś popołudnia, zaraz po obiedzie przyszedł do mnie Nauma. Już wcześniej objął funkcję raisaRais(hur.) wódz. w tej mojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. – nie mogłem przecież przewodzić jej na odległość. A wtedy, tamtego dnia, przyszedł i powiedział tak:

- Zebraliśmy już dość, Ario.

- Dość czego? – zapytałem.

- Dość pieniędzy na wyjazd.

- Wyjazd? Jaki wyjazd?

- Mamy statek. Amfiońscy rybacy zabiorą nas do ojczyzny.

- Chcecie stąd wyjechać? Ale jak to?

- Jesteśmy wolni, Ario. Tu nie czeka nas nic godnego uwagi. A tam, gdziekolwiek byśmy nie osiedli, będzie nam lepiej niż tu.

- To kiedy to będzie?

- Stąd wychodzimy jutro. Pojutrze wypłyniemy na Wielką Wodę.

- Ale co ze mną, Naumo? Nie mogę płynąć z wami! Przecież jesteśmy jedną mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado.!

- Dziwny z ciebie huria! Współpracujesz z handlarzami niewolników, potem ich mordujesz; płaczesz nad każdym chekecheąChekechea(hur.) huryjskie młode., każdemu dajesz równy przydział i każdego pytasz o zdanie, nie umiejąc samemu podjąć decyzji, choć jesteś raisemRais(hur.) wódz.; uczysz, jak oszukiwać strażników, a dajesz im się podejść i przyznajesz im się do zbrodni, których nie popełniłeś. Mówisz, że jesteśmy jedną mbariąMbaria(hur.) huryjskie stado., choć widzimy się raz na dwa tygodnie, a teraz skomlesz, że zostaniesz sam? Co z ciebie za huria? Nawet nie zaszczyciłeś aktem jamii naszych hurianek w dzień, gdy objąłeś nad nami władzę! Nie będziemy na ciebie czekać dwóch miesięcy. Poradzisz sobie bez nas. I my bez ciebie również.

To był cios w plecy. Byłem w szoku. Siedzący obok mnie mroczny elfElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie., mój współwięzień, przysłuchując się rozmowie, dobrze odgadł moją sytuację, choć ani słowa nie rozumiał po huryjsku:

- Wyrolowali cię, brachu, mam rację? – zagadnął.

To prawda. Czułem się zdradzony. Przecież to dla nich włamywałem się i kradłem. Marzenie o własnej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado. prysło. Za bardzo mi na nich zależało. Być może to prawda, że nie każdy nadaje się na raisaRais(hur.) wódz..

Znów więc zostałem sam.

Znów czułem się tak bezsilny.

Ludzkie demony w istocie są gorsze od hodowlanych...

Dwa miesiące, jakie mi pozostały do końca wyroku, minęły mi na rozmyślaniach o Młynie, o mojej siostrze Fadhili, o rodzinie albińskich wieśniaków, którzy przygarnęli mnie pod swój dach, o Vijani, o barbarzyńskiej gildii handlowej i jej niewolnikach, o huriach zbrojących się przeciwko huriom i sprzedającym do niewoli własne chekecheeChekechea(hur.) huryjskie młode., wreszcie o mojej mbariiMbaria(hur.) huryjskie stado., która wyruszyła w nieznane, licząc naiwnie na to, że nikt jej nie oszuka. Zastanawiałem się, jakie mieli szanse, by znów nie wylądować w kajdanach? Myślałem o wolności, którą po raz kolejny mi odebrano, i o tym, dlaczego świat z takim uporem widzi w nas niewolników? Marzyłem o demonach, wyobrażając sobie, że staję w szranki z najprawdziwszym smokiemSmok(przyr.) mityczny stwór latający., przebijam go ostrzem miecza i spijam jego ciepłą krew. Zaczęło mi się to śnić po nocach, a czasem nawet na jawie. Musiałem tym przypominać Chekecheę, choć nie posuwałem się w tym tak daleko. On tak mocno wierzył w swoje wyobrażenia, że nie potrafił ich już odróżnić od rzeczywistości. Ja jedynie marzyłem o tym, by się ziściły. Bywało, że mu zazdrościłem.

Nie poznałem dobrze nawet tych więźniów, którzy przykuci byli do tego samego łańcucha. Oprócz mrocznego elfaElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie. był tam jeszcze posępny krionitaKrionici(przyr.) gatunek człekopodobny, zamieszkujący daleką krainę lodowych jezior na dziobowej Sterburcie. Ich szkielety zbudowane są z kryształu, z niego też budują swoje miasta. o ostrych kościstych naroślach na głowie, barbarzyńcaBarbarzyńcy(przyr.) rasa dumnych, silnych i nieokrzesanych ludzi na Bakburtę od Imperium., kilku albinów, ogrinówOgrini(przyr.) jacy ogrini są, każdy widzi. To gatunek człekopodobnych jaszczurek dobrze znoszących niewolniczą pracę. Mają łuski i ogony. Wykluwają się z jaj., amfionAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców., a nawet huria – tigrianTigrianie(przyr.) pręgowana rasa hurii. w sile wieku. Tak jak ci z Hawkshaven, nie umiał ani słowa po huryjsku. Pewnie też urodził się w niewoli i nigdy nie był za Wielką Wodą. Trzem z tych złodziei skończyły się wyroki jeszcze przed moim wyjściem, a jednego z nich może z dwa tygodnie po wypuszczeniu przyprowadzili z powrotem i ponownie zakuli w kajdany. Na wolności wrócił do swego fachu, ale podczas drugiej czy trzeciej roboty znów dał się złapać amfiońskiej straży. To był jeden z albinów.

- Kraść to trza umieć – podsumował go ten mroczny elfElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie. z mojego łańcucha. – Z roboty możesz tu wyżyć, ale musisz być naprawdę dobrym. Jak dopiero zaczynasz, wpadniesz. Żaden amfionAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. ci nie pomoże, żaden nie przymknie oka, za to każdy rozprujeRozpruć się(więz.) wydać współwięźniów. cię strażnikom. I trafiasz tu, do kamieniołomu.

- A co jeślibym nie był zdolny do pracy? Jeśli nie miałbym rąk, wzroku, rozumu? Co wtedy?

- Chcesz się zakotwiczyć? – ElfElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie. zmierzył mnie wzrokiem. – Brachu, nie warto, zapomnij. Niezdolni do pracy trafiają do kinców, to jest do amfiońskich więzień.

- Tam się nie pracuje, prawda?

- Żywy stamtąd nie wrócisz! Giną tam z głodu, brudu, chorób, ciemności lub sami odbierają sobie życie. Ale nawet amfiońscy obywatele tam trafiają. Jeśli taki zachoruje nagle albo stanie się kaleką, jeśli straci pracę, włości, oszczędności, rodzinę, przyjaciół; jeśli nikt nie da mu nowego zajęcia, a przytułki przy świątyniach nie będą miały na niego miejsca, to zacznie taki żebrać. Pierwszy lepszy amfionAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. odda go straży, a ta niezdolnego do pracy wtrąci do kinca. Nie przeżyje tygodnia.

- Dlaczego?

- Nie wytrzyma. Panują tam zupełne ciemności. Każdy ma osobną celę i nigdy, do końca wyroku z niej nie wychodzi. Nikt z nikim nie rozmawia, nic nie robi, tylko trwa we własnym smrodzie i we własnych odchodach. Wegetuje. Dostaje tylko głodowe porcje i wodę. Albo nie. Najtwardszych ogarniało szaleństwo.

- Skądś jakbym to znał... A ty skąd wiesz, jak tam jest?

- Wyszedłem stamtąd. Odkiwałem wyrok i wyszedłem.

- Mówiłeś że nikt stamtąd nie wraca.

- Mówiłem, że ty nie wrócisz, brachu. Ja czułem się tam niemal jak w domu. Mroczne elfyElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie. lubią ciemność, zaś wy, hurie, stworzeni jesteście do życia pod gołym niebem przez dzień i noc. Ciężko zachorujecie, gdyby wam zabrać słońce i gwiazdy...

Czasem jeszcze rozmawiałem z tym mrocznym elfemElfy(przyr.) człekokształtny gatunek dzielący się na elfy leśne, wysokie i mroczne. Zamieszkują odpowiednio: lasy, równiny i góry na Sterburcie., ale nie opowiedziałem mu o Młynie. Nauczył mnie podstaw amfiońskiej mowy i amfiońskiej konstytucji. To taki bardzo szczegółowy zbiór ukazówUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje., który obowiązuje w całej Amfii. Każdy obywatel zna go na pamięć, uczą ich tego w szkołach, gdy są jeszcze chekecheamiChekechea(hur.) huryjskie młode.. To właśnie w tym dokumencie zapisali, że każda istota rozumna jest wolna, a niewolnictwo – zakazane. W Amfii konstytucja jest największą świętością. Prawo jest tam jak religia, a niemal każdy obywatel to gorliwy wyznawca. Ci nieliczni amfiońscy wykolejeńcy, którzy praworządności nie wypili z mlekiem matki, wcześniej lub później zasilają więzienia i obozy pracy takie jak tamten kamieniołom. W miejsce zamiłowania do prawa wpaja im się wówczas lęk przed karą.

Oprócz konstytucji mają amfioniAmfioni(przyr.) pół ludzie, pół psy. Gatunek cywilizowanych istot człekopodobnych zamiłowanych w prawie. Bogata w zabytki Amfia znajduje się na Bakburcie, między ziemiami orków i barbarzyńców. całe mnóstwo praw szczegółowych, rozporządzeń, ustaw i regulaminów. Do dziś nie mam pojęcia, jak oni się w tym rozeznają. Wśród tych wszystkich ukazówUkazy(więz.) prawa, tradycje, obyczaje. jest wiele przedziwnych i zaskakujących – jak choćby ten, by zbyt intensywnie nie pachnieć własnym zapachem przypis  Zaskakujące, ale do dziś w amfiońskim prawie zachował się taki zapis, choć dotyczy on tylko miast. Zob.: Kodeks prawa publicznego po albińsku. Stan na 34 dzień Alingabei. Resistenza, Naczelna Oficyna Sądowa, s. 19 – przyp. GE. lub ten, by zawsze nosić na sobie przynajmniej przepaskę biodrową. Albo że w lasach nie można spać, gdzie popadnie przypis  W Amfii zakazane jest obozowanie bez zgody właściciela gruntu. Zob.: Kodeks prawa publicznego..., s.